BARBARA TORUŃCZYK, Z opowieści o pokoleniu 1968. Fragmenty

BARBARA TORUŃCZYK

Z opowieści o pokoleniu 1968. Fragmenty

 

Nazywano nas komandosami. W 40. rocznicę tzw. wydarzeń marcowych chciałam opisać nasze doświadczenia. Nasze drogi życiowe zbiegły się ze szlakiem generacji 1968 na Wschodzie i na Zachodzie. Ale pobiegły dalej innym tropem. Chciałam podzielić się przemyśleniami, podsumować doświadczenia, przedstawić ludzi, którzy wywarli na nas wpływ. Pierwsza część opowieści ukazała się w „Krytyce Politycznej” 2008 nr 15. Z części II wybieram tylko niektóre wątki, skupiając się na samym doświadczeniu Marca 1968 — czym dla nas było, co nam uświadomiło, przy czym dokonuję skrótów i daleko idących zmian, opracowując tę rzecz do publikacji po 10 latach, w marcu 2018.

 Opowieść tę poświęcam pamięci Piotra Szczęsnego

Pora porzucić maski. Kiedy mówię „my” o pokoleniu 1968 czy tylko o „komandosach”, odczuwam niewygodę i fałsz. To „my” określało nas jednak niezwykle silnie do Marca 1968. Udało się nam stworzyć środowisko złączone mocną więzią; utożsamialiśmy się z nim. Była to zasługa Adama Michnika i jego wrodzonego daru twórczego uczestnictwa w życiu publicznym. Wspólnie przeżyliśmy pierwsze wtajemniczenia polityczne — począwszy od lat szkolnych i założonego przez niego Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności, przez sprawę Listu Otwartego skierowanego przez Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego do Podstawowej Organizacji Partyjnej na UW, a w konsekwencji ich uwięzienie (1965) i kolejne dyscyplinarki Michnika na uczelni, po rok 1968. Co się tyczy byłych walterowców, harcerzy Kuronia z drużyny im. Generała Świerczewskiego ,,Waltera”, którzy na UW wspierali Michnika i naszych kolegów, odcisnęła się na nich osobowość Jacka i jego umiejętność oddziaływania na szerszą społeczność. Ten pedagog z urodzenia zawsze przyciągał ludzi i kształtował wokół siebie ideową wspólnotę działaczy społecznych, którzy czują się ze sobą dobrze. Stanowiła ona dla niego naturalne środowisko życia, takie, jakim dla innych jest rodzina lub drużyna sportowa.

,,Komandosów” cechowało żarliwe zaangażowanie w sprawy kraju. Pasjonowały nas problemy ustroju politycznego, a zwłaszcza dwa jego wyznaczniki: uzależnienie Polski od ZSRR oraz wyzysk klasy robotniczej przez aparat PZPR. Nasz światopogląd wytyczał marksizm, jego kategorie służyły nam jednak do krytyki panującego reżimu i z tego powodu byliśmy usuwani z młodzieżowych organizacji. Braliśmy niemniej udział w organizowanych przez nie dyskusjach i wzorowo do nich przygotowani, usadowieni w różnych miejscach sali, zgłaszaliśmy dość daleko idące zastrzeżenia do krajowej i międzynarodowej polityki rządzących; lubiliśmy zwłaszcza wprawiać w pomieszanie partyjnych prelegentów, przypominając co bardziej dramatyczne epizody okrywanej milczeniem historii w rodzaju Katynia, łagrów i stalinowskich zbrodni czy interwencji rosyjskiej w Budapeszcie 1956 i polskim Październiku, czy też problemy takie jak alienacja władzy w socjalizmie, sytuacja gospodarcza kraju i całego ,,naszego obozu” — pozostałych państw socjalistycznych; zawsze też wypominaliśmy im uwięzienie Kuronia i Modzelewskiego gdyż te haniebne kary dla młodych i wyjątkowo zdolnych pracowników uczelnianych za głoszenie poglądów odbiegających od akceptowanych przez rządzącą partię były w gruncie rzeczy detonatorem naszego buntu. Przypomnijmy: studia zaczęliśmy w październiku 1964, w marcu 1965 nastąpiły pierwsze aresztowania na UW; po raz pierwszy zatrzymano wtedy również Adama Michnika i Sewka Blumsztajna.

Te nasze naloty na propagandowe wystąpienia prominentnych działaczy partyjnych, którzy za wszelką cenę pragnęli wówczas utrzymać młodzież akademicką pod partyjną kuratelą, tłumaczą nazwę, którą nas obdarzono: komandosi. Zdaniem Karola Modzelewskiego, wymyślił ją I sekretarz Komitetu Uczelnianego, historyk Andrzej Jezierski.

 

Ani Karola, ani Jacka nie znałam przed ich pierwszym uwięzieniem. Z Karolem Modzelewskim zetknęłam się w dzieciństwie i na egzaminie wstępnym na UW, kiedy jako członek komisji egzaminacyjnej zadał mi pytanie o Trockiego. Był wybitnie inteligentnym, wspaniale zapowiadającym się uczonym i aktywnym działaczem politycznym, całkowicie pochłoniętym swoimi zatrudnieniami. Z młodzieżą w moim wieku, z wyjątkiem Adama Michnika, stykał się w miarę wspólnie podejmowanych działań. Niech to wytłumaczy, dlaczego nie będę tu o nim mówiła. Co innego Jacek. Ten niecały rok, jaki spędził „na wolności” przed Marcem, po odbyciu kary za napisanie Listu Otwartego, wystarczył, aby skupił nas wokół siebie — na zawsze. Prawdopodobnie „komandosi” stanowili najpełniejszą realizację jego marzenia o ruchu społecznym zdolnym do samoorganizacji, osiągania celów wynikłych z szerokiej wizji ładu politycznego; ruchu sprzyjającym moralnemu i intelektualnemu rozwojowi jego uczestników, dbałym o humanistyczne wartości. W myśleniu, zwłaszcza pisząc, Jacek posługiwał się pojęciami abstrakcyjnymi, układanymi w teoremat (mówiło się: „ogólna teoria wszystkiego”); do ludzi miał stosunek najgłębiej osobisty, postrzegał każdego, wyłuskiwał ze zbiorowości, aby dowartościować i podtrzymać jego indywidualne predylekcje, okazać zrozumienie, pokrzepić.

Był człowiekiem niezwykłym. Kilkuletnim harcerzom wpajał nakaz niesienia pomocy najmniejszym i najsłabszym. Przetworzył go w regułę działalności obywatelskiej. Polityk z powołania i z instynktu, przekształcił ten samorodny talent w obowiązek służby społeczeństwu, a zwłaszcza jego najbardziej poszkodowanym odłamom. Żarliwie i z całego serca pragnął poprawy ich sytuacji, zarówno społecznej, jak i egzystencjalnej. Spełniał się jako wychowawca, miał za sobą krótki okres działalności w partii komunistycznej, ale szybko został z niej usunięty z powodu swojego nonkonformizmu i wierności obranym zasadom, które przedkładał nad partyjne.      Zagadką pozostaje, w jaki sposób tego rodzaju talent polityczny mógł się ukształtować w powojennej Polsce. Obdarzony wizją, przenikliwą inteligencją, intuicyjnie wyczuwał nastroje mas, potrafił je porwać i poddać swojemu wpływowi. Wzbudzał w nich zaufanie i nie zawodził. Z temperamentu był radykałem, słuchał jednak podszeptów swojej inteligencji i moralnego instynktu. Podstawowymi, niezawodnie działającymi w przypadku Kuronia regulatorami zachowania były zmysł przyzwoitości i wyczulenie na krzywdę i niesprawiedliwość. Nikt, kto go znał, nie mógł żywić wątpliwości, że prawdziwie przejmuje się cudzym losem, a o jego zachowaniu — w życiu i w polityce — ostatecznie przesądza altruizm.

Tubalny schrypnięty głos, kłęby dymu papierosowego i zaraźliwy śmiech oznajmiały jego pojawienie się; wypełniał sobą każdą przestrzeń — wielotysięczne wiece czy kuchnię na urodzinowym spotkaniu. Promieniował energią, kipiał pomysłami. Obdarzony głęboką mądrością i swadą lwowskich baciarów sypał anegdotami. Był pogodny, towarzyski, emanował od niego niewyczerpany ponadnaturalny wigor. I serdeczna dobroć. Odmieniał otoczenie samą swoją obecnością. Sekret jego niezwykle silnego oddziaływania tkwił prawdopodobnie w tym, że tchnął w nas wiarę w człowieka (czyli również w nas samych). Polegaliśmy na nim, a on wyczytywał w naszych oczach bezgraniczne zaufanie, podziw i miłość. I obdarzał nas tymi samymi uczuciami — z nawiązką. Zasady życiowe, uczucia najgłębsze wypowiadał piosenkami; dyskretny czy literacki sposób ich wyrażania nie trafiał mu do przekonania. Bezpośredni, wylewny, wszelkie spostrzeżenia natychmiast przyoblekał w słowa. Gajka (pierwsza żona) ze śmiechem wyliczała jego gafy; również w tej dziedzinie uchodził za rekordzistę.

Pisarze i intelektualiści wypowiadali się o nim z przekąsem. Tadeusz Konwicki opisał go pod postacią opozycjonisty — komisarza politycznego w skórzanej kurtce. Ale Zbigniew Herbert podziwiał go za odwagę, Leszek Kołakowski i Antoni Słonimski, Aniela Steinsbergowa i Marek Edelman darzyli estymą, a nazwiska członków Komitetu Obrony Robotników, wybitnych przedstawicieli świata politycznego, naukowego, sztuki,  świadczą o tym, jak wielkie zaufanie potrafił sobie zdobyć w tych kręgach.

Czym więc zrażał w tych pierwszych latach budzącej się opozycji demokratycznej ludzi o poglądach krytycznych wobec reżimu? Był to czas zwany przez Janusza Szpotańskiego okresem opozycji kanapowej (przez socjologów – okresem ,,małej stabilizacji”). Kuroń odstraszał swoją brawurą, zdecydowaniem, wizjonerstwem (które brano za mrzonki) i intuicyjną, naturalną inteligencją (której nikt z nim nie dzielił). W tym, co mówił, co pisał, w kręgach intelektualnej opozycji i akademickich klerków dostrzegano pychę samouka, naiwność i… brak zmysłu politycznego. Wydawał się prosty, sentymentalny. W rzeczywistości był skonstruowany z czułych i precyzyjnych mechanizmów, które sam w sobie wykształcił po to, ażeby hamować swoje zawsze maksymalistyczne dążenia i unikać moralnych pułapek. Bezustannie rozwiązywał od nowa nękający go dylemat, w jaki sposób połączyć bezwarunkowe oddanie „wyższym sprawom” społecznym z wymogiem podporządkowania im życia przez innych. Chciał ich rozwoju, autonomii, spełnienia talentów, zrzucenia pęt, wyrwania się z zaklętych kręgów upokorzenia i niewoli, a zarazem domagał się od nich służby, oddania, samowyrzeczenia. To była jego podstawowa „kwadratura koła”. Powodzenie w tym wydawałoby się niewykonalnym zadaniu zawdzięczał cechom osobistym, niespotykanym w takim połączeniu i natężeniu: niezłomnie prawy, wsłuchany na równi w innych, co w mowę własnego sumienia (w którym słyszał głos Gajki) i nieustannie nękające go poczucie winy; krytycznie analizujący w tym świetle własne uczynki. Przyciągał ludzi, spajał ich więzią serdeczną oraz wiarą we „wspólną sprawę” i już ich nie opuszczał, poczuwając się do odpowiedzialności za bieg ich życia. Staliśmy się jego „rodziną”, jak wcześniej harcerze ze szkoły podstawowej w podległej mu drużynie. Do dzisiaj zachowaliśmy w tym przetrzebionym już gronie poczucie rodzinnej więzi i cenimy sobie dar tamtych lat — przyjaźń. Do tej wspólnoty Jacek Kuroń tęsknił w więzieniu. Opisał to w swoich autobiograficznych książkach. W pierwszej z nich, Wiara i wina — do i od komunizmu, zdaje sprawę zarówno z próby rozwiązania swojej najważniejszej, życiowej, „kwadratury koła”, jak i z porażek, które poniósł. Ratował go krytyczny stosunek do samego siebie i własnych uczynków i to, że ani w polityce, ani w życiu osobistym nie stosował frontowego podziału na ,,my” i ,,oni”, „naszych” i „waszych”. Całe jego życie było walką. Widział jednak tylko ludzi. Był niezdolny do nienawiści. W nikim nie był w stanie zobaczyć wroga.

 

Przypomnijmy sekwencję wydarzeń, które doprowadziły do Marca. Najważniejszą rolę w naszej edukacji odegrał Październik 1956. Mieliśmy wtedy po 10 lat, ale aż do końca liceum dojrzewaliśmy pod wpływem wytworzonego wówczas klimatu. Wyznaczało go upojenie wolnością, lewicowa wrażliwość społeczna, ideowość wytworzona w kręgu komunistycznej utopii, zaangażowanie w sprawy kraju i społeczeństwa, głód książek, życia kulturalnego i intelektualnego. Wypomina się nam, że byliśmy ,,resortowymi dziećmi”. Gdyby pytano nas o zdanie, okazałoby się, że widzieliśmy się raczej jako dzieci Października, październikowych marksistowskich rewizjonistów i warszawskiej inteligencji.

W sferach rządowych, także w szerokich kręgach społecznych i wśród tzw. postępowej inteligencji w latach powojennych, żywiono przekonanie, że historyczne ruchy lewicowe miały swoje początki w autentycznych problemach socjalnych i nie były jedynie wytworem inwencji doktrynerskich umysłów lub siatką obcej agentury. Przemawiały za tym argumenty bynajmniej niegołosłowne. Odbudowa kraju ze zniszczeń wojennych, chęć rozpoczęcia życia na nowo, powszechna służba zdrowia i szkolnictwo, reforma rolna, rozwój budownictwa mieszkaniowego, miast i komunikacji działały na wyobraźnię i budziły nadzieję na lepszą przyszłość, a w każdym razie na możliwość zmiany i postęp. Nawet jeśli okres stalinowski przyniósł rozczarowanie i gorycz, Październik rozniecił nadzieję ponownie. Powiało świeżym powietrzem, w szkołach czytaliśmy dotychczas zakazaną zachodnią literaturę współczesną, reaktywowano „szare harcerstwo”, odwołujące się do tradycji patriotycznej i powstania warszawskiego (opowiadała o nim w szkole podstawowej jego uczestniczka, moja wychowawczyni, która nazwała naszą drużynę od nazwiska swojej poległej w nim przyjaciółki Teresy Bogusławskiej), otwarto drzwi na Zachód, kwitło życie literackie, kluby dyskusyjne, kinematografia, teatry, kabarety, wydawnictwa, wyższe uczelnie.

Karol Modzelewski w autobiograficznej, legendarnej już książce Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca (Warszawa, Iskry, 2013) dowodzi, że Polska po Październiku była innym krajem niż za Bieruta, a o tej zasadniczej różnicy zadecydowała rezygnacja z masowego terroru i z narzucania obywatelom komunistycznej ideologii. Pozwolono chłopom wycofać się ze spółdzielni produkcyjnych, zrezygnowano z kolektywizacji rolnictwa. Kościół katolicki przestał być poddawany brutalnemu dyktatowi władzy, pozostając potężną instytucją niezależną od PZPR. Respektowano autonomię adwokatury, ,,a wywierając polityczne naciski na sędziów, oglądano się, choćby dla zachowania pozorów, na literę prawa”.  Działał Klub Krzywego Koła,  zgoła niemarksistowskie Kluby Inteligencji Katolickiej, katolicki ruch Znak ze swoimi pismami: ,,Tygodnikiem Powszechnym”, ,,Znakiem” i ,,Więzią” orazpięcioosobowym Kołem Poselskim Znak — namiastką opozycji w Sejmie PRL.

,,Wreszcie polską osobliwością był po 1956 r. liberalizm komunistycznego państwa w stosunku do twórców kultury, uczonych i nauczycieli akademickich” — zauważa Modzelewski. Źródłem tego liberalizmu było wyrachowanie niektórych rządzących: wolność twórcza stanowiła coś w rodzaju wentyla bezpieczeństwa. ,,Niech się [intelektualiści] lepiej wyszumią, skoro muszą, w swoich niskonakładowych publikacjach, na seminariach uniwersyteckich lub w salkach teatralnych, niżby mieli wkraczać na zastrzeżone dla partii obszary politycznego działania”, rozumowali (Modzelewski, s. 92). Inni, tacy jak Stefan Żółkiewski czy Adam Rapacki szczerze byli przekonani, że ,,władza ludowa powinna zagwarantować w nauce i w nauczaniu uniwersyteckim swobodę myśli, bez której te dziedziny nie mogą się rozwijać” — kontynuuje Modzelewski i  stwierdza, że do najpoważniejszych i najbardziej trwałych zdobyczy Października należało zarządzenie ministerialne z 1956 r., a następnie ustawa o szkolnictwie wyższym uchwalona w 1958 r. Zagwarantowały one polskim uczelniom autonomię. Stanowiły, zwłaszcza UW, enklawy wolności. Polska była jedynym krajem komunistycznym, w którym rektorów i dziekanów wybierali profesorowie. Nauka polska i nauczanie uniwersyteckie uzyskały sprzyjające warunki rozwoju. W latach 1956-68 Uniwersytet Warszawski, a zwłaszcza jego humanistyka i Wydział Matematyki i Fizyki,  osiągnęły poziom najwyższy w swoich dziejach, dorównując najlepszym uczelniom zachodnim. Po upadku komunizmu autonomia wyższych uczelni zapisana została w Konstytucji. ,,Jest to okoliczność bardzo szczęśliwa, bo także w wolnej Polsce rozmaite ekipy rządowe miewają pokusę, by wziąć uczonych i uniwersytety na krótką ministerialną smycz” —  pointuje swój wywód o zdobyczach Października Modzelewski w roku 2013 (s. 93).

 

Niemniej atmosfera polityczna w kraju szybko zaczęła gęstnieć. Już w rok po Październiku zamknięto ,,Po Prostu”, programowy tygodnik partyjnych rewizjonistów, postulujących na tych łamach daleko idącą liberalizację w dziedzinach swobód indywidualnych, kultury i gospodarki. Zakazano powołania liberalnego pisma ,,Europa”, co jego założyciele, niedoszli redaktorzy skwitowali złożeniem legitymacji partyjnych. Tłumne demonstracje uliczne po zamknięciu ,,Po Prostu” i wystąpienia z PZPR były oznakami rozmijania się oczekiwań ludzi Października z polityką władzy.

,,Terror przeminął, a nawet został potępiony, ale struktury władzy nie uległy przy tym zasadniczej przebudowie. Nadal obowiązywał ład monocentryczny. Nadal podstawą systemu była wszechogarniająca kontrola, a właściwie wszechwładza monopartii nad państwem, gospodarką i organizacjami społecznymi. […] obowiązywała zasada nomenklatury — funkcje kierownicze, nawet gdy obsadzane były formalnie w drodze konkursu lub wyborów, mogły być powierzone tylko ludziom akceptowanym przez odpowiednie instancje partyjne. Instancje te, działające na zasadzie tzw. centralizmu demokratycznego, czyli hierarchicznej podległości Komitetowi Centralnemu i jego wydziałom, kształtowały też najważniejsze decyzje wszystkich tych instytucji, urzędów, przedsiębiorstw i organizacji społecznych” – wskazuje Karol Modzelewski.

 

Jeszcze będąc w liceum doznaliśmy uczucia zaciskającej się pętli na krtani spragnionej czystego powietrza, powietrza wolności. Rozpoczęły się procesy pisarzy i dziennikarzy. Zaostrzającej się cenzurze przeciwstawili się słynni pisarze i naukowcy — sygnatariusze Listu 34. Na UW odbywały się wiece protestacyjne, jednocześnie zlikwidowano klub dyskusyjny powołany przez Modzelewskiego i Kuronia w zastępstwie już rozwiązanych młodzieżowych organizacji uczelnianych, założonych w atmosferze buntu Października. Czytaliśmy wydawany w Paryżu miesięcznik ,,Kultura” ukazujący się tam w języku polskim pod redakcją Jerzego Giedroycia oraz wydawane przez niego książki, ukazujące prawdziwsze oblicze naszego reżimu: Orwella, Dżilasa, Burnhama. Aresztowanie 9 marca 1968 oderwało mnie od tomu wspomnień b. komunisty i więźnia rosyjskich łagrów Weissberga-Cybulskiego, ,,Wielka czystka”.

Kiedy wstąpiliśmy na UW, na sile przybierał kurs antyinteligencki. Aresztowanie Kuronia i Modzelewskiego i skazanie ich w 1965 na wieloletnie kary więzienia wywołały powszechne oburzenie środowiska uczelnianego. Wydały się nam pokazem arogancji władzy, próbą sił. Liberalna profesura protestowała, my, studenci, wszczęliśmy liczne akcje dopominając się o uwięzionych nawet podczas oficjalnych pochodów pierwszomajowych. W odpowiedzi władze uczelni wytoczyły dyscyplinarki studentom broniącym obu swoich przywódców, profesorowie podjęli się obrony oskarżonych i w rezultacie ani Michnik, ani nikt z naszych kolegów nie został wydalony z UW, co było zamierzeniem władzy. Ta pierwsza dyscyplinarka dała okazję do przykładnego wykorzystania przepisów ustawy o autonomii wyższych uczelni, wspomnianej przez Modzelewskiego. Jeszcze obowiązywały…

 

Antyinteligencki kurs w polityce kulturalnej wyjaśniano  kompleksami Gomułki. Ale sprawy nie były takie proste. Nakładały się na siebie przeciwstawne dążenia skłóconych koterii partyjnych, różne tendencje w aparacie władzy, odmienne kierunki w jego polityce zagranicznej i wewnętrznej. Trwał spór o wzorce patriotyzmu, o historię (zwłaszcza okupację), o bohaterstwo Polaków, nasiliły się ataki na prześmiewców i krytyków nurtu narodowego. Obchodzone przez Kościół Tysiąclecie Państwa Polskiego (1966) ukazało moc katolicyzmu, i jego rezerwę wobec reżimu, wydobywając na światło dzienne skrywany za stalinizmu wzór Polaka katolika. Władza w swoim zacietrzewieniu wypowiedziała wojnę Kościołowi i Czarnej Madonnie, której oblicze obnoszono na millenijnej pielgrzymce po całym kraju.  Na obraz wydano nakaz aresztowania.

W tym samym roku w 10. Rocznicę Października UW ponownie stał się ośrodkiem buntu wobec polityki Partii. Na wydziale historii Leszek Kołakowski i Krzysztof Pomian, na zebraniu studentów zwołanym przez Adama Michnika, poddali surowej i jednoznacznej krytyce zaprzepaszczenie demokratycznych zwycięstw Października przez władzę centralną,  jej politykę gospodarczą i kulturalną. Znów nastąpiły represje wobec studentów, z Partii usunięto obu prelegentów, w następstwie czego znani pisarze i intelektualiści  na znak solidarności rzucili legitymacje partyjne. W roku następnym, 1967, na Bliskim Wschodzie wybuchła wojna i Izrael błyskawicznie, w ciągu 6 dni, pokonał arabskiego agresora, wspieranego przez ZSRR. W Polsce w środowiskach inteligenckich witano to z nieskrywaną radością.

Jednocześnie w łonie aparatu państwowego i partyjnego zaostrzyły się antagonizmy: młodsze pokolenie upomniało się o uczestnictwo  we władzy; w starszym, rozbitym na frakcje (progomułkowską, bardziej dbałą o niezależność krajowej polityki zagranicznej — stabilizację zachodniej granicy Polski na Odrze i Nysie i traktat pokojowy z Niemcami, oraz moczarowską,  odwołującą się do uczuć patriotycznych, narodowej dumy i sekretnie zabiegającą o wsparcie swojej koterii przez Kreml). Moczarowcy rekrutowali się zarówno z wysokich sfer rządowych, jak partyjnych i służb bezpieczeństwa. Pragnęli zdobyć pełną władzę pozorując rewoltę narodu polskiego przeciwko komunizmowi internacjonalistów (na ogół wyzywanych wtedy od kosmopolitów) i uniwersalistów marksistowskich (nazywanych syjonistami). Chodziło o tzw. puławianów, komunistów przeważnie pochodzenia żydowskiego, którzy podczas wojny schronili się w ZSRR, a także tych, którzy podczas wojny znaleźli się na Zachodzie: b. dąbrowszczaków — uczestników wojny w Hiszpanii 1936-39, członków francuskiego Résistance i in.

Wszystkie grupy potrzebowały nowej ideologii, komunistyczna ideowość szła w zapomnienie, wpierw w klimacie ,,małej stabilizacji“ i wzrostu konsumpcyjnych ambicji aparatu, następnie w miarę coraz ostrzejszego zwalczania popaździernikowych rewizjonistów marksistowskich. Antysemityzm, który z reguły ujawniał się w Polsce ilekroć władza zdradzała symptomy kryzysu, objawił się i tym razem  — jak na zawołanie.

Mechanizmy te i co one oznaczały dla polskiej kultury, jak silnie na niej zaciążyła ich niszczycielska moc, pokazuje sprawa Dziadów.

Kazimierz Dejmek, dyrektor Teatru Narodowego, miał wystawić na 50-lecie Rewolucji Październikowej niegrane od lat Dziady Mickiewicza. Powierzył mu to zadanie ówczesny wiceminister kultury. W książce Janusza Majcherka i Tomasza Mościckiego, Kryptonim Dziady, możemy wyczytać, jak udało mu się przeprowadzić ten zamiar. Dejmek był członkiem PZPR, czystych źródeł dla inwencji teatralnej szukał w sztuce ludowej, o czym najwymowniej świadczyła wystawiona przez niego w roku 1961 Historyja o chwalebnym zmartwychwstaniu Pańskim. Przyniosła mu najwyższe uznanie. Mimo że Dejmek nie znosił romantyzmu i patriotycznej mistyki z jej kultem Polski męczeńskiej, nieodmiennie rwącej się do walki, zawsze przegranej, inscenizując Dziady, sprawił, że przedstawienie, a zwłaszcza Wielka Improwizacja w wykonaniu Gustawa Holoubka, wśród widzów wywoływała uniesienie. Liczne kwestie padające z ust aktorów witały burze oklasków, czytano w nich antyrosyjskie aluzje. Władza (z wyjątkiem Kliszki), na premierze przyjmująca przedstawienie bezkrytycznie a nawet z uznaniem, wpadła w popłoch. Nastąpiły interwencje cenzury, żądania zmian w przedstawieniu, a potem również w programie teatralnym. Krążyły pogłoski o interwencji ambasady ZSRR jakoby niezadowolonej z wymowy sztuki. Wreszcie 30 stycznia 1968 do teatru wdarła się publiczność (wśród niej komandosi) — bez biletów, aby tylko móc zobaczyć osławione przedstawienie, jedenaste z rzędu, zapowiedziane jako ostatnie. Doszło do manifestacji studentów. Troje z nich stało pod teatrem z transparentem z prześcieradła na którym wymalowali swoje hasło: ,,Żądamy dalszych przedstawień Dziadów”. Byli to studenci Szkoły Teatralnej: Małgorzata Dziewulska, Andrzej Seweryn, Ryszard Peryt. Późniejszy komentarz Andrzeja Seweryna o ich samotnej demonstracji najlepiej oddaje ówczesne intencje nas wszystkich: ,,Nasz protest był po prostu chęcią zamanifestowania władzom, społeczeństwu, że oto — po pierwsze: protesty są możliwe, po drugie: że my się nie zgadzamy z taką decyzją, że społeczeństwo nie jest jakimś osłem, z którym można robić, co się chce, że jesteśmy wrażliwymi ludźmi, którym nie jest obojętna nasza historia, literatura, sztuka, kultura. Zdejmowano wtedy z afisza Teatru Narodowego jedno z fundamentalnych dzieł naszej literatury, myśli, kultury”. Podobnie stwierdziła Dziewulska: ,,chcieliśmy po prostu […] pokazać, że my się nie zgadzamy […] żeby zdjęto Dziady […] nam zależało tylko na wydaniu pewnego głosu. Na niczym więcej”. Śledztwo wykazało, że oprócz transparentu studentów Szkoły Teatralnej był też drugi, z napisem ,,Chcemy prawdy Mickiewicza”, prawdopodobnie wzniesiony z własnej inicjatywy przez naszego kolegę Sławomira Kretkowskiego.

Uwagi Dziewulskiej, przytoczone w książce, należą do najmądrzejszych i najbardziej odkrywczych interpretacji samego przedstawienia. Ja, która na nim byłam, biłam brawo i wznosiłam okrzyki (,,Niepodległość bez cenzury” — hasło wymyślone przez Karola Modzelewskiego), dopiero z książki Majcherka i Mościckiego zrozumiałam, co tamtego wieczoru dane mi było przeżyć.

Ciąg dalszy nastąpi