ANNA PIWKOWSKA / Wiesław Juszczak, „Poeta i mit”

Wiesław Juszczak, „Poeta i mit”. Wołowiec, Czarne, 2014, s. 96.

Kiedy w maju 1926 roku Rainer Maria Rilke wysyłał do przebywającej na emigracji w Paryżu Maryny Cwietajewej swoje Elegie duinejskie, opatrzył je dedykacją. W przekładzie Adama Zagajewskiego tamto poetyckie przesłanie brzmiało: „Jeden tylko jest poeta, i czasem się zdarza, / że ten, kto go teraz wciela, spotyka tego, kto był nim przedtem”.

W swojej niezwykłej książce Poeta i mit Wiesław Juszczak, wybitny humanista i — nie waham się powiedzieć — artysta, rozwija tę myśl, starając się odpowiedzieć także na pytanie, kim właściwie jest poeta. I sięga do rzeczywistości mitycznej jeszcze sprzed pojawienia się mitologicznej narracji. Juszczak stawia tezę, że poeta to ktoś więcej niż tylko śpiewak posługujący się słowami, to poeta‑artysta‑kapłan, który już w rzeczywistości pierwotnej, paleolitycznej, tworzył naskalne obrazy w podziemnych sanktuariach. Pisał już o tym T. S. Eliot w eseju Tradycja i talent indywidualny, zafascynowany malowidłami, które obejrzał podczas letniej podróży we Francji, w Dordogne. Homer, Szekspir czy anonimowi twórcy obrazów w jaskiniach należą do tej samej zbiorowości poetów. Ich szereg, idących przez stulecia, otwiera anonimowy peuple d’images, autor wizerunków pierwszych, obrazów sakralnych.

Juszczak powtarza za Eliotem, że nie indywidualne cechy poety są ważne, lecz sam akt tworzenia, który wtedy jest naprawdę wielki, gdy „najsilniej manifestuje swoją nieśmiertelność”. Coś podobnego mówił Josif Brodski, uparcie powtarzając, że poeta jest tylko medium, narzędziem języka, który jest najświętszą rzeczą, jaką mamy.

Juszczak zestawia dwa pojęcia — „ontologię archaiczną” Eliadego i „mądrość poetycką” Giambattisty Vico, włoskiego filozofa i historiozofa epoki oświecenia. Bliski jest myśli Eliota, że wszyscy ludzie na początku byli mniej lub bardziej poetami i kapłanami zarazem. Według autora Poety i mitu, który w swoich rozważaniach odwołuje się także do religijnych praktyk tybetańskich, „obraz święty ożywa tylko w obliczu prawdziwej wiary”. Malarz, poeta nie jest twórcą, lecz raczej odkrywcą rzeczywistości, która istnieje od zawsze. Cytując Joannę Tokarską‑Bakir, „swą sztuką nie chce powiedzieć «czegoś nowego», ale raczej coś bardzo starego. […] Ma być powolnym instrumentem, skrybą archetypu”.

Przypomina się tutaj Miłosz, który mówił, że chciałby pisać tak, aby podobać się przede wszystkim tym, którzy byli przed nim. „Późny wnuk” jest dla niego mniej ważny.

Juszczak, zafascynowany rozważaniami wielkich myślicieli Wschodu, w poczet swoich rozmówców wciąga także Thomasa Mertona. Ten mistyk i praktykujący buddyzm ksiądz katolicki w Zapiskach współwinnego widza pisze, że „jednym z charakterystycznych źródeł sił żywotnych w azjatyckiej sztuce i filozofii […] jest ich większa wierność wobec niepamiętnych sposobów widzenia, idących aż w prehistoryczny czas”. Dodaje także, że „przypuszczalnie żaden inny rodzaj sztuki nie jest w stanie wzruszyć tak głęboko jak paleolityczne malowidła jaskiniowe i bizantyńskie lub rosyjskie ikony”.

Juszczak zwraca się w swoich rozmyślaniach także ku poezji współczesnej. I oto znowu pojawia się Rilke ze swoimi Elegiami duinejskimi i niezwykłym przeżyciem doznanym na zamku w Duino, na początku 1913 roku, kiedy notuje w trzeciej osobie: „Było to niewiele ponad rok temu, gdy w zamkowym ogrodzie, który dość stromym zboczem schodził ku morzu, przydarzyło mu się coś dziwnego. […] Przyszło mu do głowy, by oprzeć się w znajdującym się mniej więcej na wysokości ramion rozwidleniu do krzaków podobnego drzewa […]. Trwał całkowicie wtopiony w naturę, w jakiejś niemal nieświadomej kontemplacji. […] Nie byłby w stanie uświadomić sobie, gdzie wcześniej przebywał, ale że do tego wszystkiego tutaj tylko powracał. […] Przygotowany był na to, że zza zakrętu wyjdzie ku niemu […] ktoś spośród zmarłych mieszkańców domu”. To poczucie wyjścia z ciała, przenikania się bytów, wypełnia mistyczną atmosferą cykl Elegii duinejskich. Juszczak od razu podsuwa czytelnikowi skojarzenie z Szeptami nieśmiertelności Eliota:

 

Inne echa
Mieszkają w tym ogrodzie. Mamy iść za nimi?
Żwawo — mówił ptak — znajdźcie je, znajdźcie,
[…]
I niewidoczny promień oka przeszył nas, bo róże
Wyglądały jak kwiaty, które ktoś ogląda.
                             (tłum. Krzysztof Boczkowski)

 

Ten mistyczny ton pojawia się według Juszczaka we wszystkich dziełach wielkich i nieśmiertelnych. Erudycja autora, jego artystyczny i także metafizyczny słuch, wiedzie nas dalej i głębiej, ale w zgodzie, przynajmniej z moimi własnymi przeczuciami. Prowadzi do hymnu Rigwedy, do strof Mahabharaty. Jak mówi znana sentencja, „wszystko, co zawiera ten poemat, można też znaleźć gdzie indziej, ale czego w nim nie ma, nigdzie nie istnieje”. W tym sensie Mahabharata jest także tylko odkrywaniem, a nie tworzeniem rzeczywistości. Rzeczywistości bowiem nie można stworzyć, ona jest. Wracamy do mitu, do jego żywej obecności. Jak powiedział Leszek Kołakowski, „mit to wieczność, która wdziera się w czas”. Według Juszczaka indyjski epos to przestrzeń, „mitologiczna sieć” narzucona na ogromny kontynent. Przestrzeń nie do przebycia. Tę sieć Bruce Chatwin, przy innej okazji, objął terminem songlines. W wywiadzie udzielonym po publikacji swojej książki mówił: „Linie pieśni stanowią labirynt niewidzialnych dróg, które się rozciągają po wszystkich zakątkach Australii. Kreacyjne mity tubylców opowiadają o legendarnych totemicznych przodkach — po części ludziach, po części zwierzętach — którzy sami stworzyli siebie i następnie wyprawiali się w bezkresne podróże przez kontynent, wyśpiewując imiona wszystkiego, co napotykali po drodze, i w ten sposób śpiewem przywodząc świat do istnienia”. A więc, jak chce Juszczak, przywołując na potwierdzenie swojej metafizycznej intuicji inne głosy: współczesnych poetów i anonimowego un homme d’images (może jeszcze sprzed istnienia czasu), jeden jest poeta i jeden jest mit. Ten, który snuje mityczną opowieść głosami wszystkich. Tych, którzy byli, są i będą.

 

ANNA PIWKOWSKA