ANNA ARNO, Tablica przy Odrowąża

Na rogu Wrocławskiej i Odrowąża nie ma już fabryki Wawel. Dawniej cała dzielnica pachniała czekoladą. Jej zapach mieszał się z wonią butwiejących liści. Przy Odrowąża mieszkałam dwa lata i oczywiście nie zawsze była jesień. Ale tak zapamiętałam tamtą okolicę: zasypaną złotymi liśćmi. Kiedy Wrocławską wracałam ze szkoły, mijałam tablicę na murze wojskowego szpitala. Dwa poetyckie wersy, przykład złożonej niemieckiej składni: „Strahlende Arme Erbarmen. Umfangt ein brechendes Herz”, „Litości promieniste ramiona / Obejmują rozbite serce”. Fragment Śpiewu uwięzionego kosa (tłum. Zbigniew Herbert). Wiedziałam, że Georg Trakl się zabił. Umarł młodo, miał dwadzieścia siedem lat, ale wtedy byłam od niego młodsza. Myślałam, że się zastrzelił dokładnie w tym miejscu, że krew opryskała szpitalne mury. Nie dociekałam, nie próbowałam poznać szczegółów; bez nich zżyłam się z Traklem, uważałam go za swojego sąsiada. Dopiero po latach przeczytałam, że został ranny na wschodnim froncie I wojny światowej i przewieziono go do szpitala w Krakowie. Miał chore gardło, leczył się kokainą (był farmaceutą, woził spore zapasy). Ale to nie było przypadkowe przedawkowanie. Wcześniej, w wojsku, rzeczywiście strzelał do siebie, ale go odratowali. O tym wszystkim nie wiedziałam piętnaście lat temu. Wtedy wystarczał mi zapach czekolady i wiersz Muzyka w Mirabell, który śpiewała po niemiecku Ewa Demarczyk: „Spokojni ludzie chodzą zamyśleni / Cichym wieczorem po starym ogrodzie”.

Dopiero kilka lat później spodobała mi się prosta zabawa: wyszukiwanie artystów, którzy w moim wieku już nie żyli. To niezbyt oryginalny pomysł i chyba wiele osób skrycie się tak zabawia: zaczynając zwykle od Keatsa (26 lat). Rok starszy Masaccio: to po prostu nie mieści się w głowie, dwadzieścia siedem lat i zostawił odmienione malarstwo. Następny w pochodzie idzie Egon Schiele, a w jego cieniu, najmłodszy Richard Gerstl: miał dwadzieścia pięć lat, kiedy się zabił z rozpaczliwej miłości do żony Arnolda Schönberga, Mathilde. W nowojorskiej Neue Galerie za każdym razem odwiedzam jego autoportret: nagi do pasa, à la zmartwychwstały Chrystus, stoi na błękitnym tle, w aureoli promieni. Z każdym rokiem robi się gęściej, całe pochody zmarłych za młodu. Kiedy dochodzi się do Schuberta, większość graczy przestaje liczyć: trzydzieści jeden lat; pozostawił dzieła późne i dojrzałe oraz bogate opus posthumus. Trzydzieści jeden, prawie trzydzieści dwa lata miała malarka Paula Modersohn‑Becker, która zmarła w połogu. Westchnęła: „jaka szkoda”, miała wrażenie, że w malarstwie nie zdążyła się wyrazić. Pozostawiła jednak osiemset obrazów oraz mnóstwo rysunków. I córkę, która dożyła dziewięćdziesiątki.

Niektórych łatwo wykluczyć z gry. Giorgione był zbyt tajemniczy: o jego życiu niewiele wiadomo, specjaliści przypisują mu kilka prac, reszta to naśladownictwa tzw. szkoły. W ogóle nie pasuje do niego ten absurdalny wiek: trzydzieści dwa. I jeszcze Seurat — 31, kto by pomyślał, wprowadził pointylizm, Géricault, 33 — nie dbał o siebie, szalał na koniach. W prywatnej kolekcji oglądałam jego pośmiertną maskę: zapadnięte policzki, głębokie oczodoły, zarost, który rośnie jeszcze po śmierci. To był gips modelowany na martwej twarzy, „szkic” do odlewu. Chyba straszniejszy od sinych zwłok rzezimieszków, które on sam malował w przygotowaniu do Tratwy Meduzy. Inny paryski zbieracz z dumą pokazuje starannie oprawiony, pożółkły dokument: stary pan Géricault zaprasza na pogrzeb syna.

Przychodzi chwila, kiedy liczenie młodo zmarłych przestaje być zabawne. Właściwie od początku było wiadomo, że to wątpliwa rozrywka. Nie ma sensu, podobnie jak wszelkie porównywanie własnego życia z cudzym. Na czym ci w gruncie rzeczy zależy? Co chcesz przez to powiedzieć? Od tej pory pocieszenie przynoszą studia późnego stylu, późnego rozkwitu czy debiutu nawet. Penelope Fitzgerald wychowała dzieci, pracowała w szkole i mieszkała na barce, która dwa razy tonęła. Dopiero chwilę przed sześćdziesiątką na dobre usiadła przy biurku. Napisała powieść, żeby zabawić umierającego męża: a potem wychodziły kolejne, co rok prorok. Leos Janáček z kolei w połowie siódmej dekady szaleńczo się zakochał w młodej mężatce: dla niej, przez nią i o niej napisał dzieła, dzięki którym jest pamiętany. Ale to też nic nie znaczy. Za progiem Schuberta rozpościera się wiek pokory. Myśl o młodo zmarłych (co po mnie zostanie?) przypomina niewiele mądrzejszą zabawę, w którą grają wszystkie dzieci w reakcji na rodzicielską niesprawiedliwość: wyobrażają sobie własny pogrzeb. A jednak czasem gry przynoszą pocieszenie: znajomy, który stracił młodszego przyjaciela, kompletuje mu kompanię w zaświatach, zmarłych w wieku trzydziestu siedmiu lat: Rafael, van Gogh, Watteau — mogłoby być gorzej.

Podsłuchałam niedawno rozmowę: „W Wenecji uliczki są tak wąskie, kiedy stoisz na mostku, możesz pomyśleć, że dokładnie w tym miejscu stali Mann czy Wagner”. „Zupełnie mnie to nie rusza”. A dla mnie to ważne, choć zdaję sobie sprawę z tego, że to tylko wycieczki w wyobraźni. Marmur kościelnej posadzki, jak długo trzeba było iść na kolanach, żeby płyty tak błyszczały. Spękane, ciemne drewno, zapach kadzidła, który wchodzi we wszystkie pory. Z półmroku kościoła wyłaniają się figury rzeźbionej ambony, serce bije szybciej, jak przed długo oczekiwanym spotkaniem. Przyjaciel prosił, abym odszukała pałac, gdzie mieszkała Constance Fenimore Woolson. To ciasny zaułek, nawet gdy bardzo wyciągać szyję, trudno objąć spojrzeniem całą bryłę; fasadę pałacu można podziwiać dopiero z drugiej strony kanału. Na parterze znajduje się sklep z tkaninami i szkłem z Murano, pamiątkami dla bogatych turystów. Dzwonię i mówię: „Znalazłam, dotarłam, stoję pod tym numerem”. W wyobraźni wciąż widzę białą suknię Konstancji, którą w Canal Grande topił Henry James. Nie potrafił odwzajemnić jej uczucia, a suknia nie chciała tonąć, płynęła. Innym razem w środku zimy szukałam bistro przy paryskim Place Dauphine, gdzie bywał Simenon, gdzie wpadał na obiady komisarz Maigret. Ani śladu, ale to musiało być gdzieś tutaj, zaraz naprzeciwko Palais de Justice.

Chodzimy cudzymi ścieżkami, zbieramy odbite wzruszenia. Jakby obrazy, zapach i smak z lektury dało się nanieść na miejsca, położyć na nich, jak barwny filtr, cienką warstwę kalkomanii. Jakby miejsca istniały intensywniej, kiedy ktoś przetarł nam ścieżkę. Nieważne, że zwykle wszystko okazuje się mniejsze, niż się wydawało. Na przykład kościół Świętego Tomasza w Lipsku. Jak można kantaty i msze Bacha sprowadzić do jednej, prowincjonalnej parafii? Ale wyobraźnia działa, wyjaskrawia, porusza wszystkie struny. Na wystawie „W pracowni Matisse’a” w Royal Academy obok obrazów pokazano przedmioty, które je zainspirowały. Posrebrzany dzbanek, stolik z Maroka, tygielek do kawy, który artysta dostał w ślubnym prezencie. Wszystkie wielokrotnie malował. Ale co miały wspólnego te pospolite przedmioty z odkryciami nowoczesnego malarstwa? Nic, przypadek. Nie powinno się ich oglądać, mówią niektórzy. Przykład kuratorskiego braku inwencji. Ale mnie dziwnie wzrusza: właśnie ten zaśniedziały dzbanek. Mówię sobie: spójrz, Matisse brał, co miał pod ręką, ustawiał najprostszą martwą naturę. Nas też otaczają przedmioty, miasta, tablice na murze. Wystarczy nie mieć nic lepszego do roboty, tylko czytać: tu trzy noce spał Goethe, tam ktoś żył, umarł i tworzył. W tym domu, w latach tych i tych… Jeśli to Warszawa, to zapewne nie ma już samej kamienicy, pozostał napis: „W domu, który stał w tym miejscu…”. Żył, tworzył, wyjechał na wygnanie. Albo go stąd wywieziono.

 

Georg Trakl nigdy nie dostał stypendium, którym chciał go wspomóc Ludwig Wittgenstein. Filozof pływał po Wiśle patrolowym okrętem „Goplana”. Kiedy się dowiedział, że poeta po próbie samobójczej przebywa w krakowskim szpitalu, przełożył umówione jeszcze w Wiedniu spotkanie. W Krakowie nie ma tablicy Wittgensteina.

ANNA ARNO

Szkic z „Zeszytów Literackich” nr 140