ANDRZEJ CIECHANOWIECKI „Wspomnienia”

(„Zeszyty Literackie” nr 132)

Ostatni koncert

Powstanie, wszystko dookoła płonie. Moja babka prowadzi mnie do jadalni w pałacyku Tyszkiewiczów na Matejki, który dawał na nasz dom płonący. Widać było, jaki obraz padał, jakie meble pochłaniał ogień… I ta kobieta, już bardzo niemłoda, mówi mi: „To nic, to nic nie znaczy” — po francusku oczywiście — „to nic nie znaczy, odbudujemy nowe życie”. Więc odwaga wyjątkowa. Zmieniamy się na tarasie na dachu, żeby jakaś iskra na nas nie padła, żebyśmy po prostu przypadkiem nie spłonęli. Mnie przypadł dyżur z Romanem Padlewskim, znanym młodym muzykiem pianistą, dziś niestety raczej zapomnianym. Nie pamiętam, o czym mówiliśmy, ale była to głęboka rozmowa filozoficzna. Z Mokotowskiej przez Wilczą przyszedł oddział AK‑owski, który dołączył do nas. Nie było dosyć zastawy stołowej, tak że rozbijali skrzynie z porcelaną księcia Józefa, którą Maurycy Potocki zdeponował razem z innymi dziełami sztuki u Tyszkiewicza. Po drugiej wizycie Tyszkiewicza na komando przyszli Niemcy, wojsko, z rozkazem spalenia tego domu. Oficer, cywilizowany, widząc, jakimi skarbami dzieł sztuki był ten dom wypełniony, na moją prośbę dał nam piętnaście minut na wyprowadzenie tego, cośmy mogli wynieść do ogrodów. Łańcuch ludzi w ogrodach i łańcuch ludzi w pokojach. Wynosiliśmy porcelanę, srebra, obrazy, meble, co tylko można było udźwignąć. Pamiętam, że wyrywałem z boazerii dwa portrety en pied Wańkowiczów, wykonane przez Wańkowicza malarza. Niemcy zapalili ogień w dużym holu, więc myśmy się wycofywali, ciągnąc za sobą, co tylko się dało. Był salon ze schodkami prowadzącymi do ogrodu i fortepian, który zostawiliśmy na zakończenie operacji, utknął i nie można go było wyciągnąć. Roman Padlewski usiadł do fortepianu i wśród płonących domów i strzałów zagrał Etiudę rewolucyjną Chopina. Wszyscy staliśmy już w ogrodzie i nie ukrywam, że łzy nam się lały, bo ten piękny dom, który tylu przyjmował cudzoziemców, który był latarnią w życiu towarzyskim Warszawy, szedł na dno. Kiedy płomienie zaczęły wchodzić do tak zwanej latarni, Padlewski na pół nuty granie przerwał, wziął pod rękę Tyszkiewicza i zeszli do ogrodów. Był to jego ostatni koncert, jeśli koncertem to można nazwać, kilka dni potem zginął na barykadach.

 

 

Aresztowanie

Wychodzę z Zakładu Historii Sztuki, przecinam rynek krakowski i na środku rynku zostaję aresztowany. Przyjeżdżamy na boczną uliczkę, czekamy dosyć długo. Przyjeżdża mocniejsza maszyna i kierunek Warszawa. Jest po zmroku, już kiedy przyjeżdżamy na Aleję Przyjaciół, do tego dużego bloku, który daje na Aleje Ujazdowskie, który przypadkowo znałem, bo tam mieszkali — przed wojną — przyjaciele mojej rodziny, u których bywałem. Wita mnie nieskazitelnie ubrany kapitan, rozmawia ze mną o wszystkim i o niczym, mówi, że koło północy będzie pułkownik, który będzie chciał ze mną rozmawiać. I rzeczywiście punkt dwunasta wpuszczają mnie do gabinetu pułkownika — później się dowiaduję, że to był szef kontrwywiadu anglo‑amerykańskiego — który z akcentem, bardzo wschodnim, ale dobrą polszczyzną, zaczyna od uprzejmości: „Jaka podróż?”, i tak dalej… Potem pyta: „Pewno pan zastanawia się, dlaczego pan tutaj jest?”. Ja mówię: „Tej rozmowy dawno się spodziewałem. Moje kontakty z cudzoziemcami były tak oczywiste i tak znane, że nasza rozmowa była normalnym zjawiskiem”, i to na szczęście, bo podczas drogi pomyślałem, że oczywiście to jest przesłuchanie i tak samo mogą przesłuchiwać moją matkę, bo ci sami znajomi byli jej znajomymi. „Jeśli pan myśli, że my nie wiemy, co pan napisał, i że sejfy Intelligence Service nie są otwarte dla nas — to pan się myli”. Od razu się uspokoiłem, bo nigdy niczego nie napisałem. W jakiejś rozmowie mogła być — nazwijmy to — niedyskrecja dyplomatyczna. Ale która nie mogła być zakwalifikowana jako szpiegostwo. Na trzeci dzień oficjalnie mnie aresztowano. Podpisałem, że jestem aresztowany, i do piwnicy, gdzie spało się na pryczach, gdzie kibel raz na dzień, złe jedzenie, ale lepsze niż później. Zagnieździła się tam para myszek, a potem było dziesięć myszek. Strażnikami byli, po cywilu zresztą, Francuzi polskiego pochodzenia, z polskiego i komunistycznego okręgu Lille. Zacząłem mówić do nich po francusku i to trochę wpłynęło na traktowanie mnie przez nich, ale tylko tam, w piwnicy. Przesłuchiwania były na krzyż — trzy dni czy cztery dni, noc w noc. Potem trzy tygodnie nikt nie chciał mnie widzieć, nie wzywano mnie. To oczywiste łamanie człowieka. Moich towarzyszy w celi pytałem, co mam robić, jeżeli mnie wezwą: „A to trzeba zameldować: więzień taki i taki… Będzie w kącie krzesełko, na tym krzesełku trzeba usiąść, ręce złożyć na kolanach i czekać na pytania” — nie podobało mi się to. Więc jak za pierwszym razem zostałem wezwany — jakiś porucznik czy kapitan — widziałem kątem oka, że było krzesełko, ale było też krzesło przy jego biurku, więc ja prosto… — zameldowałem się — ale poszedłem do tego krzesła, noga na nogę i zapytałem: „Czego pan kapitan sobie ode mnie życzy?”. On popatrzył na mnie jak na wariata i wybiegł z pokoju. Widocznie do szefa jakiegoś — jak ma mnie traktować… Ja tutaj wyraźnie naigrawam się z niego. Musiał dostać odpowiedź, że trzeba mnie traktować dobrze.

 

 

Więzienie w Rawiczu

Ambasada Brytyjska, z członkami której miałem może najbliższe stosunki — na tym szczególnie się skoncentrowali. Dali sobie spokój z Amerykanami. Z ambasadorami… Co pan z ambasadorem — tym czy tamtym? Mówię, że miałem 22 lata, nie mogłem z ambasadorem tym czy innym, omawiać poważnych spraw — oni nie chcieli, ja też. Kiedyś już miałem tego wszystkiego dosyć i mówię: „Przypomniało mi się, że z panem takim i takim omawiałem bardzo ciekawą rzecz: wpływy weneckie na rzeźbę istryjską”. Zrobiło się ciężko, musiałem już siedzieć w kącie, bo zrobiłem dowcip. Ciągle szpiegostwo, szpiegostwo… Dyplomaci nie są wszyscy szpiegami. Tłumaczę mu, jakie są attachaty, mój ojciec był dyplomatą, nie był szpiegiem — nie wytłumaczy mi pan, żeby mój ojciec był szpiegiem. Więc oczywiście to go wściekło i wtedy wstał zza swojego biurka, przyleciał do mnie i powiedział: „Ty taki i owaki, żebym ja mógł, tobym ci pokazał”. Więc widziałem, że wygrałem.

W maju przewieziono mnie na Rakowiecką, na celę ogólną, wykładałem tam, i to się musiało nie podobać, historię sztuki — to był salon warszawski. Wzięto mnie na jedenastkę i tam dochodziły mnie z pawilonu dziesiątego nieprzyjemne hałasy, a nocą strzały z zewnątrz. W tym pawilonie już siedziałem do procesu — tak zwanego kiblowego, który nie miał nic do czynienia z moim śledztwem. Na korytarzu widziałem moją matkę po raz pierwszy od aresztowania, posiwiała całkowicie — kiwaliśmy do siebie. Śledczy — ostatni, który mnie przygotowywał do procesu — powiedział mi, że dostanę dziesięć lat. Zresztą z dwóch artykułów, które podlegały amnestii, nawet trzem amnestiom. Dwie osoby świadczyły, ale nie o tym, dotyczyło to przedłużenia akcji konspiracyjnych, a nie tego, co stanowiło treść oskarżenia — rzekome szpiegostwo. Artykuł 9 kodeksu wojskowego: „Pomoc osobom przypuszczalnie działającym na szkodę Państwa Polskiego”. A więc ani nie udowodniono tezy, że działali na szkodę Państwa Polskiego, ani mnie, że im pomagałem — i z tego dostałem dziewięć lat. Po wyroku wróciłem na ogólniak. Po tygodniu Sąd Najwyższy zatwierdził wyrok, jak zawsze zatwierdzał, i wieczorem zawieziono mnie do Rawicza. Rawicz był budynkiem wzniesionym jeszcze za czasów pruskich w XIX wieku. Nie był zupełnie przystosowany do nawału więźniów, którzy znaleźli się tam od 1952 roku. Tutaj ważny jest szczegół, przypomnienie lex Grabowski — tak nazwane od ministra sprawiedliwości w przedwojennej sanacyjnej Polsce, który zniósł podział na więźniów politycznych i kryminalnych. Byliśmy więc przemieszani, co nie zawsze było przyjemne. Ale znakomitą większość stanowili — podkreślam to słowo — więźniowie polityczni.

 

 

Siedziałem w Rawiczu

Już przyjazd do Rawicza nie był przyjemny. Warunki sanitarne ubliżające wszelkim normom, przeludnienie cel, brak prasy czy jakiejkolwiek informacji. Spacer raz na tydzień, i to bardzo krótki, prysznic raz na miesiąc i tak dalej. Warto tylko przypomnieć, że na obiad przeważnie był kapuśniak, z kiszonej na miejscu kapusty, i że uważaliśmy się za szczęśliwych, jeśli do miski kogokolwiek trafił kartofel, a wieczorem tragedia z tak zwaną morelówką, bo wyglądała bardzo pięknie ta zupa — pomarańczowa w kolorze. Później dowiedzieliśmy się, że na procesie norymberskim zostało potępione użycie tej brukwi pastewnej w posiłkach dla ludzi, a nam ją podawano bardzo często, z rezultatami fizjologicznymi tragicznymi. Oczywiście opieki duchownej nie było. Nasi kryminaliści, czasami chłopcy zupełnie przyzwoici, domagali się rozrywki i od piątej rano do piątej wieczorem opowiadało się im treść filmów, książek. Nie byli to intelektualiści, więc trudno im było podawać wykłady o poważniejszej treści. Zresztą w celach, w których byłem — a byłem w kilku — narzucałem, i to siłą prawie, godziny ciszy, żeby móc się skupić, żeby móc myśleć o przeszłości i przyszłości, nigdy o teraźniejszości. Bo inaczej można było zwariować. Zresztą ludzie wariowali, ale zwierzę ludzkie jest silne — fizycznie i psychicznie. Jak nas na golasa (bo trzeba było zmienić bieliznę) pędzono zimą do łaźni przez bardzo zimne korytarze, i to ludzi starych, nikt nie chorował.

Księży trzymano oddzielnie, ale wiadomo było, w których są celach. Miałem przeżycie bardzo emocjonujące z tym związane. Nie byłem oczywiście w stanie łaski; kiedy byłem u spowiedzi przed uwięzieniem, tego nawet nie pamiętam dokładnie. Chciałem się wyspowiadać. W pewnym momencie otrzymałem serię zastrzyków wzmacniających i zauważyłem, że w celi księży więzień dostawał w tych samych godzinach zastrzyk — tak jak ja. Staliśmy jak krzyż świętego Andrzeja, dosyć daleko od siebie, i strażnik chodził po tym korytarzu, ale były przerwy, tak że szepnąłem: „Czy ksiądz?”. — „Tak”. „Chciałbym się wyspowiadać następnym razem, proszę być przygotowanym”. W następnym tygodniu nie można się było do siebie zbliżyć, ale byliśmy o jakieś dwa metry od siebie — twarzą w ścianę, i na wyrywki, kiedy strażnika nie było blisko nas, powiedziałem to, co chciałem, i dostałem rozgrzeszenie.

Szpital miał izbę chorych, a właściwie szpitalik. Dostać się tam nie było łatwo, był on obsadzony lekarzami więźniami i sanitariusze też byli więźniami. Pawilon szpitalny miał większe okna i dawał tymi oknami na deptak spacerowy. Tak że można było wyłowić — na tym deptaku — ludzi znajomych, a szczególnie ludzi dla Polski potrzebnych lub zasłużonych w przeszłości. I tak mnie Adam Gutowski wyciągnął z pawilonu, z celi mniejszej, na — nazwijmy to tak — kurację, w izbie chorych. A potem, ponieważ administracja była bardzo źle zorganizowana, zatrudniono mnie jako sekretarza szpitalnego. Był to już 1953 rok, zaawansowany, po śmierci Stalina. Wyczuło się to. Nikt nie wiedział, ale doszły nas wiadomości i klimat się poniekąd lekko zmienił. Stał się nieco bardziej łaskawy.

 

 

Diakonat de facto

Była na jednej celi gruźliczej grupa generałów niemieckich, których chciano wysłać do Niemiec. Więc dokarmiano ich i zapoznałem się z procedurą, bo to się nazywało przerwą w odbywaniu kary, tak samo księża byli traktowani już nieco lepiej. Nabrali do mnie zaufania i stało się dla nas niesłychanie ważnym stworzenie jakiejś formy sakramentów, i rozdanie ich przynajmniej personelowi szpitala, a potem przemycanie na pawilony. Mszę księża odprawiali, leżąc na łóżku, musieli być chorymi, żeby być w celi gruźliczej. Jako kielich służyła im łyżka cynowa, a potem zorganizowaliśmy jako hostię takie staromodne opłatki, i containery używane na proszki. Ale dowiedziałem się, że było już tylko kilka kropel wina produkowanego z rodzynek, fermentowanych rodzynek z wodą, i że trzymano je na Boże Narodzenie. Dostawałem comiesięczną paczkę ze Szwecji od moich krewnych, była to klasyczna glukoza, margaryna — wszystkie wzmacniające środki, które mogły wejść do kilogramowej paczki. Władze więzienne wrzucały mi to wszystko do mojej miski i mieszały, żeby jeszcze było przyjemniej. Było lato 1954 roku, mieliśmy to tak zakodowane, ten problem, wina i rodzynek, z których to wino można było robić, że na spotkaniu z matką zapytałem, czy ciotka Marika nie mogłaby przysłać mi tak bardzo pożywnych rodzynek — nie było czasu na rozmowę, więc tylko pokiwała głową. Jakoś się zbiegły paczki, tak że po tygodniu wzywają mnie ponownie po paczkę, i pierwszą rzeczą, która pada mi na stół, jest kilogram rodzynek — cud, nie cud… No oczywiście zaczęliśmy to wino fabrykować. Ja już miałem swoją siatkę — w szpitalu ja roznosiłem komunię, ale w każdym pawilonie, prawie każdym, miałem swoich ludzi, którzy tę komunię roznosili. I tutaj dwa problemy moralne. Mówiono mi, że ten czy inny to jest kapuś, że to współpracownik władz więziennych, a ja mu daję komunię. Przemyślałem to i doszedłem do wniosku, że w Polsce wydadzą wszystko, ale nie sprawy religijne, i że to tylko temu człowiekowi może pomóc, jeżeli dostanie sakrament. I rzeczywiście — nikt nie wydał.

Gdy po wyjściu z więzienia widziałem się z ówczesnym arcybiskupem, kardynałem Wojtyłą, postawiłem mu pytanie dotyczące innej sprawy łączącej się z tą, która mnie moralnie turbowała: przecież nikt z nas nie miał święceń, więc nie były to święcone ręce, które największą świętość miały w ręku. A tak samo, czy to wino było winem prawdziwym? Przedstawiłem moje wątpliwości kardynałowi. Powiedziałem, że ja tak do tego podszedłem i my wszyscy, którzy z tych sakramentów korzystaliśmy: że myśmy byli diakonami de facto, że to był diakonat de facto, ponieważ innych możliwości nie było i że Stwórca musiał to wziąć pod uwagę. Znamy ten ruch kardynała Wojtyły: pochylił się nad stołem i powtórzył parę razy: „diakonat de facto, diakonat de facto” — i widocznie go przekonałem, gdyż podniósł głowę i powiedział: „Mieliście absolutnie rację, wierzyliście w to, wasza wiara na pewno była przyjęta”.

 

 

Lekarskie zwolnienia

Jak był spacer z pawilonu, to patrzyło się, kogo się zna, kto był kim i tak dalej. Potem starało się daną osobę ściągnąć do szpitala na kurację. Tę formułę udało mi się znacznie poszerzyć. Najpierw przyjmowaliśmy prawdziwie chorych, a potem mniej chorych albo w ogóle niechorych. Zorientowałem się, jak cały mechanizm działa. Komisja zbierała się raz na miesiąc, przyjeżdżał z Poznania major Konieczny z UB, porucznik Szymański — dyrektor naszego szpitala, i ja do pisania. Oczywiście trzeba pamiętać, że wówczas były tylko opisy rentgenowskie, a ja się nauczyłem, jak to działa. Tak samo opisy badań laboratoryjnych — wziąłem cały szpital, mogę to powiedzieć, w ręce, i zaczęliśmy od naprawdę chorych, a potem mniej chorych. Podejrzewałem pod koniec, że major Konieczny zdawał sobie sprawę z tego, co się działo, bo ja przygotowywałem danego pacjenta, a potem już formularz — czy na dwanaście miesięcy, czy na sześć miesięcy, przerwa w odbyciu kary. I major się zwracał do mnie: „No co jemu dane?”. Mówię: „Sytuacja jest taka a taka…”. Dużo medycyny się wówczas nauczyłem… Wpisywałem dwanaście miesięcy, albo sześć miesięcy, jeżeli słabsza była sytuacja. I tak wśród wybitniejszych nazwisk wyszli na przerwę kary Władysław Bartoszewski i Wiesław Chrzanowski, którzy byli moimi pacjentami… Nikt nie wracał, bo na wolności potrafili się urządzić, mieli swoich lekarzy, dostęp do władz i tak dalej. W sumie między Rawiczem a Wronkami było przeszło sto takich zwolnień. Do mojej matki posypały się podziękowania i wiadomości ode mnie. Dodam, że potworne były widzenia, po jednej i po drugiej stronie — krzyczące rodziny. Moja matka całą noc jechała z Krakowa, przyjeżdżała do Rawicza o 5 rano, a przyjęcia zaczynały się dopiero o 9. Błagałem, żeby przynajmniej zimą tego nie robiła, a ona mi — poniekąd rozsądnie — powiedziała: „Ja tego nie robię dla ciebie, ja robię to dla siebie”, i żadnego miesiąca nie opuściła. Przeniesiono mnie z Rawicza do Wronek i zbieg okoliczności, czy więcej… na drugi czy trzeci dzień wychodzi na wolność sekretarz szpitala. Kogo wziąć?… No, oczywiście sekretarza szpitala z więzienia w Rawiczu. Rawicz musiał się czegoś domyślać, bo nie było powodu, aby mnie przerzucać do Wronek, a ja oczywiście tę samą akcję rozpocząłem we Wronkach. I była wsypa. Jeden z sanitariuszy na przesłuchaniu się załamał. Myśmy wówczas prowadzili bardzo delikatną sprawę wybitnego AK‑owca, któremu można było wymyślić tylko chorobę psychiczną. To jest bardzo trudne do podtrzymania, szczególnie kiedy druga strona już o tym wie. Więc wzięto mnie na pojedynkę. Była zapowiedziana wizyta adwokacka, i adwokat wyrywając sobie włosy z głowy: „Co pan zrobił, co pan zrobił. Już było wszystko gotowe na zwolnienie pana!”. Bo, jak mówiłem, było x amnestii, w ogóle nie powinienem był być aresztowany. Grożono mi procesem, którego się nie bałem, bo to by była kompromitacja dla władz więziennych i dla UB, że więzień potrafił ich nabić w butelkę do tego stopnia. Procesu zatem zupełnie się nie obawiałem — i miałem rację. Po pewnym czasie i tak wyszedłem. Rehabilitowano mnie i żeby było zabawniej, rehabilitował i przyznawał mi groszowe odszkodowanie ten sam kapitan (który awansował na pułkownika) o fantastycznym nazwisku: Drohomirecki. W 1952 roku mnie skazywał, bo tak mu kazano, w 1956 ułaskawiał mnie i mi przyznawał odszkodowanie. Przyznam się, że mi nie popatrzył w oczy.

 

ANDRZEJ CIECHANOWIECKI

oprac. W. K.