ALEKSANDER EDELMAN, Wnuczki

Noc z 25 na 26 września. 2017 rok. Druga rano. Dreszcze, ból gardła, gorączka. Jutro mam lecieć do Warszawy. Jechać, nie jechać, jechać, nie jechać, jechać, nie jechać… Zupełnie jak matka z tym wyjechać czy zostać. Cały się trzęsę. Ta podróż to przygotowane od tygodni przez izraelską telewizję spotkanie z wnuczkami Antka i Celiny1, przyjaciół Marka Edelmana, powstańców z getta warszawskiego. Out of the blue. „My name is Noa Shabtai, and I’m working on television news magazine called Uvda […]. We want to present the story of the Warsaw ghetto uprisingpisze do mnie producent telewizji kilka tygodni temu. Jestem zaskoczony. Dlaczego pisze do mnie? Alik Smolar powiedział, że powinni się zwrócić do historyka. Że ja nic nie wiem. Pewnie miał rację.

Przez lata Izrael nie interesował się Żydami z warszawskiego getta, a powstania w getcie nie uznawał i nadal nie uznaje za część własnej historii. Za kilka wieków zrozumieją, że zburzenie świątyni w Jerozolimie to nic w porównaniu z zagładą Żydów europejskich. Zagłada będzie centralnym punktem odniesienia Żydów, wierzących i nie. Dlaczego oni tego nie rozumieją?

Ci, którzy przeżyli, nie opowiadali ani nikt ich nie pytał. Ich dzieci, drugie pokolenie, na ogół nie wiedziało wiele: dzieci miały mieć normalne życie. I miały. Dziś trzecie pokolenie zaczyna chcieć znać historię dziadków, a ile pokoleń przed nami. Reżyser tłumaczy, że jest właśnie trzecim pokoleniem, wnuczki też, i że nikt im nigdy nie opowiadał o powstaniu w getcie, a on chce opowiedzieć historię Antka i Celiny, a potem jego asystentka pisze w liście Antek przez c, Antec. Po co się nad tym zastanawiam w środku nocy? Gorączka mnie ogłupia. Stracę bilet. Cała ekipa i trzy wnuczki przylatują do Warszawy, żeby mnie spotkać. A ja mam drgawki… Spać, spać…

Trzecia rano. Aspiryna. Ostatnia szansa. Wszystko mnie boli. Nie znam Noam, Rony i Eyal, wnuczek Celiny i Antka, których też widziałem raz w życiu w 1978 roku, nie znam ich dzieci. A przecież mówię prawdę temu człowiekowi z Izraela, że byli w domu obecni, mimo że ich nie było.

Jestem zmęczony gettem. Mój matecznik. Nie wychodzę z niego. Nieznane zapiski Marka Edelmana, od dziesięciu lat projekt „Treblinka” Zosi, teraz wnuczki. Przez ostatni rok zapomniałem o mukowiscydozie, o zepsutym białku CFTR, o badaniach, jak je naprawić. Dlaczego znowu do mnie o getcie? Trafiłem na listę. Nie przypadkiem. Ale dlaczego nie ma na tej liście dzieci Celiny i Antka, synów Kazika? Niedługo będą myśleli, że pamiętam getto z autopsji!

Nigdy nam nie opowiadali o wojnie, a teraz wszyscy chcą wiedzieć, co wiemy. Kiedy kilka lat temu siedziałem z Jolą Dylewską, która robi tak piękne zdjęcia do filmów, że dech zapiera (nie wiem, co by zrobiła bez niej Agnieszka Holland dla W ciemności, ale najpiękniejsze były w filmach Dworcewoja), więc kiedy siedziałem z Jolą w kawiarni przy Nowym Świecie, bo zamierzała nakręcić film o miłości w getcie i chciała obejrzeć moje filmiki z obchodów rocznic getta, na które regularnie przyjeżdżaliśmy co roku, począwszy od 1990, Jola powiedziała: „Musisz opowiedzieć, jak było w domu”. A ja nie miałem nic do powiedzenia. W domu było zwyczajnie. Tak uważałem.

Czwarta rano. Antek i Celina to rodzina. Kiedy byliśmy dziećmi, mieszkali już od dawna w Izraelu, w kibucu Bohaterów Getta Warszawskiego, który założyli. Nie było ich, a cały czas byli. Zawsze słyszałem, że Celina była odważna, że w powstaniu dbała o ludzi, była dobra, i że Antek, blondyn z niebieskimi oczami, nie mógł sobie wybaczyć, że w trakcie powstania był po aryjskiej stronie, wysłany przez dowództwo, żeby nawiązał kontakt z polskim podziemiem. A kontaktu nie było. Spotkałem Antka i Celinę dopiero wtedy, kiedy pojechaliśmy z ojcem na trzy dni do Izraela, właśnie w 1978 roku. I on, i ja mieliśmy wizy na kartce. Polacy nie chcieli, żebyśmy tam jechali, Izraelczycy nie chcieli nas wpuścić. Kazik jakoś załatwił te wizy na kartkach. A teraz słyszę, że jestem już jedyny, który znał Marka, Antka i Celinę, historię ich przyjaźni. Oni syjoniści, on bundowiec, związani na śmierć i życie. Wnuczek wtedy nie było na świecie. A reżyser prosi mnie, abym spotkał się z nimi w Warszawie i opowiedział o przyjaźni ich dziadków z Markiem. Żeby mnie przekonać, dodaje:

— Moi rodzice są z Łodzi i oni, i ja żywimy ogromny szacunek dla Marka Edelmana.

I nie mogę odmówić.

 

Wtedy, w Izraelu, Marek śmiejąc się, powiedział do Celiny: „Jestem Twoim dowódcą, jak jest wojna, Antek, jak jest pokój”. I wszyscy się śmieli. Bo był wtedy i Kazik, i Antek, i Marysia zielona, i Celina. Już bardzo chora. I było w ich wzroku tyle miłości. Pewnie dlatego tam pojechaliśmy. Potem mnie wyrzucili z pokoju na kilka godzin.

Jest piąta rano. Zasypiam.

 

Poleciałem do Warszawy. Spotkałem się z Eyal, Rony i Noam. Piękne dziewczyny. Noam jest najmłodsza, zamknięta w sobie. Tłumaczy mi, że przyjechała na prośbę sióstr, słucha, nie odzywa się. Marzy o Barcelonie, do której jedzie, żeby spotkać się z narzeczonym. Eyal jest najstarsza, to ona zwraca się do mnie. Eyal tłumaczy, że rodzice nadali jej imię Żob, Żydowska Organizacja Bojowa. Nie mogę zrozumieć. Żob? Tak, mówi Eyal. Możesz tak do mnie się zwracać, powtarza, śmiejąc się. Na szczęście, dodaje, Żob po hebrajsku mówi się Eyal. Nie mogę zrozumieć, myślę, że gorączka rzuciła mi się na rozum. Ale nie, teraz odzywa się Noam, rzeczywiście rodzice nazwali ją Żob. Ich rodzice, którzy nie znali historii Celiny i Antka, nie wiedzieli nic o ich przyjaźni z Markiem, historię getta znali z muzeum, nadali swojej pierwszej córce imię Żob. Poprosiłem o kieliszek wódki. Zmrożonej.

Rony jest pilotem. Podobna do Celiny. Ten sam spokój. Tłumaczy mi, że… mamy wszyscy wpięte mikrofony dla telewizji. Nie możemy rozmawiać. Rony uśmiecha się do mnie. Innym razem, mówi, pokazując reżysera i inżyniera dźwięku. Oboje wiemy, że pewnie nigdy się nie spotkamy. Rony uśmiecha się delikatnie, uśmiech mówi, że mam zrozumieć bez słów. I rozumiem.

Pokazałem im zdjęcia z 1978 roku. Marek śmieje się do Celiny — Celina patrzy na Marka z troską. Dobre zdjęcie, mówi reżyser. Pokazałem zdjęcie Anny Wącholskiej, powiedziałem, że dzięki tej kobiecie ich rodzice przeżyli, i one dziś żyją. Anna Wącholska i jej siostra Marysia Sawicka chowały Żydów po aryjskiej stronie. Kiedy miałem pięć lat, Anna umarła. Chwilę przedtem zaprowadzili mnie do niej do szpitala. Leżała spokojna i pogłaskała mnie po głowie. Do Marysi chodziliśmy często, aż do wyjazdu z Polski. Anna i Marysia wielokrotnie ukryły Antka, Celinę i Marka po godzinie policyjnej. Stróż nie doniósł. Zapomniałem powiedzieć o Braude‑Hellerowej, głównej lekarce szpitala dziecięcego Bersohnów i Baumanów w getcie warszawskim, która im dała numerek na życie. Pokazałem ulicę Promyka, gdzie Marek, Celina i Antek i kilku innych powstańców żydowskich ukrywało się po powstaniu warszawskim, bo dowódca oddziału, Polak, powiedział, że nie może zapewnić, że inni Polacy ich nie zabiją. Z tego domku oddział Czerwonego Krzyża z Anną Margolisową i jej córką Aliną cudem ich wyprowadził do obozu w Grodzisku. I jeszcze im powiedziałem, że czy chcą, czy nie chcą, to, co się tu wydarzyło, będzie w nas wszystkich trwało przez pokolenia — u Żydów, u Polaków, Francuzów i Niemców, u wszystkich, którzy w taki lub inny sposób brali w tym udział. Bo to jest epigenetyka, powiedziałem im, a oni nie wiedzieli, że to znaczy przekazywanie wiadomości z pokolenia na pokolenie nie poprzez geny. Kiedy tak staliśmy pod Pałacem Kultury, świeciło słońce, bo tam ich przywiozłem, żeby pokazać im w centrum Warszawy mural czczący pamięć powstańców getta, ale już go nie było, i im powiedziałem: tu był ten mural, i dodałem, że to jedyne miejsce na świecie, gdzie wymalowano coś takiego, i żałowałem, że go nie było, bo tam był portret Celiny, a reżyser mówił: „To niebywałe, matka Eyal, Noam i Rony jest genetykiem”, i dopytywał się, co to takiego epigenetyka, a one stały wokół mnie wsłuchane, dookoła ludzie pędzili do metra i nikt na nas nie zwracał uwagi, a mnie się wydawało, że robię wykład studentom, i zobaczyłem, że słuchają wnuczki, reżyser, operator i inżynier dźwięku, zapomnieli, że mają nas filmować, aż w którejś chwili operator się ocknął i kazał nam spacerować, bo takie ładne światło, powiedział, i wtedy Rony zwróciła mu uwagę, żeby filmował tylko od tyłu, a ja sobie przypomniałem, że wtedy oni, szczególnie ci ze złym wyglądem, jak wychodzili na aryjską stronę, nie mogli chodzić po słonecznej stronie. Ale nie powiedziałem im tego.

 

Parę miesięcy po powrocie w papierach matki znalazłem list, który pisała, wracając z Izraela. Nie wiem, do kogo był adresowany. Nie został wysłany.

 

Boeing 707, 28/5

Mój Drogi,

[…] W Izraelu miałam jeszcze jedno wielkie przeżycie. Tam jest kibuc Bojowników Getta, w którym mieszka Marka przyjaciółka z getta, z którą przeżył cały ten koszmar. Otóż ona ma raka płuc i wątroby i Marek w każdym telefonie prosił mnie, żebym do niej pojechała. Nawet specjalnie.

Przysłali po nas samochód. Jean poszedł do muzeum — tam jest takie straszliwe muzeum martyrologii, gdzie można stracić spokój na długi czas, a ja poszłam do niej.

Jej mąż, Antek, też z konspiracji wojennej […] czekał na mnie przed drzwiami ich domku i jak mnie zobaczył, to po policzkach spłynęły mu dwie wielkie łzy. To jest bardzo duży mężczyzna, jak Ty, albo jeszcze większy, ma takie niebieskie oczy i te łzy. Było 36 stopni. Gorący żar z niebieskiego nieba. Niebieskie morze w dali. Takie ostre kolory. Zastygła cisza. I te łzy.

Zostałam z nią sama. Ona oczywiście wszystko wie. To jest bardzo mądra kobieta. I bardzo dzielna. Powiedziała mi: „Ala, ja już nie mogę. Ja nie mogę żyć w łóżku, […] nie chcę żyć dłużej”. Wiedziałam, że to jeszcze może trwać. Ona jeszcze wytrzymuje bóle bez morfiny. Jej córka ma półroczne dziecko. Mówiłam jej to i inne rzeczy o życiu. Które jest jedyne, próbowałam, jak mogłam, wlać w nią trochę woli przetrwania jeszcze. Potem powiedziałam „Celina, obiecuję Ci, że jeżeli mi dasz znać, że cierpisz bardzo, tak bardzo, że nie możesz trwać fizycznie — to przyjadę specjalnie na jeden dzień i wstrzyknę Ci morfinę, którą przywiozę, tak żeby ślad nie został i zaśniesz”.

I ona się uspokoiła. Na oczach. Antek wszedł i widziałam jego zdumiony wzrok. Spojrzał na mnie prawie miłośnie i powiedział: „Umiesz robić cuda?”. Ale nic mu nie powiedziałam.

Wyszłam i rozbeczałam się cicho na korytarzu, a ona z pokoju: „Pozdrów Mamę, Ala”.

Zebrałam wszystkie swoje siły i powiedziałam zza drzwi wesoło „Dziękuję”.

No taką rzecz chciałam Ci opowiedzieć.

Ala

 

Znowu morfina. Wraca mi obraz, o którym zapomniałem, nie widziałem go nigdy, o którym nie opowiadali, ale zdarzało się, że między sobą zaczynali zdanie, żeby urwać w połowie, bo byliśmy blisko i może usłyszymy, ojciec wzdychał i zapalał papierosa. Ale w końcu z Anią zrozumieliśmy, co mówili, i było to normalne, i nas nie dziwiło… nie wiem więc, dlaczego czytając list matki do nieznanego adresata, widzę matkę matki, Annę Margolisową, w białym czepku na głowie, w lekarskim fartuchu, chodzącą razem z Inką, Adiną Blady Szwajger, pomiędzy łóżeczkami oddziału dziecięcego szpitala Bersohnów i Baumanów, którego dyrektorem była Braude‑Hellerowa, widzę, jak się pochylają nad śpiącymi dziećmi, które nic nie wiedzą… i tym półśpiącym istotom podają łyżeczkę z przygotowaną morfiną, przygotowaną dla siebie na tę ostatnią chwilę, kiedy już żadnej nadziei, bo właśnie się dowiedziały, że za dwie godziny transport, że dzieci do wagonów, a potem do Treblinki. Więc zdecydowały, że te chore dzieci do wagonów nie wejdą, nic do siebie nie mówią, podchodzą do łóżeczka, i do następnego, aż skończy się morfina, dla wszystkich nie starczyło… przypomina mi się nagle, że Inka opisała to kiedyś, wiele lat później, w swoich wspomnieniach.

Po wojnie zostali lekarzami. Inka, Marek, Alina i babcia byli przeciwnikami zalegalizowanej eutanazji. Uważali, że lekarz musi być z pacjentem do końca, że związek pomiędzy pacjentem a lekarzem pozwoli doprowadzić chorego do końca, tak aby dla niego było to jak najspokojniejsze. Dziś, kiedy każdy boi się własnego cienia, kiedy o śmierci decyduje niejednokrotnie pieniądz, a rodziny odwracają się od swoich starców, kiedy lekarz staje się maszyną, a empatia cechą dinozaurów, taka postawa godna jest uwagi.

Ani Marek, ani Ala nie zdążyli przyjechać przed śmiercią Celiny. Polski rząd odmawiał ojcu paszportu. Szykana podobna do tej, która spotkała Jacka Kuronia, którego nie wypuszczali z więzienia do umierającej żony. Marek przyleciał do Izraela kilka dni po śmierci Celiny. Nie wiem, dlaczego nie zdążyła matka. Też przyjechała za późno.

 

Châtenay‑Malabry, 29 XI 2017

ALEKSANDER EDELMAN

1 Wyjaśnię, bo tak mi każe mój pierwszy czytelnik Jula Juryś, że Antek to Antek Cukierman, Celina to Cywia Lubetkin, Kazik to Symcha Rotem, zielona Marysia to Luba Zylberg, wszyscy brali udział w powstaniu w getcie warszawskim, a potem w powstaniu warszawskim. Więcej o tych ludziach — i innych — można znaleźć u Anki Grupińskiej Wszystko po kole i Odczytanie listy (Wydawnictwo Literackie, 2003), w Nieznanych zapiskach o getcie warszawskim Marka Edelmana (wydawnictwo Zeszytów Literackich i Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, 2017), w internecie i wielu innych publikacjach o ruchu oporu i powstaniu w getcie warszawskim, bo to wszystko bojownicy ŻOB‑u.

 

Szkic z „Zeszytów Literackich” nr 140