ADAM ZAGAJEWSKI, O poezji

Poezja jest najmniej techniczną ze sztuk, bierze się nie z warsztatu, nie z teorii, nie z nauki (chociaż, dodajmy, wykształcenie nikomu nie zaszkodzi, nawet poecie), tylko z niedającego się przewidzieć ani zaplanować poruszenia umysłu i serca — kilka lat temu pięknie o tym mówił w tym samym miejscu Leonard Cohen. Dlatego poeci nie znają samych siebie, często żyją w niepewności, czekając cierpliwie na godzinę, kiedy otworzą się bramy języka.

Nie wiemy, czym jest poezja, chociaż napisano o niej tysiące tomów, które możemy znaleźć we wszystkich większych bibliotekach. Każde pokolenie stwarza własną wizję poezji — chociaż zarazem dochowuje wierności pewnym tradycyjnym formom, nie zrywając ciągłości procesu, który zaczął się jeszcze przed Homerem i trwa do naszych czasów, do Antonio Machado i Zbigniewa Herberta, i dalej.

Owidiusz najpiękniejsze swoje wiersze napisał na wygnaniu, w małym miasteczku czy wiosce rybackiej nad Morzem Czarnym, w Tomi. Nie rozumiał miejscowego języka i tylko — gdy patrzył na nieskończoną taflę wody — ciemne fale przypominały mu barwą Morze Tyrreńskie.

Wisława Szymborska, ktoś głęboko uczciwy, w drugiej połowie lat pięćdziesiątych pisała wiersze w rozpaczy spowodowanej tym, że jako bardzo młoda osoba zdradziła prawdę poezji i sprzymierzyła się z ponurym systemem politycznym.

W dzisiejszym świecie wszyscy chcą mówić tylko o zbiorowości i o polityce, i jest to z pewnością ważne. Ale przecież istnieje też pojedyncza dusza ze swoimi troskami, ze swoją radością, ze swoimi rytuałami, ze swoją nadzieją, wiarą, z olśnieniem, którego czasem doznajemy. Rozprawiamy o klasach i warstwach społecznych, lecz na co dzień żyjemy nie w kolektywie, tylko w samotności. Nie wiemy, co zrobić z chwilą epifanii, nie potrafimy jej utrwalić.

Społeczeństwa laicyzują się szybko, a ci, co bronią dzisiaj religii, sięgają nieraz po obrzydliwe techniki socjopolityczne, religia zbyt często sprzymierza się ze skrajną prawicą.

Czesław Miłosz, poeta żarliwie religijny, katolik i jednocześnie zwolennik społeczeństwa otwartego, demokratycznego, bywa dziś pogardliwie odrzucany przez reakcyjne ugrupowania katolickie.

Nietrudno zauważyć, że jesteśmy w momencie mało sprzyjającym poezji. Ktoś, kto od czasu do czasu bierze udział w jednym z licznych festiwali poetyckich w Europie, obojętnie w którym kraju, nie może nie spostrzec, że systematycznie topnieje publiczność wieczorów autorskich.

Poezja jest niemodna, modne są grube powieści kryminalne, biografie tyranów, amerykańskie filmy i brytyjskie seriale telewizyjne. Polityka jest modna. Moda jest modna. Modne są relacje, niemodna jest substancja. Modne są wąskie spodnie, suknie w kwiaty, perły na ubraniach, czerwone swetry, płaszcze w kratkę, srebrne botki i ozdobne jeansy.

Modne są rowery i hulajnogi, maraton i półmaraton, nordic walking, niemodne jest zatrzymanie się pośrodku wiosennej łąki i zamyślenie. Bezruch, mówią lekarze, jest groźny dla zdrowia. Moment zamyślenia jest niebezpieczny dla zdrowia, trzeba biegać, trzeba uciekać przed sobą.

Kiedy miałem dwadzieścia kilka lat, pasjonowała mnie poezja krytyczna wobec systemu totalitarnego, jaki panował w moim kraju. Wtedy, w okresie burzy i naporu, powstały przyjaźnie i sojusze, które trwają do dzisiaj. Ale prawie wszyscy poeci, których wówczas połączył sprzeciw wobec niesprawiedliwości, przeszli długą drogę, odkryli też i inne kontynenty artystyczne.

Odkryliśmy dwoistość świata — z jednej strony wyobraźnia, z drugiej oporna realność listopadowego poranka, kiedy opadły już liście z drzew. Długo nie wiedziałem, co jest ważniejsze, czy to, co jest, czy też to, czego nie ma: ludzie jadący do pracy wczesnym rankiem, niewyspani mężczyźni czytający tłuste tytuły w sportowych gazetach, śledzący porażki i triumfy ich ukochanych klubów piłki nożnej, i kobiety, które drzemały w autobusie — czy może raczej rzeczy ukryte, muzyka i księżyc, miasta, których już nie ma, obrazy dawnych i nowych mistrzów w muzeach. I potrzebowałem wielu lat, żeby zrozumieć, że — ponieważ żyjemy w wiecznej ambiwalencji — trzeba wziąć pod uwagę obie strony tego nierównego dualizmu, nie wolno zapomnieć o cierpieniu ludzi i zwierząt, o złu, które jest o wiele bardziej wytrwałe i przebiegłe niż marzenie.

Nie wolno zapomnieć o złu, o niesprawiedliwości, która wciąż zmienia kształt, o przemijaniu, ale także i o radości, o przeżyciach ekstatycznych, których nie przewidują opasłe podręczniki teorii politycznej czy socjologii.

Kiedy byłem dzieckiem, Hiszpania wydawała mi się krajem odległym i wspaniałym, wręcz legendarnym, miejscem, gdzie najjaśniej świeci słońce i gdzie cienie są najczarniejsze, krajem Don Kichota, rycerzy i księżniczek. Potem poznałem realną, nowoczesną Hiszpanię, jeden z filarów Unii Europejskiej, a jednak dzisiaj jestem tutaj, w Asturii, i jestem gościem księżniczki — nie mogę się temu nadziwić. Jak widać, wszystko się zmienia, ale nic się nie zmienia.

Okazuje się, że mam w Hiszpanii wiernych, uważnych czytelników. To najlepsze, co może się zdarzyć autorowi książek, obojętnie, czy są to zbiory wierszy, czy powieści. Dziękuję za tę nadzwyczajną nagrodę.

 

ADAM ZAGAJEWSKI

  Tekst wygłoszony podczas ceremonii wręczenia Adamowi Zagajewskiemu Nagrody Księżnej Asturii, Oviedo, 20 X 2017. Na wieczór autorski laureata zorganizowany 17 X przybyło 2000 czytelników; 19 X w spotkaniu poświęconym twórczości Zagajewskiego wzięło udział 11 hiszpańskich poetów.

Szkic z „Zeszytów Literackich” nr 140