ADAM ZAGAJEWSKI, Laudacja dla prof. Ewy Łętowskiej

Solon, Cyceron, François Rabelais, Mikołaj Rej, Jan Kochanowski, Gustave Flaubert, Franz Kafka, Bolesław Leśmian, Witold Gombrowicz, Czesław Miłosz — oto kilku tylko pisarzy, którzy stanowili prawo — jak Solon — lub je praktykowali albo tylko studiowali. W naszych czasach pisarze, którzy wybierali studia prawnicze, czynili tak niekiedy — podejrzewam — w przekonaniu, że najmniej ryzykują, najmniej muszą się nauczyć (tu się chyba mylili), najmniej też wystawiają się na groźbę, że społeczeństwo pochwyci ich i wykorzysta tak, że nie zostawi im ani jednej wolnej chwili. Wybór studiów prawniczych wydaje się czymś neutralnym; najmniej angażuje (tak przynajmniej sądzą lub sądzili utalentowani maturzyści). Przestrogą dla kandydatów na pisarzy prawników stało się życie Franza Kafki. Kafka, jak pamiętamy, nie tylko studiował, ale i przez wiele lat praktykował prawo w praskim zakładzie ubezpieczeń, którego domeną były wypadki przy pracy, w tartakach i innych zakładach przemysłowych. W jego prozie dominuje konflikt wyobraźni, ludzkiej swobody, z Prawem, pisanym dużą literą, z Prawem despotycznego Ojca. Witold Gombrowicz studiował prawo, a potem stworzył filozofię Formy, która nas zniewala. Ciekawe, gdzie się tej Formy napatrzył.

Mogłoby się wydawać, że pisarze nieraz studiują prawo w intencji masochistycznej — aby poddać się męczarniom, które jednak — tak myślą — w przyszłości staną się, mogą się stać dla niektórych tematem, czyli ocalą ich. W obliczu tej powszechnej martyrologii tym bardziej niezwykłe jest osiągnięcie tych znamienitych prawników, którzy osiągają sukces w swej domenie. Oto profesor Ewa Łętowska. Profesor Ewa Łętowska wie wszystko o prawie, ale także o muzyce, o operze. Zbudowała mosty między prawem a wyobraźnią. Nawet pobieżne spojrzenie na jej bogatą twórczość przekona nas, iż klasyczny konflikt fantazji i kodeksu został tu nie tylko zażegnany, ale i w mistrzowski sposób zaleczony. Mity greckie, barwna historia europejskiej opery. Profesor Łętowska w jakiś cudowny sposób uwolniła się od dylematów i tortur związanych z Prawem (Freud pisał, że to kultura jest źródłem cierpień, równie dobrze mógł był napisać rozprawę Prawo jak źródło cierpień) i najwyraźniej, nic sobie nie robiąc z pokaleczonych przez paragrafy poprzedników, rozkoszuje się bogactwem kultury muzycznej, i nie tylko muzycznej.

Są to spostrzeżenia na poły humorystyczne — na poły tylko, jako że historia humanistyki naprawdę obfituje w przykłady konfliktu między prawem („źle rozumianym” dodałaby tu z pewnością Szanowna Laureatka) a wyobraźnią. Dzisiejsza okazja jest pogodna i sprzyja do pewnego stopnia lżejszemu nastrojowi. Nie wszystko jednak usposabia tak pozytywnie.

Wiemy, że od półtora roku sytuacja prawa w naszym kraju stała się krytyczna. Reprezentuję tu nie profesję prawniczą i także nie uniwersum opery, niestety (wolałbym przemawiać jako sławny baryton), tylko, jeżeli cokolwiek, to ten szczególny świat literatury, garbusów, na pół zagrzebanych w papierach, moli książkowych. A jednak ci mieszkańcy bibliotek bacznie obserwują wydarzenia w przestrzeni publicznej (ponieważ w zasadzie interesuje ich wszystko, nie tylko książki). Ja sam od półtora roku staram się nie zaniedbywać w Krakowie żadnego odczytu publicznego na temat roli prawa w demokratycznym państwie, inaczej mówiąc — w państwie prawa. Powie ktoś, że trochę późno na edukację. Nie, na edukację nigdy nie jest za późno. Dzięki tym wykładom, a także dzięki lekturom i rozmowom, lepiej zrozumiałem fundamentalne znaczenie prawa dla demokratycznego państwa.

Przeczuwałem to już wcześniej, lecz bardzo mgliście. Napisałem nawet kiedyś krótki wiersz pt. Prawo — od dawna bowiem fascynowała mnie radykalna różnica w sposobie istnienia tematów artystycznych, chwytanych w natchnieniu, w uniesieniu, niekiedy nawet w pewnej błogości — i zagadnień prawnych. Zagadnienia te, uważałem, są domeną pedantów. Mimo to ten wiersz zabrzmiał inaczej: „Jest niewidzialne, przezroczyste / o anemicznej cerze chorowitego / chłopca, który rozwiązuje szarady; / niedostępne wzruszeniu poety; / uwielbia maskaradę, ubiera się / w kobiece suknie, kryje się / pod popiołami peruk. A jednak to ono, / wytrwałe jak sprężyny zegarów / na zamkowych wieżach, dźwiga / i wzmacnia ramiona wolnych ludzi”.

Myślę, że moje pokolenie przeszło sporą przemianę, jeśli idzie o percepcję prawa — zaczynaliśmy od ignorancji czy lekceważenia, potem ci, którzy wiele lat temu związani byli z opozycją, zrozumieli, jaką wagę ma prawo. Później natomiast fakt, a raczej cała ich seria, że rządzące obecnie ugrupowanie, które przybrało wzniosłą i kłamliwą nazwę, usiłuje zniszczyć niezależność władzy sądowniczej, łamie konstytucję i zmierza do paraliżu całego systemu państwowego legalizmu, sprawił — teraz już będę mówił tylko za siebie — iż dostrzegłem, że prawo jest piękne. Nie tylko obrazy w świetnych muzeach, nie tylko muzyka, nie tylko wiersze i rzeźby, nie tylko szlachetni, dobrzy ludzie, ale i prawo jest, może być piękne. Tak, trzeba dopiero zagrożenia, żeby to zobaczyć, żeby przekonać się o tym. Bo prawo jest niewidzialne, a prawnicy — co prawda jak najbardziej widzialni — rzeczywiście bywają niekiedy nieco pedantyczni. Prawo, by to powiedzieć w żargonie heglowskim, jest dziedziną zapośredniczenia, nie bezpośredniości, jaką cieszy się sztuka, jaką promieniuje twarz człowieka.

Tym bardziej niezwykłą postacią jest profesor Ewa Łętowska — jej kompetencja w dziedzinie muzyki nie jest czymś przypadkowym, indywidualnym, to nie jest hobby, to raczej gest, dzięki któremu wybitny prawnik, wybitna prawniczka pokazuje, że można mieć jedno i drugie, Hegla i Verdiego — mówiąc w skrócie, czyli że prawo nie musi odcinać się od sztuki, od tego, co bezpośrednie i spontaniczne.

Ale ważniejsze jest jeszcze co innego. Ewa Łętowska przez długie lata pokazywała społeczeństwu — praktycznie, przez przykład — czym jest obecność prawa w życiu zbiorowości. Wszyscy wiemy: była przez lata rzecznikiem praw obywatelskich, pierwszym, tchnęła życie w ten urząd, zdefiniowała go swą praktyką. A później była sędzią Naczelnego Sądu Administracyjnego — i wreszcie przez dziewięć lat zasiadała w śp. Trybunale Konstytucyjnym. Stanęła tym samym pośród wielkich prawników nowej, odrodzonej Polski, obok Adama Strzembosza, Andrzeja Zolla, Marka Safjana, Jerzego Stępnia, Małgorzaty Gersdorf. Stworzyli oni w świadomości społecznej nową postać, postać otoczonego powszechnym szacunkiem strażnika praworządności, strażnika i pedagoga, uczącego, czym może być, powinna być w żywej praktyce zasada legalizmu. W PRL‑u takiej funkcji nie było z oczywistych powodów, a pod aktualnymi rządami też wkrótce nie będzie już potrzebna, jako że wszyscy działający publicznie powinni się podporządkować woli jednej tylko partii, jednej tylko osoby. Jedna partia, jeden przywódca. Jeden naród.

Nie do mnie, ignoranta w tych sprawach, należy ocena ogromnego dorobku profesor Ewy Łętowskiej w dziedzinie naukowej i także w domenie społecznego działania. Ale niech mi będzie wolno zauważyć, że zupełnie przypadkowo znaleźliśmy się tu na tropie pewnego odkrycia, a może, skromniej, obserwacji tylko. Otóż wspominałem już o tym, że, jeśli patrzeć historycznie na długie wieki współistnienia prawa i literatury, stosunki między nimi nie układały się najlepiej.

Wszyscy czytaliśmy Balzaka, Dickensa, Flauberta, Jane Austen, by wymienić tylko najsławniejszych klasyków gatunku. Otóż prawnicy w tych powieściach nie wypadają najlepiej. W powieści Balzaka Pułkownik Chabert prawnicy do spółki ze złą kobietą panią Chabert rujnują pewnego zacnego napoleońskiego oficera, wręcz odmawiają mu prawa do nazwiska i do istnienia (i do majątku, rzecz jasna). U Dickensa prawnicy są całkowicie wyprani z uczuć; gdyby użyć analogii zoologicznej, bardziej przypominają sępa niż gołębicę. Niepięknie też spisuje się maître Guillaumin w Pani Bovary. A adwokat Huld w Procesie Franza Kafki sprzyja bardziej oskarżycielom niż swojemu bezbronnemu klientowi. Sędzia Soplica nie ma czystego sumienia. Rejent, bohater Zemsty, też nie budzi naszej sympatii. I tak dalej. Listę można wydłużyć. Konflikt literatury z prawem to nie tylko starcie wolnej wyobraźni z formalizmem, z zimnym światem paragrafów, to także coś w rodzaju empirycznej antropologii: łatwo się domyślić, że ci wielcy autorzy nie mieli dobrych doświadczeń z prawnikami, z którymi zetknął ich los.

Powiedzmy jednak kilka słów w obronie prawa. Wydaje się oczywiste, że nasi autorzy, należący na ogół do klasy średniej — arystokraci rzadko pisali powieści — znali z własnego doświadczenia tylko tych prawników, którzy poruszali się w obrębie klasy średniej właśnie, znali kauzyperdów, prowincjonalnych chciwych adwokatów, których togi poplamione były winem i oliwą, może też spotykali nie całkiem nieprzekupnych sędziów. Znali ludzi małych, obarczonych wszystkimi tymi wadami, które kazały Kantowi wypowiedzieć sławną formułę o „spaczonym drewnie ludzkości”. Przecież zdarzają się prawnicy innego formatu, prawnicy filozofowie, niepraktykujący na co dzień, niewykłócający się ze stronami, nienoszący poplamionej togi. Monteskiusz, ten nadzwyczajny myśliciel, twórca teorii separacji trzech władz, tej samej teorii, którą usiłują teraz unicestwić nasi władcy, należał do tej właśnie kategorii prawników. Wśród tych znakomitości znajdziemy Abrahama Lincolna, Gandhiego, Nelsona Mandelę i innych.

Z nimi jednak nie stykali się pisarze, piewcy i nienawistnicy klasy średniej. Ale to właśnie ci sławni prawnicy stanowią o godności profesji — oni, i także wszyscy ci prawnicy, adwokaci, którzy bronili w procesach politycznych, zapominając o własnej karierze, niekiedy nawet ryzykując własne życie, sędziowie, którzy mieli odwagę nieusłuchania instrukcji ministra czy partii, często anonimowi lub prawie anonimowi. Sędziowie sycylijscy, których zamordowała mafia. Wielcy i sławni, ale także wielcy i anonimowi, odważni, uczciwi.

Jeśli tak spojrzeć na prawo, to będziemy musieli powiedzieć, że nie mieli racji ci pisarze, którym intuicja podpowiadała, że starcie prawa i ludzkiej wolności jest jednym z centralnych konfliktów rzeczywistości ludzkiej. Jest inaczej, prawo, dobrze stosowane, mądrze zrozumiane, jest najlepszym gwarantem wolności. Jest piękne, powtórzę raz jeszcze, ponieważ — póki nie straci przywileju niezawisłości, którego domagał się Monteskiusz — wprowadza do życia zbiorowości element rozumu, spokojnego namysłu, obiektywnej oceny, nieobliczonej na interes partii, nieliczącej się z perspektywą nadchodzących wyborów. Powinniśmy podziwiać mądrych prawników, tę grupę strażników prawa, o której już wspominałem, ale i innych, mniej znanych. Przypadek sprawił, że przez parę godzin w listopadzie ubiegłego roku przysłuchiwałem się obradom Krajowego Zjazdu Adwokatury w Krakowie i patrzyłem z przyjemnością na twarze tych ludzi, którzy owacją na stojąco uhonorowali wtedy sędziego Rzeplińskiego.

Ktoś powie teraz: ależ to nie jest laudacja dla profesor Ewy Łętowskiej, tylko dla Prawa jako instytucji i idei. Tak, zgoda, to jest laudacja dla Prawa, czyli tym samym dla Ewy Łętowskiej, obrończyni Prawa, mistrzyni Prawa, dla kogoś, kto stał się w wolnej, coraz mniej wolnej Polsce symbolem ładu prawnego — czyli po prostu ładu ludzkiego. Wielki eseista, erudyta i tłumacz Zygmunt Kubiak, oczywiście także członek polskiego PEN Clubu — tego PEN Clubu, który oparł się naciskowi komunistycznej dyktatury i z pewnością oprze się też dyktaturze prawicowej — debiutował w latach pięćdziesiątych niezwykłą książką o pięknym tytule: Półmrok ludzkiego świata. Prawo jest po to, żeby ten zapewne niezbywalny półmrok nie zamienił się w ciemność grudniowej nocy. Pani Ewa Łętowska bardzo nam w tym pomogła i nadal pomaga.

 

ADAM ZAGAJEWSKI

Wystąpienie z okazji przyznania Ewie Łętowskiej Nagrody Polskiego PEN Clubu  im. Ksawerego i Mieczysława Pruszyńskich, 22 VI 2017.