ADAM ZAGAJEWSKI „C. K. Williams (1936–2015)”

20 września w Hopewell w stanie New Jersey zmarł po długiej chorobie C. K. Williams, wybitny poeta. Urodził się w 1936 roku. Polscy czytelnicy znają go z przekładów Mai Wodeckiej: a5 wydało tom Czuwanie, a „Zeszyty Literackie” wielokrotnie publikowały jego wiersze. Pamiętają go też zapewne niektórzy mieszkańcy Krakowa — wysokiego mężczyznę, który doskonale czytał swoje wiersze, z największą energią, z pełnym przekonaniem — z wieczorów autorskich w tym mieście, głównie w ramach seminarium „Amerykanie w Krakowie”. Był rzeczywiście bardzo amerykański, chociaż jego babcia, pani Grabowiecka, urodziła się we Lwowie (wnukowi mówiła, że przyjechała do Stanów z Austrii!). Zbyt długie nazwisko zmieniono jej, jak tysiącom innych imigrantów, na Ellis Island.

Był amerykański, amerykańsko‑żydowski (jego debiut poetycki nosił tytuł A Day for Anne Frank), ale i europejski. Są w Stanach Zjednoczonych poeci, którzy świadomie ograniczają się do „amerykańskości”; Europa onieśmiela ich, pluralizm kultur niepokoi, obce języki wydają im się narzędziem tortur. Charles był inny, długo mieszkał w Paryżu, uważał to miasto za swój dom, mówił po francusku — tłumaczył Francisa Ponge’a — a w porze podwieczorku lubił wstępować do cukierni, by poprosić o „un financier, s’il vous plaît” („financier” to nie jest bankier, to ciastko o smaku migdałowym). Interesowała go nie tylko Francja, śledził poezję wielu języków i krajów. Wiem, że należał do tych poetów, na których wielkie wrażenie wywarła antologia polskiej poezji, wydana w 1965 roku przez Czesława Miłosza (Postwar Polish Poetry). Od tamtej chwili polska poezja należała do kanonu jego lektur, a Miłosz zajął jedno z głównych miejsc w jego osobistym panteonie.

Nie był poetą lirycznym (chociaż napisał piękne wiersze dla żony Catherine, która była wielką miłością jego życia). Fascynował go nieporządek ludzkiego świata, chaos Ameryki; jego wiersze próbowały wprowadzić pewien ład do tego żywiołu. Był moralistą, ale moralistą doświadczalnym, empirycznym, nie gabinetowym. W niczym nie przypominał tych, którzy tylko potępiają — nie opuszczając biblioteki, nie brudząc sobie dłoni. Dzieciństwo spędził w Newark (New Jersey). Znał przedmieścia, małe miasta, parki i parkingi, znał Nowy Jork i Filadelfię, Paryż i Boston, uczył w Fairfax, Virginia, na George Mason University, a potem przez wiele lat w Princeton. Zwykle dzielił swój czas między Princeton i Francję.

Znał też wielkie muzea, był koneserem sztuki, kochał muzykę. Gdyby ta kategoria nie była tak mało precyzyjna, tak nadużyta, powiedziałbym, że był poetą prawdziwie nowoczesnym. Jego bohaterem był Walt Whitman, o którym wiemy, że lubił godzinami wędrować po Manhattanie, patrzeć i zapisywać to, co widział. Charles też wędrował po naszym świecie (nieraz spacerowaliśmy razem ulicami Paryża), starając się odkryć magiczną, niemożliwą do znalezienia formułę, która pozwoliłaby uchwycić i płótna Rembrandta, i podejrzane zaułki Nowego Jorku, gdzie dilerzy szukają klientów i paryskie sale koncertowe oraz czynne całą dobę stacje benzynowe, w których sprzedawcy nocą barykadują się w ciasnych biurach. To tak, jakby chciał unieważnić akademicki, niezbyt mądry podział na to, co wysokie i niskie. Jego, Charlesa, pasjonowała klasyczna tragedia grecka, ale i slang młodych Amerykanów, którzy w hip‑hopie próbowali wypowiedzieć swój bunt.

Prowadził zajęcia z creative writing, był sumiennym i uważnym nauczycielem, spotkałem wielu młodszych poetów, którzy bardzo dobrze wspominali warsztaty prowadzone przez niego.

Słynął ze swojej poetyki, ze swych długich wersów. Nie metafora była jego siłą, nie porównanie, lecz masywność i konsekwencja jego wierszy. Te wiersze są jak wykute w żelazie, nie ma w nich nic efemerycznego, ulotnego, przymiotniki i rzeczowniki maszerują jak rzymskie legiony. Ktoś niechętny mu mógł zauważyć: tutaj wszystko jest powiedziane, nie ma miejsc pustych, nie ma niespodzianki — to prawda, Williams mówił jakby nawet „za dużo”, powtarzał epitety, mnożył synonimy, nie znosił niedopowiedzenia, ale, o dziwo, ta hiperboliczność wytwarzała wspaniałą nową jakość. Był to jego sekret, alchemiczny sekret retoryki, która zamieniała się w poezję.

Był realistą szukającym sprawiedliwości, „wymierzającym sprawiedliwość widzialnemu światu”, ale i niewidzialnemu, bo tyle widział zagadek, na tyle natrafiał tajemnic, że nie mógł się ograniczyć do rzeczy dotykalnych. Przełomowym tomem był dla niego zbiór Tar (1983), czyli „smoła”; tu pojawił się poeta dojrzałego stylu, głosu doskonalonego potem przez kilkadziesiąt lat. Młody Williams był poetą gniewu (napisał kiedyś wiersz z refrenem „It stinks, it stinks, it stinks”), gniewu, który współbrzmiał z nastrojami lat sześćdziesiątych, z kampanią przeciwko wojnie w Wietnamie. Później jednak głos poety przeszedł ewolucję. Wciąż był krytyczny, lecz gniew przekształcił się w wielką ciekawość świata, w empatię wobec bliźnich, poezję uważnej obserwacji i współczucia.

W tytułowym wierszu tomu Singing Williams — ten sam poeta, który wyszedł z pokolenia potępiającego amerykańskie grzechy, w tym głównie rasizm — nie zmienił się broń Boże w rasistę, lecz w przejmujący sposób, nie bez smutku, zanotował niemożność porozumienia się z młodym czarnoskórym artystą (czy quasi‑artystą). Miejsce gniewu zajęła gorzka mądrość.

Wymieniano go pośród największych poetów dzisiejszej Ameryki, otrzymał najważniejsze amerykańskie nagrody, szczególnie ucieszyła go Nagroda Pulitzera w 2000 roku.

Jak się poznaliśmy? Kiedyś, w styczniu 1986 roku, w Nowym Jorku (kilka miesięcy po ukazaniu się mojej pierwszej książki w USA) Charles podszedł do mnie, przedstawił się i powiedział: „Będziemy przyjaciółmi”. I byliśmy przyjaciółmi, do końca.

 

ADAM ZAGAJEWSKI