ADAM SZCZUCIŃSKI „Molino Stucky”

Cienie chmur okrywały fasady budynków przy Fondamenta Bragadin jak nagrzana pierzyna. Ciepłe światło rozpraszało się w powietrzu wychwytywane przez drobiny wilgoci, oddechy przechodniów. Kobieta w kapeluszu i palcie lekkim krokiem baletnicy przebiegła przez most na drugą stronę kanału i zniknęła w drzwiach Palazzo Cini. Miała długą szyję Madonny z obrazu Piera della Francesca. Nie udało mi się zobaczyć jej twarzy, nie wiem więc, jak nisko opuszczała powieki. Skręciłem w lewo i wyszedłem na Zattere. Nie wiedziałem, co robić dalej, nie miałem żadnego planu, żadnych obowiązków. Mogłem zwyczajnie spacerować nadbrzeżem, jakbym wracał z pracy w szpitalu do domu albo szukał zgubionej monety, starego portfela. Wpatrywałem się w migoczące na zachodzie kontury fabrycznych zabudowań i kominów Marghery. Po drugiej stronie kanału Giudecca rozpierał się dumnie potężny budynek z czerwonej cegły — dziś hotel Hilton, dawniej Molino Stucky. Stary młyn przywodzi na myśl opuszczoną rzeźnię albo łódzkie fabryki. Wygląda też trochę jak straszny dwór, zwłaszcza o zachodzie słońca, gdy cały spływa krwistą poświatą. Wielu znajomych narzeka na ten wybryk weneckiej architektury, ja jednak patrzę na Molino Stucky z czułością, zaciekawiony historią, którą opowiada.

Hans Stucky przyjechał do Włoch ze Szwajcarii w pierwszej połowie XIX wieku. Jego syn Giovanni — budowniczy rodzinnego interesu opartego na produkcji mąki i makaronu — urodził się już w Wenecji, tu dorobił się ogromnego majątku i tutaj w 1910 roku został zamordowany. Na fotografii z 1908 roku widzimy człowieka w sile wieku, nadal przystojnego, z siwym zarostem i wąsami, o wysokim czole, wzroku jasnym, trzeźwym, ubranego w elegancki garnitur i kamizelkę, prawa dłoń opiera się na zdobionej lasce. Giovanni Stucky był odważnym przedsiębiorcą, nie bał się ryzyka, grał o wysoką stawkę. Młyn na wyspie Giudecca rozpoczął pracę w 1884 roku i przynosił znaczne dochody, obok powstała fabryka makaronu. Stucky zapraszał swoich pracowników na rocznicowe bankiety do własnego domu, szanowali go biznesowi rywale. Był najbogatszym człowiekiem w mieście (przynajmniej płacił najwyższe podatki). Mieszkał wraz z rodziną w pałacu obok młyna, później kupił Palazzo Grassi przy Canale Grande, upalne letnie tygodnie rodzina spędzała w willi na stałym lądzie. Do tragedii doszło 21 maja 1910 roku — jak relacjonuje w swojej książce o rodzinie Stucky Lavinia Cavaletti — na schodach prowadzących do weneckiego dworca Santa Lucia. Giovanni Stucky został ugodzony nożem w szyję i wykrwawił się na oczach jedynego syna. Napastnikiem okazał się były pracownik młyna Giovanni Bruniera, który dawnego pracodawcę oskarżał o własne życiowe niepowodzenia. Bruniera chorował psychicznie lub jedynie udawał niepoczytalnego. Ciało zabitego przewieziono gondolą do Palazzo Grassi, gdzie czekali już pracownicy firmy ze zmiętymi czapkami w dłoniach. Telegramy z kondolencjami przesłali papież i premier. Pogrzeb był niezwykle uroczysty, całe miasto żegnało właściciela młyna. Mszę odprawiono w kościele Santo Stefano, potem niezliczona liczba łodzi i gondoli odpłynęła w kierunku San Michele. Kolejne wojny i burzliwa sytuacja polityczno‑ekonomiczna doprowadziły do upadku firmy, syn Giovanniego, Giancarlo — postać wyjątkowo barwna, kolekcjoner sztuki i mechanik wynalazca, który potrafił sam zaprojektować i zbudować motorówkę, obywatel zasłużony dla miasta — umarł, nie zostawiając potomka.

Wsiadłem na vaporetto i popłynąłem na Fondamente Nove. Chciałem jeszcze raz spojrzeć na San Michele, otaczający cmentarną wyspę mur oraz bramę z dwiema kaplicami. Jedną z nich, jak pamiętam z dawnych wędrówek, udekorowano przedstawieniami aniołów. To pod ich szerokimi, ciepłymi skrzydłami pochowano Giovanniego Stucky.

ADAM SZCZUCIŃSKI