KEVIN ANDREWS, Tajget: pragnienie w samo południe

Tego lata gazety zapowiadały otwarcie kraju dla zagranicznych turystów: planowano budowę nowych hoteli i poprowadzenie dróg do odległych zakątków, jak klasztor Hosios Lukas czy świątynia Apolla Epikuriosa w Bassaj w Arkadii, do których teraz można było dotrzeć tylko po wielogodzinnej wspinaczce górskimi ścieżkami. Wydano nową serię znaczków z hasłem „Odbudowa” przedstawiających elementy maszynerii na tle mapy Grecji, z żarówkami oznaczającymi prowincjonalne miasteczka. Również na publicznych budynkach w Sparcie pojawiły się plakaty z portretami uśmiechniętych greckich rolników i robotników, witających przybywające z Ameryki muły, worki ziarna, ciężarówki, narzędzia oraz sprzęt rolniczy. Wreszcie wspiąłem się na Tajget. Wioski położone wysoko w górach były na nowo zasiedlane — spędziłem tydzień w zagrodzie dla owiec w połowie wysokości szczytu. Chodziłem sam, po piętnaście-osiemnaście godzin dziennie. Tu i ówdzie, wzdłuż najwyższych grzbietów, natykałem się jeszcze na ślady prymitywnych obwarowań: niskie murki z białego kamienia wydobytego z grani — pozostałości partyzanckiej obrony przeciwko ekspedycjom prowadzonym w ubiegłym roku przez ludzi takich jak Kostandis — a na dnie wąwozu zobaczyłem wystający z zaspy szkielet. To były dni samotności i górskiej ciszy, przerywanej tylko krakaniem małych szarych gawronów pod wapiennymi urwiskami — dni wiatru, słońca, gwałtownych burz i widoków Peloponezu z góry, ze wszystkimi przylądkami i wysepkami, siedem tysięcy stóp w głąb przepaści. Raz zatrzymałem się na szczycie, żeby zobaczyć zachodzące nad Mesenią słońce, podczas gdy góry Mani prędko pogrążały się w ciemności. Pięć godzin zajął mi powrót do owczarni. Pasterze leżeli już zawinięci w kapoty z koźlej skóry, ale żarzyło się jeszcze ognisko, zostawili dla mnie chleb i mleko w dzbanku. To samo jedliśmy rano, kiedy cień wschodniego krańca ziemi opuszczał się po zboczu jak kurtyna i wschodziło słońce.

Mistra

Pierwszego wieczoru po powrocie do Mistry zostawiłem Kostandisa zajętego pracą w warzywniku i wspinając się ścieżką w stronę starej bramy, przeszedłem koło należącego do jego braci miejsca, skąd wydobywano wapień. Spiros stał nad wyrobiskiem, na szeroko rozstawionych nogach, obnażonymi plecami zwrócony w stronę ciepłych, rdzawych murów. Dziwnie wykrzywione usta odsłaniały zęby, a jego czerwone barki i długie mięśnie ramion drżały, kiedy wysoko unosił łom i uderzał w skałę. Nie patrzył w moją stronę i chociaż Kostandisa nie było w pobliżu, było wykluczone, żebyśmy się odezwali do siebie choćby słowem. Również Achilleas nie był na tyle głupi, żeby drażnić brata rozmową ze mną. Mieszkał z dziewczyną, którą kiedyś widziałem śpiewającą w wąwozie. Wtedy ktoś powiedział: „To dziewczyna Achilleasa. Ciągle podśpiewuje; nic ją nie obchodzi”. Nie miała rodziny, z wyjątkiem starej ciotki, która brała Kostandisa na stronę i tłumaczyła mu coś zatroskanym szeptem. Ale ponieważ on nie rozmawiał z braćmi, a dziewczyna nie miała krewnych, którzy mogliby ją obronić, było jasne, że się nie zmieni. W Mistrze wydawało się, że nic nie zakłóca kruchej równowagi międzyludzkich stosunków. Wśród naszych sąsiadów była rodzina, której ojciec — spokojny mężczyzna, raz go tylko widziałem — pracował w Tripoli i przyjeżdżał do domu na parę dni co dwa miesiące. Matka była korpulentna i miała śmiejące się oczy. Pewnej niedzieli Kostandis, ja i kilka innych osób staliśmy na clerestorium kościoła Świętego Jana (Ai‑Janni) i z góry śledziliśmy nabożeństwo. Kobieta wsparła łokcie o marmurową balustradę, a za nią stało pod ścianą trzech młodych wieśniaków. Lekko obróciła głowę i szybko podniosła z tyłu spódnicę. „Niektóre kobiety — powiedział później Kostandis — oddają się każdemu. Na przykład Meropi — jej mąż jest głupi, niczego nie podejrzewa, więc nikt mu nie powie, chyba że jakaś inna kobieta będzie coś do niej miała… Żona, która przyprawia mężowi rogi, prosi się, żeby ją zabić na miejscu, prawda?”. Takie było tu powszechne mniemanie, nikt więc nie obwiniałby męża, gdyby ją zabił; nawet ci, którzy korzystali z jego nieobecności. Były też kobiety, które straciły swoich mężczyzn w bitwie o Mistrę albo wcześniej, ich los nie mógł się zmienić, niezależnie od tego, czy były młode czy stare. Szwagierka Kostandisa była piękna i miała siedmioletniego synka o imieniu Pandelis. „Daliśmy mu imię po ojcu — powiedziała mi kiedyś — ale to przeklęte imię; mój mąż zginął tydzień po chrzcinach”. Obok niej mieszkała starsza kobieta, o chłopskim usposobieniu, której syn przyjechał z wojska na tygodniowy urlop. Wieczorem w dniu jego powrotu przyszli go powitać sąsiedzi. „Niech to będzie powrót szczęśliwy”, mówili, a ona częstowała ich winem i jedzeniem, a po chwili wszyscy tańczyli. Kiedyśmy się kręcili w pobliżu, zawołałem do niej: „Może nas poprowadzisz?”, a ona odpowiedziała ze śmiechem: „To nie przystoi wdowie”.

Tajget

Pewnego ranka natknąłem się na panią Fotini, która siedziała przy murku na zboczu wzgórza i z kądzielą pod łokciem przędła wełnę. Otarła oczy i spojrzała w dół na równinę.

— Mój mąż strzelał tu z karabinu maszynowego — powiedziała. — Razem z Kostandisem bronili się, kiedy okrążyło nas ELAS1. Był najdzielniejszy w batalionie. Jak Kotsos. Miał najwięcej honoru. Litował się nad podróżnymi i biedakami, jak ta żebraczka z Meligalas, którą spotkałeś. Przychodził i mówił: «Właśnie spotkałem jakiegoś nieszczęśnika z Anglii, Francji czy Niemiec, który przyjechał z daleka, żeby zobaczyć nasze starożytności i jest tak daleko od domu i swoich bliskich. Musimy go przyjąć». Przed wojną zjeżdżali tu ludzie z zagranicy… Czego on i Kotsos nie robili tu razem podczas bitwy! Tylu ludzi mieli do obrony, nie było czasu, żeby się bać. W ELAS dobrze go znali: dwa lata szukali go w górach. Chcieli go złapać, ale został zabity w drugim dniu bitwy. Przez tydzień po wejściu wojsk ELAS chowałam się w piwnicach i zbiornikach na wodę wśród ruin; słyszałam, jak tupali na górze i mówili: „Gdzie się podziała, putana! Jej chłop nie żyje, przynajmniej ją dorwiemy”. Pod koniec tygodnia, kiedy do Sparty weszli Brytyjczycy, znalazłam ślady krwi, która wsiąkła w ziemię. Ułożyłam stos kamieni w miejscu, gdzie zginął, żeby nikt po nim nie deptał. 

Tego wieczoru w wąwozie wspomniałem Kostandisowi, że przy ruinach spotkałem starą Fotini.

— Płakała?

— Tak mi się zdaje.

— Siaduje tam dzień w dzień — powiedział. — Podaj mi motykę, Andrikosie. Teraz idź do źródła i puść wodę w moją stronę, jestem gotowy.

Pewnego ranka (było to w święto Wniebowzięcia) czekałem na wiejskim placyku na poranny autobus do Sparty. Otaczał mnie zwykły tłum wieśniaków siedzących przy otwartych oknach winiarni i gęsto obstawionych stolikach na zewnątrz. Słuchali akurat radiowego orędzia generała Plastirasa z wyspy Tinos. Po czterech miesiącach wciąż był premierem i brał udział w dorocznej pielgrzymce do cudownej ikony Przenajświętszej. Na placyku woda wypływała z bulgotem z ołowianej rury między korzeniami platana, a poważny i dźwięczny głos starego polityka niósł się czysto w porannym powietrzu. W tym świątecznym dniu generał wzywał do jedności i zakończenia wojny domowej. Wymienił, ilu Greków — mężczyzn i kobiet — zostało wypuszczonych z więzień politycznych za jego kadencji, i wezwał resztę społeczeństwa, aby przyjęła ich z powrotem po bratersku. „Mój rząd — mówił — starał się postępować zgodnie z nauką Chrystusa, aby kochać bliźniego…”. W chwili ciszy po wyłączeniu radia znów usłyszałem kapanie z rury i rozejrzałem się po zgromadzonych na placu ciemnych i wygłodzonych twarzach wyłaniających się wśród dymu ulatującego z papierosów trzymanych w ustach w wyrazie pogardy. Spędziłem noc na równinie na północ od Sparty, gdzie główną ulicę zamyka wysypany żwirem otwarty plac, a polna droga prowadzi na wzgórze, niewiele wystające ponad wierzchołki okolicznych drzew. Było tam też kilka pinii i oliwek oraz fundamenty murów okalających świątynię, po której teraz nie zostało ani śladu. Jak pisał Tukidydes o Sparcie w czasach jej wielkości: „Jeśliby bowiem miasto Lacedemończyków opustoszało, a pozostały tylko świątynie i fundamenty budowli, to — jak sądzę — po upływie dłuższego czasu nikt z potomnych nie chciałby uwierzyć, że potęga Lacedemończyków była tak wielka, za jaką uchodzi”1. Dalej, za wzniesieniem, również zachowały się ślady potężnych murów, zbudowanych jako ochrona przeciwko zbuntowanym greckim miastom w II i III wieku przed naszą erą. Z tego okresu pochodziły najwyraźniej nagie resztki murów obronnych wokół wzgórza i stos złożony z bębnów kolumn, bloków stylobatu i architrawu oraz cegieł, dachówek i innych elementów, które wszystkie zostały zrabowane ze starożytnych budynków i zgromadzone w jednym miejscu, najwyraźniej w pośpiechu i desperacji. Porozrzucane fragmenty budowli były niczym obraz świata skazanego na zagładę. Późnym popołudniem wyglądałem z murów na mgławicę szarych liści zalewających równinę niczym powódź, aż do podnóża Tajgetu i odległej, miniaturowej Mistry. Pośród jasnego listowia ujrzałem czterech mężczyzn, którzy bardzo powoli, blisko siebie, szli między drzewami. Łatwo było sobie wyobrazić samotny wiejski dom, gdzieś tutaj, w ciszy tej równiny. Być może do niego zmierzali: skupią się, rozproszą i tam ponownie spotkają; gdzieś w oddali można się było spodziewać odgłosu wystrzału. Było coś przerażającego w tej wieczornej godzinie. Mężczyźni zniknęli. Poszedłem do domu nie drogą ze Sparty, lecz prosto, przez szachownicę pól na równinie, rozglądając się na prawo i lewo wzdłuż długich, nagich cieni drzewek oliwnych. Kiedy wróciłem o zmierzchu, Kostandis podlewał swój warzywniak w wąwozie. Zapytałem, czy mogę pomóc.

— Nic tu po was, panie Andrikosie.

Kevin Andrews

Znów zwracał się do mnie w liczbie mnogiej i dostrzegłem w tym sposobie mówienia jakby ruch wojska poruszającego się powolnym, zdecydowanym krokiem, sylwetkę zwiadowcy, wyruszającego na nocny patrol. Ale może zwracał się do mnie w ten formalny sposób tylko dlatego, że nazajutrz miałem opuścić Mistrę, a w Grecji przyjaciele często stają się sobie obcy jeszcze przed wyjazdem […]. Pod koniec sierpnia gaje oliwne pod Mistrą zmieniły się w wielką zagrodę pełną kóz, owiec, wychudzonych krów, koni, mułów i osłów. Wszystkie porykiwały, chrząkały i grzebały w pylistej ziemi wszędzie, jak okiem sięgnąć. W noce wielkiego letniego festynu, tu i ówdzie, w cieniu pod kocami przywiązanymi do gałęzi nad głową, w małych zagrodach z pościelą i garnkami, spały pokotem rodziny. 

To było miasto bez murów, pnie drzew oliwnych pełniły funkcję kolumn, a listowie służyło za dach: były tam kramy, kontuary, jadłodajnie i stoły do gry. Wieśniacy ze wszystkich regionów Sparty przechadzali się wyściełanymi słomą korytarzykami, targowali się, pili, kłócili i trwonili pieniądze. Od rana do późnej nocy zbierali się przy straganach. Kupcy, każdy pod swoją oliwką, rozkładali się z dywanikami i kocami, ikonami i utensyliami kuchennymi, Cyganie ze zdjętymi prosto z kowadła wyrobami z żelaza, mnisi z góry Atos sprzedający drewniane amulety i talizmany przeciwko Złemu Oku, właściciele tawern z ciężkimi metalowymi tacami i rożnami, pieśniarze i muzycy, którzy całą zimę śpiewali po spelunkach Pireusu i Salonik, szulerzy otoczeni nagrodami, namawiający lekkomyślnych i rozrzutnych, aby porzucili codzienne strachy i zaufali losowi — amorficzne, kolorowe plemię, które całe lato wędrowało ze swoimi mułami, przyczepami i wozami, po prowincjonalnych miasteczkach od Tracji, aż po południowe przylądki Morei. W drodze do zamków na messeńskim wybrzeżu postanowiłem zatrzymać się w Mistrze. Kiedy dochodziłem do wioski, Kostandis przywołał mnie ponad głowami tłumu. Wyglądał mizerniej niż dziesięć dni wcześniej: był połamany od reumatyzmu i oczy miał przekrwione. Kiedy mnie prowadził w tę i we w tę, cały czas się rozglądał wśród stołów do gry. W końcu powiedział: „Idź do Ai‑Janni, chętnie Cię tam zobaczą. Ja mam robotę”. 

Tajget

Nazajutrz o szóstej zabrał mnie na plac, na którym odbywał się festyn. Cały długi upalny poranek przechadzaliśmy się, oglądając towary, stając przy stołach do gry, gdzie zawsze gromadził się wianuszek gapiów. Za każdym razem, kiedy zbierałem się do odejścia, przytrzymywał mnie mocnym uściskiem. Czekałem, obserwując z tyłu jego kark i wystającą szczękę, kiedy razem ze wszystkimi wpatrywał się w zielone sukno, z rozstawionymi pionkami i numerami albo śledził wirujące koło ze skaczącymi w górę i w dół kuleczkami. Nie miał pieniędzy, żeby zagrać, ale żadna siła nie była w stanie go odciągnąć od stołu. Kiedy dochodziło południe, tłum się przerzedzał i ludzie kładli się przy swoich kramach, jedli oparci na łokciu pośród rżyska. Pod płachtą płótna rozciągniętą pomiędzy czterema drzewami, gdzie schroniliśmy się przed rażącym słońcem, wyszeptał mi do ucha:

— Te gry to sprytny biznes, ja też w tym siedzę. Przy kołach pod stołem jest pedał, przyciska się go stopą i koło zatrzymuje się tam, gdzie się zechce, ale nigdy przy numerze, który ktoś obstawił.

Uśmiechnął się ze słodkim, mglistym wyrazem swoich zmęczonych oczu.

— Większość ludzi nie ma o tym pojęcia. Dlatego stoję i patrzę, ile zarabiają właściciele. Mógłbym ich wszystkich wydać, nieprawdaż? Płacą mi pod koniec dnia.

Tego popołudnia staliśmy we dwóch przy stole do ruletki, kiedy nagle ktoś wyskoczył, machając grubym plikiem banknotów i wykrzykując:

— Co za dureń, sprzedałem za milion!

Inni klepali go po plecach i mówili:

— To teraz się dorobisz, co nie?

— Właśnie! — triumfalnie uderzył pięścią w stół.

Był to młody mężczyzna, prawie bezzębny, co jego twarzy nadawało miękki, niewinny wyraz. Jego szczęście trwało krótko. Był w centrum uwagi; wszyscy mu kibicowali, a kiedy rozlegał się jęk nad sumami, które znikały jedna za drugą, obracał się i uśmiechał różowymi, okaleczonymi ustami.

— Ba, mam jeszcze więcej!

W dziesięć minut było po wszystkim. Odszedł, z opuszczonymi bezwładnie ramionami, patrząc wprost przed siebie, jak ktoś, kogo uderzono w głowę.

Właściciel koła fortuny krzyczał gromko:

— Kto spróbuje? Jeden traci, drugi wygrywa!

Kostandis patrzył na niego i ich spojrzenia na krótko się skrzyżowały. Późno w nocy, w świetle kilku powieszonych na drzewach lamp naftowych, ktoś wciągnął Kostandisa w ciemność. Kiedy wrócił, powiedział:

— Niezły wieczór. Siedemset tysięcy. Głupota ludzi, którzy sprzedali zwierzę. Pieniądze uderzają im do głowy i lecą grać, bo im się wydaje, że zarobią więcej. Oj, głupi wieśniacy! — westchnął łagodnie, bez cienia pogardy czy współczucia.

— Jutro kupię szalik dla Panajoty, biednej duszyczki.

Z samego rana zarżnęliśmy na podwórku świnię i zanieśliśmy mięso na sprzedaż do jednej z restauracji. Kostandis chciał wziąć czterysta tysięcy, ale restaurator powiedział, że wieprzek był na wpół zagłodzony i dał mu tylko dwieście. Kostandis, klnąc pod nosem, odparł zawstydzony:

— Andrikosie, nie mów Panajocie, że dostałem dwieście tysięcy. Powiemy, że wziąłem trzysta? Nie będzie się do mnie odzywać, jeśli się dowie. Rzeczywiście, świnia i tak zdechłaby z głodu, nie miałem ją czym karmić.

Kevin Andrews

Wieczorem znów czekał w umówionym miejscu; krupier podszedł z nim do rosnącego kawałek dalej drzewa, gdzie zobaczyłem, jak na krótką chwilę spotkały się ich ręce. Kostandis włożył coś do kieszeni i stał z zaciśniętymi pięściami, podczas gdy drugi mężczyzna wymachiwał rękami w powietrzu. Kiedy wrócił, był zły i długo się nie odzywał.

— Przegrywają — powiedział w końcu. — Cały dzień był tu pułkownik policji i wszystkich miał na oku, nawet żandarmów.

— Dlaczego ich też?

— Są wciągnięci w interes, a co myślałeś? Dlaczego żandarm miałby się oprzeć pokusie! Ale teraz szef przyjechał z Tripoli, więc muszą udawać, że wykonują swoją pracę. Cały dzień żadnego zysku. Dostałem tylko sto tysięcy, kieratá1!

Nazajutrz był jeszcze bardziej przygaszony, bo jego ojcu w końcu udało się sprzedać starą krowę i zostawił Kostandisa na lodzie, nie zwracając pieniędzy, które był mu winny od trzech lat. 

— Dlaczego go o to nie poprosiłeś? — zapytałem.

— Nie prosi się ojca, żeby spłacił dług. 

Był poirytowany, bo w ubiegłym roku wygrał garnek i cynową ikonę, a w tym odchodził z pustymi rękami.

W ostatnim dniu festynu budki zostały jedna po drugiej rozebrane, ich lady i ścianki poskładano w stosy jak dekoracje teatralne i wrzucono na ciężarówki razem ze wszystkim innym; samochody odjechały i główny trakt zajęły ciężko objuczone muły. Gdzieniegdzie miejsca z wydeptaną trawą wskazywały, że odbywał się tu jarmark, ale w ciągu dnia znów było słychać terkoczące na gałęziach cykady. Na koniec wyniesiono stoły do gry i loterie, ale nawet po zmierzchu ludzie oblegali jeszcze kramik, gdzie ciągnęło się za sznureczki z liczbami, których suma mogła odpowiadać wystawionym w budce ponumerowanym przedmiotom. Postaliśmy z Kostandisem godzinę, ale i tutaj szanse były złudne: zanim klient zdążył się zastanowić, człowiek za ladą rachował i rzucał w jego stronę uśmieszek politowania, po czym wykrzykiwał: „Czyja kolej? Proszę podchodzić”.

Kostandis wyszeptał:

— Liczy tak szybko, że nikt za nim nie nadąża. Oczywiście suma nigdy nie wypadnie na którykolwiek z wygrywających numerów. Ale od czasu do czasu prowadzący wskazuje kogoś, kto…

Przerwano mu.

— Kirie,Kirie1, czemu stoisz z boku? — zawołał do niego mężczyzna. — Tak tu wystajesz i nie masz odwagi spróbować szczęścia. A szkoda! Jerakowici powinni mieć więcej odwagi! Może ktoś się zgłosi i udowodni to, co mawiają, że Lakończycy z Mistry mają szczęście w grze?

— W takim razie spróbuję — wymamrotał Kostandis. Włożył palce w pierścienie i pociągnął, wyskoczyło pięć liczb.

— Dziesięć, pięćdziesiąt siedem, sześćdziesiąt dwa, dziewiętnaście, dwadzieścia jeden — w sumie sto sześćdziesiąt dziewięć — zawołał właściciel budki. — Co się kryje pod tym numerkiem? Już patrzę… Niestety, ale nie, Kirioswygrał szklany dzbanek, brawo! Proszę bardzo, Kirie, niech szczęście zawsze ci sprzyja. Kto następny?

— W ostatniej chwili — powiedział Kostandis, gdy wydostaliśmy się z tłumu i stanęliśmy pod opuszczonymi drzewami. — Już myślałem, że będę mu musiał pogrozić, jeśli nie da mi wygrać. Mam z nim umowę, że od czasu do czasu ma ludziom pokazać, że jego gra jest endaksi; więc jeśli akurat jestem w pobliżu, wybiera mnie. Dla mnie liczy poprawnie i teraz mogę zanieść dzbanek do domu… 

Przerwał, gdy usłyszał głos w tłumie za naszymi plecami. Obok przebiegło kilka osób z okrzykiem, „Po‑po‑po, i co teraz?”. W trzech susach Kostandis wrócił do budki. W asyście czterech żandarmów jakiś człowiek ostro wykłócał się z właścicielem loterii.

— Powtórz ten numerek!

— Siedemdziesiąt dziewięć — powiedział bardzo cicho mężczyzna za ladą.

— Kłamstwo! — wykrzyknął drugi. — Wiem, jakie miałem numery. Twoim zdaniem nie umiem liczyć? Osiemdziesiąt dwa to numerek tej patelni. Źle policzyłeś i myślałeś, że nie zauważę. Umiem rachować równie szybko jak ty i jak ci panowie (wskazał na policjantów). I mówię ci, że dziewiętnaście plus dwadzieścia trzy plus siedem plus dwadzieścia osiem plus pięć równa się osiemdziesiąt dwa. Myślisz, że jestem wlakas? Ojciec mnie posłał do szkoły, żebym się nauczył czytać i liczyć, żeby ze mnie nie kpili tacy oszuści jak ty. Widzieliście numery, które wyciągnąłem. Czy ich suma nie daje osiemdziesiąt dwa?

Żandarmi stali przy nim i nie odpowiadali.

— Po co to całe zamieszanie? — mówili.

— Bo mam dowód, że ten człowiek mnie oszukał. Widzieliście na własne oczy. 

— Ale żeby podnosić taki rwetes! — powtórzyli żandarmi. — Uspokój się. Już koniec festynu. Będziesz się mógł o to wykłócać w przyszłym roku. Teraz lepiej daj spokój.

— Brawo! — wykrzyknął oszukany mężczyzna. — Kiedy wyrządzane jest zło, zwracamy się do policji, aby nam pomogła.

Jeden z żandarmów zasyczał:

— Ludzie cię usłyszą.

— Aha — zawołał mężczyzna — więc przyznajecie, że mam rację! Czy mogę zapytać, dlaczego bronicie tego oszusta?

— Skąd wiesz, że to oszust? — wykrztusił żandarm.

— Dlaczego złodzieje są w zmowie z policją? Pokazałem, na czym polega wasz proceder. Tak teraz wygląda dumna Mistra, chwała Morei! Brawo. I tak mi się odpłaca za to, że trzydzieści sześć godzin walczyłem na wzgórzu z naszymi wrogami. A więc bronią nas tacy ludzie jak wy, którzy…

— Spokój! — zawołał żandarm.

Wokół budki zrobiło się zamieszanie, bo pojawił się właśnie wysoki mężczyzna w mundurze z odznaczeniami na piersi. Ludzie się odsuwali, aby go przepuścić. Żandarmi otoczyli oficera wianuszkiem, tak że stanął naprzeciw awanturującego się mężczyzny.

— Oto sam pułkownik — mówili.

Szef lokalnej policji popatrzył z góry na stojącego przed nim pieniacza.

— O co chodzi?

— Zostałem oszukany w tej grze — powiedział bez ogródek. 

— Jak to się stało? — dopytywał szef policji władczym, ale dobrotliwym głosem.

Mężczyzna odpowiedział teraz spokojnie:

— Poprawnie podliczyłem numerki, a on specjalnie policzył źle, żebym nie dostał patelni spod numeru osiemdziesiąt dwa, Kiriepułkowniku.

— Och — wymamrotał szef policji charakterystycznym tonem ateńskiego posła, któremu przedstawiono petycję i który mówi: „W pełni rozumiem pański problem; moim zadaniem jest reprezentować wasze interesy. Proszę wrócić jutro”.

— I po co — przekonywał jeden z żandarmów — czemu się tak pieklisz?

— Może źle policzyłeś — życzliwie zasugerował pułkownik. — Sam wygrałem wczoraj w tej budce komplet szklaneczek z karafką i tacą. W moim przypadku nikt nie został oszukany.

— To prawda — zawtórował żandarm. — Nie dalej jak wczoraj na tym samym kramie osoba, która, jak twierdzisz, cię wykiwała…

— Ale, Kiriepułkowniku, ja dodałemnumerki, wszyscy widzieli…

Kostandis zrobił krok naprzód i zwrócił się do mężczyzny cicho, tak że mogli usłyszeć go tylko stojący przy nim policjanci:

— Mitsosie, czy ty się przypadkiem nie zrobiłeś Czerwony?

Mężczyzna bez słowa obrócił się na pięcie i zniknął.

Kevin Andrews

Zostałem w Mistrze jeszcze kilka dni. Ponownie przeszedłem się po fortyfikacjach i zrobiłem ostatnie zdjęcia; tej zimy planowałem siedzenie w bibliotece w dalekim kraju, aby to wszystko opisać. Jednego z wieczorów po jarmarku Kostandis upił się w Kriowrisi. Siedział z podniosłym wyrazem swojej szczupłej, zapadniętej twarzy. Przyjechała taksówka ze Sparty i zatrzymała się przy drodze, wysiadła z niej grupka amerykańskich turystów i właśnie wspinali się po schodach, kiedy Kleomenis wyszedł z kuchni, aby się z nimi przywitać. Kostandis podstawił mu nogę, tak że padł na twarz. Kleomenis na czworakach, z chusteczką w garści, podniósł głowę, aby powitać cudzoziemców.

— Dobry wieczór, och, dobry wieczór — mówił, próbując wstać i wypchnął gości na drugą stronę tarasu. 

Kostandis wymamrotał żałośnie:

— Dlaczego Kleomenis nie chce, żeby jego turyści siadali koło mnie?

Opróżnił swój kieliszek tak gwałtownie, że na koszuli, pośrodku chudej piersi pojawiła się plama. Nie zmieniając wyrazu twarzy, powiedział:

— Mógłbym kogoś zabić.

Pod koniec tygodnia w wiosce nad Palianitsą był odpust w dniu świętego patrona. Kostandis i ja wstaliśmy o czwartej, żeby podlać warzywnik. Na nocnym niebie błysnął piorun, a kiedy się rozjaśniło, zaczęły przybywać ranne ptaszki z Mistry.

Kiedy skończyliśmy podlewanie, zapytałem:

— Gdzie teraz idziemy?

— Nie idziemy — odparł.

— W Grecji szybko zmienia się zdanie.

— Pilnuj swoich interesów, panie Andrikosie — odparł, a ja postanowiłem nazajutrz opuścić miasto.

Tego popołudnia, kiedy we dwóch szliśmy przez ruiny do Kriowrisi, wyznał mi tonem nieśmiałym, który czasem się u niego pojawiał:

— Powiem ci, Andrikosie, dlaczego nie poszliśmy na festyn. Ostatnio był spokój i niech tak zostanie. Nie chcę znów mordować ludzi.

— A co ma to wspólnego z festynem?

— Tam mieszkają faceci, którzy zabili mojego brata. Na festynie się pije. Kiedy jestem pijany… — przerwał.

 — Chcesz powiedzieć, że wtedy zabijasz? Byłbyś ze mną, nie pozwoliłbym.

— Jeszcze mnie nie znasz, Andrikosie — powiedział. — Zgadnij, ilu zabiłem?

— Nie wiem, ilu?

— Ponad pięciuset.

Poczułem, jakbym wpadał w głęboką przepaść. Ale zdołałem powiedzieć: 

— To niemożliwe!

— Jak myślisz, co robiłem przez ostatnich osiem lat? Kiedy podpalałem kryjówki w lesie, otaczałem ich jaskinie, a po tygodniu wyczołgiwali się stamtąd pół żywi z głodu, czy uważasz, że przyprowadzałem ich tylko po to, żeby kto inny wtrącił ich do więzienia? Nie, zabijałem ich na miejscu — piętnastu za jednym razem, sześciu za drugim, trzydziestu w kolejnym tygodniu. Liczba rośnie, jak w tych grach, które widziałeś na festynie.

Spojrzałem na martwe miasto na zboczu wzgórza.

— Sam z siebie nikomu nie będę zawadzał i nikogo nie tknę — powiedział.

Wyruszyłem nazajutrz o szóstej rano. Panajota zapakowała w chusteczkę kilka kawałków suchego chleba, bo nic innego nie miała w domu.

— Zamoczysz je w źródle i zjesz, wtedy o nas pomyślisz. Prawda, Andrikosie? Odprowadziła mnie do ciasnego wyjścia.

Pobiegł za nią dwuletni synek i zaczął płakać, kiedy schodziłem po skrzypiących, drewnianych schodkach. Kiedy ona i Kostandis doszli do brzegu wąwozu, przekonałem ich, aby nie szli dalej. 

— Gdyby ktoś zrobił ci krzywdę, zabiłbym — powiedział Kostandis. — Nie myśl o mnie źle, Andrikosie.

Objął mnie, a Panajota zaśmiała się cienko.

— Żegnają się jak kochankowie! Pocałuj mnie, Andrikosie. Jesteś lepszy niż rodzony brat. Wszystkiego dobrego, dobrej drogi, niech szczęście ci sprzyja.

Jej głos rozbrzmiewał nade mną jak zaklęcie, kiedy szybko, potykając się, szedłem w dół wąwozu, dla równowagi przekładając plecak z jednego ramienia na drugie.



KEVIN ANDREWS
tłum. Anna Arno

KEVIN ANDREWS ur. 1924 w Pekinie, zm. 1989 na Kithirze. Filolog klasyczny, znawca antycznej Grecji. Autor książek Castles of the Morea i The Flight of Ikaros ze wstępem J. C. DOUGLASA MARSHALLA.

ANNA ARNO ur. 1984. Ukończyła historię sztuki w Institute of Fine Arts, New York University. Laureatka Nagrody „Zeszytów Literackich” za debiut. Ogłosiła Niebezpieczny poeta. Konstanty Ildefons Gałczyński (Znak), Okna (Zeszyty Literackie), Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker (słowo / obraz terytoria), a ostatnio tom opowiadań Ten kraj (Wydawnictwo Literackie). Nakładem wydawnictwa Iskry wkrótce ukaże się jej biografia Konstantego A. Jeleńskiego.


Zobacz także