NICOLAS BOUVIER, Czerwony pokój

Dowiedziałem się niedawno, że posiadanie domu to pakowanie się w przygodę, której skutków nie da się przewidzieć ani oszacować, może nawet skutków fatalnych. Jeżeli wierzyć badaczowi prehistorii Escalon de Fonton, wojna pojawiła się wraz z osiadłym trybem życia; badanie szkieletów i widocznych na nich uszkodzeń od strzał i krzemiennych harpunów dowodzi tego niezbicie, przynajmniej w odniesieniu do Prowansji, gdzie uczony ten prowadził badania. Przy pierwszych przymrozkach koczujące świerszcze przybywały ograbić piwnicę lub spiżarnię osiadłych mrówek, a wtedy człowiek lądował ze szpicem lancy w lędźwiach skracającym jego egzystencję. J.-H. Rosny (starszy) ze swoją Bitwą o ogień, swoimi kudłatymi bohaterami biegającymi do utraty tchu i swoimi oszczepnikami powinien poprawić w grobie swoją powieść. Kiedy w 1981 roku dotarła do mnie ta zła nowina, było już za późno. Miałem szczęście —nieliczni nomadzi, którzy przekroczyli próg mojego domu, byli wikliniarzami sprzedającymi po domach koszyki lub Cyganami ostrzącymi noże; przyjąłem ich grzecznie kieliszkiem wina z Yvorne, a oni nie ukradli mi ani guzika. Oto mijają czterdzieści dwa lata — odejmijcie piętnaście spędzonych pod innym niebem — odkąd pomalowałem ściany tego pokoju na róż pompejański, któremu tytoń i ogień w kominku nadały miedzianą patynę, czterdzieści dwa lata odkąd stolarz umocował tuż nad kominkiem dębowe półki na książki, co sprawia — sąsiedztwo książek i ognia — że wnętrze jest gościnne i kojące. Na półkach stoją niemal wszystkie dzieła Henry’ego Millera, Lawrence’a Durrella, Marcela Raymonda i Jeana Starobinskiego, którzy byli moimi mistrzami, oraz książki Melville’a, Thoreau, Henri Michaux, Johna Bergera, Marguerite Yourcenar i Blaise’a Cendrarsa, do których trzeba dodać — w pojedynkę — Stadia na drodze życia Kierkegaarda i Amerykę Kafki. Jestem dłużnikiem wszystkich tych autorów, którym nigdy się nie odpłacę. Te książki były mi przyjaciółmi i doradcami, kiedy miałem lat dwadzieścia, w następnych latach każda została przeczytana dwa lub trzy razy, a że poznałem je wystarczająco dobrze, bym nie musiał naruszać pięknego porządku, w jakim stoją na półce, to ich grzbiety pokryły się patyną tak samo jak ściany i źle by zniosły odkurzanie, zwłaszcza wydania Gallimarda w „Białej serii” z papieru, który żółknie, kruszy się i rozsypuje w rękach — Żegnaj Prouście, żegnaj Albertyno! — jak mumie faraonów wystawione na świeże powietrze po czterech tysiącach lat zamknięcia i ciszy.

Co nie znaczy, by te książki były martwe, tyle że potrafiły — jak stłoczone w owczarni barany — przez kartę tytułową lub czwartą stronę okładki wejść w komitywę, nawiązać dialog, który mnie intryguje, lecz rzadko go zakłócam. Kominek pohukuje i czerwieni się od września do maja, ponieważ pokój, w którym piszę, jest marnie ocieplony. Nad pokojem znajduje się strych, skąd dochodzi mnie bieganie kun i brzęczenie os, które każdego roku budują tam gniazdo. Pod nim — spiżarnia z owocami, której nie mam już czasu wypełnić jak należy, ale czasem wieczorami, wsparty na łokciach o parapet, widzę, jak szczur albo dwa szczury w kolorze księżyca, z wąsami zlepionymi od gruszkowego soku, wychodzą, by zażyć świeżego powietrza na bruku ułożonym na sabaudzką modłę, od fasady do krzewu kapryfolium i olbrzymiego krzaka akantu, który jest starszy ode mnie i dzięki moim staraniom mnie przeżyje. Gwiżdżę na te szczury, one patrzą na mnie, po czym wracają do swoich spraw, tych, które uznają za najpilniejsze, ja zaś udaję się do swoich zajęć. W roku mojego wprowadzenia się tutaj miałem nieostrożność zasadzić — to znaczy wetknąć do ziemi zieloną gałąź — wierzbę płaczącą zbyt blisko jedynego okna mojego pokoju. Dzisiaj to katedra, falująca najdelikatniejszą zielenią, która wypełnia cały horyzont i nadaje mojemu „widokowi na wschód” ożywczą melancholię wiersza z czasów dynastii Tang.

Zachodnia ściana mojego czerwonego pokoju przylega do tego, co w naszej gminie nazywamy „starym cmentarzem”. Jeśli idzie o kości, to naprawdę istna śmietanka genewskiego patrycjatu: bankierzy, filantropi, radcy miejscy, profesorowie, pastorzy, którzy mimo swojej błękitnej krwi dokonali przejścia, jakie właściwie wymusili na nich Konsystorz oraz Belleville lub czarne belgijskie Borinage i — niech ich Bóg błogosławi — „działali społecznie”. Miejsca pochówku na tym cmentarzyku będącym rajem zdziczałych kotów, droższe niż hotel Hilton, były przyznawane skąpo. Czasem spuszczano trumnę przy dźwięku rogów świętego Huberta, ponieważ nieboszczce lub nieboszczykowi zdarzyło się gonić jelenia w Sologne albo lisa w Anglii. Dzisiaj udostępnia się je wszystkie na dziewięćdziesiąt lat. Co mi tam fanfary i czerwone fraczki — pójdę dać się pogrzebać gdzieś dalej. Dom zbudowany niby „tory kolejowe” na osi północ–południe był siedzibą właściciela winnicy, jego najstarsza część pochodzi z końca XVII wieku. Wielka łąka opadająca łagodnie aż do drogi na Vandœuvres była niegdyś winnicą, którą zlikwidowano sto lat temu zapewne dlatego, że genewski „sikacz”, o którego cierpkim smaku śpiewano piosenki stąd aż po Grenoble, nie znajdował już amatorów. W ciągu trzech stuleci, zależnie od dobrego winobrania, liczby rodzących się dzieci czy — kto to wie? — małego spadku, dobudowywano kolejne części, bez planów i bez architektów, a ta pomysłowa i prymitywna łatanina sprawia, że nic tu nie jest na tym samym poziomie, wciąż trzeba to wchodzić stopień wyżej, to schodzić dwa stopnie. Nie znajdziecie też w całym budynku ani jednego naprawdę prostego kąta, ani jednej ściany postawionej naprawdę pionowo, ani jednej naprawdę płaskiej powierzchni. Ta niedoskonałość, złagodzona przez łososiowy tynk i spłowiałą czerwień rzymskich dachówek upstrzonych zielonym mchem, glicynią i dzikim winem, ma dla mnie dodatkowy urok. Jest jak leciutkie utykanie podkreślające piękno kobiecej sylwetki albo kształt jej nóg.

1948

Umeblowałem ten pokój rozmaitymi przedmiotami kupionymi na pchlim targu albo u handlarzy starzyzną w Plainpalais i półkoncertowym pleyelem z jasnego drewna gruszy, na którym, jak głosi rodzinna legenda, grywali Liszt i Chopin i który zajął połowę pokoju. Wprowadziłem się do niego po wyjściu ze szpitala i przez wiele tygodni widziałem go tylko z łóżka, oddzielony jedynie wąską szafą na ubrania od wspomnianych wyżej grobów.Pielęgniarka, zabobonna Włoszka, wchodzi do pokoju niechętnie, nie z powodu białego odoru lizolu i eteru, który tylko ja czuję (pozostał mi w nozdrzach), ale dlatego, że ledwie przekroczy próg, słyszy wiatr szumiący wokół piszczeli i czaszek tej małej, jakże zasobnej kostnicy pod herbacianymi różami, skąd dochodzi mnie tupot jeży. Troszczę się wyłącznie o to, by odzyskać władzę w nodze i ruchliwość, którą nauczyłem się cenić. Korzystając z dyspozycyjności będącej przywilejem nieodpowiedzialnego pacjenta, nigdy tak wiele ani tak dobrze nie czytałem. Szelest odwracanych stron, gdy do pokoju wpada światło słoneczne, okrąża go, po czym opuszcza.

KWIECIEŃ 1957. ODWIEDZICIELKA

Siedząc przy sosnowym stoliku, plecami do fortepianu, piszę na starej maszynie Remingtona, która towarzyszyła mi między Triestem a Jokohamą przez cztery lata nieobecności. Słowa, na które czekam, pojawiają się same i brzmią celnie, jak wzorowi kandydaci w jakiś wyjątkowy dzień najmowania do pracy. Mogę je przyjąć z zamkniętymi oczami. Próbuję opisać radziecką kolonię w Kabulu na początku lat pięćdziesiątych. Nie próbuję — znów widzę te kwadratowe twarze, te wielkie jak pięść węzły krawatów. Pozostaje tylko snuć tekst. Każdy francuski słownik, nawet słowa odrzucone przez Akademię, zgłasza się na ochotnika, żeby mi pomóc w tej skromnej rekonstrukcji. Oto już sześć miesięcy, jak zacząłem przy tym stoliku bić się ze słowami, żeby rzeczom zobaczonym na tej długiej drodze oddać ich ciężar, oczywistość, ziarno i kolor. Dzisiaj po raz pierwszy mam wrażenie, że wybieram swoją strategię bez paniki i tworzę moją opowieść kamień po kamieniu, statecznie, z pewnością i pogodą ducha średniowiecznego budowniczego katedr. Skończyłem stronę i teraz czytam to, co napisałem. Odkąd wróciłem do mego pokoju, nigdy nie pracowało mi się tak lekko i dobrze; zastanawiam się nad tym małym cudem. Musi się za tym kryć jakaś „sztuczka”. Po zastanowieniu okazuje się, że tą sztuczką jest pewna dama, którą wprowadziłem do tych czerwonych ścian kilka miesięcy wcześniej, po głośnym i gadatliwym wieczorku, podczas którego, choć siedzieliśmy obok siebie, ani ona, ani ja nie odezwaliśmy się słowem. Dama żywcem wzięta z wiersza P.-J. Touleta. Przekraczając próg mego pokoju, powiedziała: „Poszłam za panem aż tutaj, ponieważ pan się porusza bezgłośnie”.

SZERSZENIE

Nie ma lata bez gniazda szerszeni do usunięcia. Biorę to na siebie z pomocą nadzorcy‑od‑os‑i‑szerszeni w naszej gminie. Jest nim stolarz, skazany na bezrobocie wskutek alkoholu, do którego merostwo odnosi się jednak życzliwie. W zeszłym roku zniszczyliśmy ogromne gniazdo ulokowane w rozwidleniu dębu, dziesięć metrów nad ziemią; on zamroził ten tort komórek acetylenem zawartym w gąsiorze, który niósł na plecach; ja, ze sprejem w obu rękach, ostrzeliwałem wracające do gniazda szerszenie, które nas atakowały. Zerwaliśmy tę wielką oszronioną mitrę, zrzuciliśmy ją na ziemię, a następnie spaliliśmy. Potem on, chwiejąc się, zszedł z drabiny: to cud, że nie połamał sobie kości, będąc pijany na umór. Tego ranka miota się po cmentarzu, żeby zamrozić siedlisko dzikich os, które zagnieździły się pod pękniętą płytą nagrobka. Rozsunął jej dwie połowy za pomocą żelaznego drąga. Idę się z nim przywitać, opieram się łokciami o dzielący nas murek, stwierdzam, że jest w swoim zwykłym stanie i wymachuje lancą, jakby chciał zagazować wszystkich nieboszczyków dokoła. Osy dostały jednak swoją dawkę i już, już ma stąd odejść, gdy jakaś ocalała osa wpada na zły pomysł, żeby wyjść ze szczeliny i wypróbować niczym pilot swoje zesztywniałe z zimna skrzydełka. Cios żelaznym drągiem, jaki jej wymierzył, spowodował iskrę i wybuch lotnego gazu. Eksplozja zmiotła mnie z murku, przy którym stałem, i bezlitośnie rzuciła w malwy. On ocknął się oprawiony niczym faun na mozaice w gruby materac powoju wyściełającego tenże murek od strony cmentarza. Wyszedł z szumem w uszach i osmoloną twarzą, bez najmniejszego uszczerbku. Od czasu tej przygody sam niszczę moje gniazda szerszeni, w rękawicach i kominiarce.

1991. MUZYKA, MUZYKA

Skwarne lato. Upłynęło wiele wody. Ta, co mnie odwiedzała, została moją żoną, a pleyel znikł, żeby oddać jej trochę miejsca. Kiedy zrozumiałem, że nigdy nie będę kimś więcej niż niedzielnym pianistą, którego palce nie są w stanie dopasować się do wielkich romantycznych koncertów — tych najtrudniejszych, z girlandami czarnych haczykowatych nutek wypełniających każdy takt jak garście rodzynek — sprzedałem instrument prawdziwemu muzykowi, który dyryguje orkiestrami w Niemczech i gra najgroźniejsze partytury, będąc na ty z aniołami. Fortepian był tak ciężki, że trzeba było czterech „osiłków z Epinettes”, abym ujrzał z lekko ściśniętym sercem, jak znika na końcu ogrodu. Exit arpeggia, palcówki zapisane w zeszycie, dwunastki i ćwiczone całymi godzinami „podkładanie kciuka”. Niczym mandaryn, który oblał egzamin, wziąłem się do innej roboty, a czerwone ściany wypełniły się bez mojego udziału pianą dni i naszej długiej nieobecności. Wypełniły się bądź się od niej uwolniły w zależności od moich zajęć, jak mur z afiszami podążający śladem kampanii wyborczej. Dziś wieczór mam przed nosem jedynie mały kompas sprzed 1914 roku, znaleziony w kuferku żołnierskim mojego ojca, ze stali tak wypolerowanej przez czas, o tak prymitywnej fakturze, że wydaje się wzięty z kuźni Burgundów. Zakurzona, słaba i drżąca strzałka wskazuje północ… jak długo jeszcze?

NICOLAS BOUVIER
tłum. Maryna Ochab

NICOLAS BOUVIER ur. 1929 w Lancy, zm. 1998 w Genewie. Po polsku ukazały się m.in. Dziennik z wysp Aran, Kronika japońska, Drogi i manowce.

MARYNA OCHAB tłumaczyła dla „ZL” Ciorana, Chatwina, Nabokova, Starobinskiego. Ostatnio przełożyła rozmowę Ellen Hinsey z Tomasem Venclovą Magnetyczna Północ (ZL). Laureatka Nagrody „Zeszytów Literackich” im. Pawła Hertza dla tłumaczy oraz Nagrody Prezydenta Miasta Gdańska za Twórczość Translatorską im. Tadeusza Boya‑Żeleńskiego, 2015.


Zobacz także