ANNA ARNO, Montauk

Latarnia morska wygląda jak z obrazu Hoppera, chociaż nie tu go malował. Białe wydmy, szare, zimowe morze — doskonała sceneria dla historii bez dalszego ciągu. Starzejący się pisarz przyjechał do Nowego Jorku na spotkania autorskie. W autobiograficznej opowieści wspomina dwie kobiety: jedną, którą zranił, i drugą, którą zawiódł. Przysadzisty, twarz przeorana przez czas: ale zapewne także dawniej uwodził głównie inteligencją. To mężczyzna, który był kochany; więcej przyjmował, niż dawał. On również kochał, ale odchodził bez wyjaśnienia, pozostawiając bolesne ślady. Powrót do Montauk Volkera Schlöndorffa został oparty na autobiograficznym opowiadaniu Maxa Frischa i dedykowany pamięci pisarza. Schlöndorff nie po raz pierwszy sięgnął po prozę przyjaciela: w 1991 roku zekranizował powieść Homo Faber. Nowy film nie jest wierną adaptacją, a reżyser przyznaje, że wplótł wątki własnej biografii; własne motywy dołożył też współscenarzysta, irlandzki pisarz Colm Tóibín. Schlöndorff z szatańskim uśmiechem zapowiada, że jeszcze niejeden doktorant będzie się biedził nad rozwikłaniem splątanych tropów.

The Affair

Montauk to wioska rybacka na koniuszku Long Island. Nazwa (która obco brzmi po angielsku) pochodzi od indiańskiego plemienia Montaukett. Wioska, a może raczej kurort, latem tętni dzięki turystom. Jednak większość zatrzymuje się bliżej, w zamożnych The Hamptons, gdzie gęsta zieleń kryje białe wille milionerów. W ostatnich latach w Montauk był kręcony serial The Affair — tutaj rozgrywa się znaczna część jego akcji. Wyróżnia go konstrukcja narracji: chronologia bywa zaburzona, a te same zdarzenia zostają przedstawione dwukrotnie, z perspektywy różnych uczestników. Zalążkiem fabuły jest romans nowojorskiego pisarza Noah Sollowaya z pochodzącą z Montauk Alisson Bailey. Noah z rodziną przyjeżdża tu na wakacje do teściów (ojciec żony również jest pisarzem, ale w przeciwieństwie do Noah — uznanym i zamożnym). W tej telewizyjnej sadze zostały zawarte wszystkie składniki gatunku: namiętność, kryminalna zagadka, rodzinny dramat, plejada pomocniczych bohaterów i pobocznych wątków, które utrzymują napięcie przez cztery sezony. Powstała fabularna tkanina, która wciąga, a zarazem odsłania swoje szwy: wszystko jest opowieścią, perspektywa i talent narratora wpływają na formę, kolory, rozkład akcentów. Wpływają na kształt prawdy? Z pewnością na prawdę opowieści, zapewne jedyną, do jakiej mamy dostęp.

The Affair przyczynił się do wzmożonego zainteresowania Montauk. Turyści zatrzymują się w restauracji The Lobster Roll w miejscowości Amagansett, przy drodze do Montauk, gdzie zawiązuje się akcja serialu. Istniejący od 1960 roku lokal powstał jako nadmorska jadłodajnia (powiedzielibyśmy może: smażalnia, choć w tutejszym menu ważniejszą pozycją są owoce morza). Do dziś zachowano charakterystyczne, biało niebiesko czerwone markizy i wypisany blokowymi literami napis LUNCH. Sukces serialu pozwolił podwyższyć cenę kanapek „lobster roll”: hotdogowych bułek z homarem. Nic dziwnego, że twórcy filmu wybrali to miejsce: jest jakby wyjęte poza czas. To wyróżnia też Montauk: słonawy, morski posmak vintage. Montauk chlubi się też swoim przydomkiem: The End. W sklepikach z pamiątkami można kupić produkowane w Chinach koszulki i bluzy z napisem: Montauk. The End.

Montauk

Wyobrażałam sobie, że w Montauk będzie trochę jak w Helu, który z kolei mieni się „początkiem Polski”. Zastanawiałam się nieraz, dlaczego to miałby być początek, a nie koniec naszego kraju. Wąski półwysep przypomina wyrostek robaczkowy. Na jego koniuszku, w lesie, stoi ceglana latarnia morska. „Początek”: przyznany Polsce w 1918 roku, pomimo przewagi niemieckojęzycznej ludności. W staropolskim języku nazwa oznaczała wydmę, cypel, pustkowie. Ale być może nadali ją raczej duńscy żeglarze: kształt przylądka przypominał im obcas, hæl. Jak zwykle bywa, nie ma jednego wyjaśnienia. Ulubione wiąże się z piekłem, heel, które starogermańska mitologia kojarzyła z zimnem. Stragany z pamiątkami na Helu również sprzedają produkowane w Chinach koszulki z napisem: „Go to Hel”. Także to jest miejsce na końcu trasy; można wysiąść wcześniej, w modniejszych kurortach: Chałupach, Jastarni czy Juracie. Ostatni odcinek drogi prowadzi przez las, bez żadnych zabudowań. Tutaj kończą się tory i asfalt, dalej jest tylko morze. Ulica Wiejska mogłaby się nazywać Main Street, ponieważ spełnia te same funkcje: tutaj jest poczta, urząd gminy i knajpy, które cieszą się zasłużoną, lokalną sławą: Kutter, Kapitan Morgan i Maszoperia. Z tych wszystkich powodów na wzór Helu wyobrażałam sobie Montauk: w podobnej palecie kolorów, foczej szarości, rozbielonej kłębami obłoków. W przechodzących w czerń granatach burzowego nieba. W szarej, sztormowej zieleni. Z emaliowym błękitem nieba w najpogodniejsze dni, kiedy jasny piasek razi oczy. Wyobrażałam sobie wiatr od morza, który tworzy nastrój dla historii miłości, która nie umarła, ale też nie może się spełnić. Widziałam wydmy, wydmowe trawy, suchorośla. Kawałek dalej las — może nawet sosnowy. Zapach glonów, północnego morza, kapryśna pogoda, czasami przenikliwy chłód. Port rybacki: kutry, z których wieczorem wysypują się srebrne ryby. Koty znają godziny rozładunku i dyżurują gotowe do skoku. Krążące, skrzekliwe mewy i rybitwy — im wystarczy tyle, ile zostawią koty. Tak jest w Helu. Podobnie musi być w Montauk. Jesienią, o tej porze, kiedy wszystko wraca do normy. Wyjeżdżają domagające się lodów dzieci, poirytowane kobiety i nabuzowani mężczyźni, na siłę wtłoczeni w formułę rodzinnych wakacji. Zwijają się stragany z pluszowymi foczkami, świecącymi różdżkami, biżuterią z bursztynu i pistoletami na wodę. Ani śladu po stoisku z goframi i wyprzedaży taniej książki. Wraca senna atmosfera tego miejsca, którą tylko pogłębiają pozostałości minionego sezonu. Szyld wypożyczalni gokartów i rowerów. Nieruchome karuzele na skwerze obok Polo Marketu. Podobnie wyobrażam sobie Montauk.

Powrót do Montauk. Reż. Volker Schlöndorff

Przyznaję się do motywacji mojej wyprawy. Chodzi o sprawdzanie scenerii, konfrontację krajobrazu z literacką i filmową fikcją. Historia, a raczej kilka splecionych opowieści, które poruszyły wyobraźnię, wywołały pokusę weryfikacji, nawet za cenę utraty marzeń. Dlatego w mglisty, wrześniowy poranek czekałam na autobus Hampton Jitney, który z Manhattanu miał mnie zawieźć do Montauk. „Nowy Jork jako wyzwanie — pisał Max Frisch — I HATE IT. I LOVE IT. I HATE IT. I DON’T KNOW. I LOVE IT etc.”.
Montauk to nie tradycyjna powieść, lecz strumień wspomnień, próba autobiografii. Na Long Island narrator wybiera się z Lynn, ponad trzy dekady młodszą, amerykańską ukochaną. „Prawdopodobnie i ona trochę się bała, że ten weekend może się nie udać. Starali się oszukać lęk, teraz nie jest to już konieczne”. Fragmenty ich rozmów, angielskie wyrażenia i nazwy miejsc Frisch wybił wielkimi literami. Te wtręty, gotowe frazy podkreślają obcość, nieporozumienie: oto Ameryka jako wyzwanie. Lynn, w obcisłych dżinsach, jest wcieleniem Ameryki: pociągająca i obca. Dystans wynika nie tylko z różnicy wieku i doświadczenia, z tego, że ona jest słabo oczytana. I nie chodzi o to, że on niedoskonale włada angielskim i musi zaglądać do słownika. Kiedy ona pyta o jego stosunek do sławy, on przypomina sobie sytuację w saunie, kiedy nagi sąsiad zapytał: „Czy przypadkiem nie pan Fritsch?”. Montauk to opowiadanie o niemożliwości miłości, a przede wszystkim trwania związku; możliwa jest tylko ulotna czułość. Pisarz i gibka, rudowłosa Amerykanka to „nierówna para”, którą ludzie biorą nieraz za ojca i córkę. Nie sposób nie przypomnieć sobie Waltera Fabera (który chyba już zawsze będzie miał twarz Sama Sheparda) z Homo Faber i jego namiętnej miłości do dziewczyny z końskim ogonem, która okazała się jego córką. Ale Lynn tylko mogłaby nią być, a każda wspólna sytuacja odsyła do innej historii, niezagojonego wspomnienia. Daleka, nigdy nieoswojona Ameryka, z jej obcymi szyldami, obcym stylem życia („zraszarka obrotowa przeciw zielonej nudzie”) działa jak samowyzwalacz. Poza tym on myśli jak pisarz, eseista, a może po prostu ktoś, kto wiele przeżył: „Tam, gdzie gęstwina się przerzedza, widać okolicę: wygląda swojsko, chociaż nigdy w życiu tu nie był. To nie Grecja, zupełnie inna roślinność. Mimo to myśli o Grecji, potem znowu o Sylcie”.

Montauk

W miejscu, gdzie „nawet błękitne niebo wygląda jak wypielęgnowane”, na ekran wyobraźni cisną się wspomnienia. „Ingeborg Bachmann, pani naprawdę nie musi tego oglądać” — od tych słów zaczęło się ich pierwsze spotkanie, które zaważyło na życiu obojga pisarzy. Pisarz wspomina także żonę, która przyszyła mu guzik do marynarki, oraz pierwszą narzeczoną, „Żydówkę z Berlina” — własne tchórzliwe zachowanie, którego później nie umiał sobie wyjaśnić. To była „młodzieńcza miłość pod przemożnym naciskiem sumienia”. Zawód, jaki wówczas sprawił, stał się początkiem autobiograficznej legendy, którą pisarz opowiada sam sobie. Był to pierwszy z serii związków, które mogły skończyć się tylko gorzko, rozczarowaniem. Na leżaku obok Lynn pisarz myśli o innych miejscach i innych kobietach. Wspomnienia są nachalne, powracają jak uderzenia fal, nie pozwalają na prostotę relacji: w podwójnym znaczeniu, związku dwojga ludzi i snucia narracji: „W samochodzie (Lynn prowadzi) dociera do niego, o czym myślał w butiku: Chciałbym ten dzień opisać, tylko ten dzień, nasz weekend i jak do tego doszło, jak będzie dalej. Chciałbym móc opowiedzieć, niczego przy tym nie zmyślając. Czysta postawa narratora. Dlaczego właśnie ten weekend?”.
„Imię Lynn nie będzie oznaczało winy” — z ulgą zauważa narrator Montauk. To samo zdanie Frisch powtórzył w Szkicach do trzeciego dziennika i dodał: „Czy imię Alice będzie oznaczało winę?”. W maju 1974 roku Max Frisch i Alice Locke Carey spędzili weekend na Long Island. Zatrudniona u amerykańskiego wydawcy Frischa młoda kobieta towarzyszyła mu na spotkaniach autorskich i w spacerach po Nowym Jorku. Miała płowe włosy. Trochę zagubiona, szukała własnej drogi; on był słynny, pewny siebie, płacił za wszystko i czuł się odpowiedzialny nawet za pogodę. Montauk było dla niej niespodzianką: książkę znalazła w skrzynce pocztowej. Żmudnie brnęła przez niemieckie zdania. W pierwszej chwili była zszokowana i urażona: dotknięta w swojej intymności, rozpoznawała wyjęte z kontekstu, własne wypowiedzi. Po pewnym czasie zrozumiała: to nie jest nadużycie, na jakie pozwalają sobie pisarze. Wszyscy opowiadamy własne życie — innym i samym sobie.

Montauk

Postanowili, że romans nie będzie miał dalszego ciągu. Nie dzwonić i nie pisać. Ale złamali umowę, korespondowali. Ponownie się spotkali, kiedy Frisch przyjechał do Nowego Jorku w 1980 roku. Byli razem przez trzy lata, „lata Alice”, jak nazywał je pisarz. Jej dedykował Szkice do trzeciego dziennika. W Montauk nadal stoi hotel Gurney’s Inn, gdzie wtedy się zatrzymali. Stoi też zielony Memory Motel. Wszystko jest tutaj cytatem — zauważył Volker Weidermann, dziennikarz „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, który namówił Alice Carey na „powrót do Montauk” po 35 latach. Chwilami miał wrażenie, że ten „powrót” jest może silniejszy i bardziej sentymentalny dla niego, czytelnika, który przeżył Montauk tylko przez pryzmat literatury. Jest w tym pewna buta; ale czytelnik również „był tam naprawdę”, wielokrotnie wracał w wyobraźni, budował scenerię i klimat. Redagował i poprawiał. Odwiedzanie miejsc, które miał w głowie, jest poniekąd zbędne, grozi rozczarowaniem: to w pewnym sensie rozrywka dla ludzi bez wyobraźni, jak zwiedzanie „domu Sherlocka Holmesa” przy Baker Street. A jednak także ja przyjeżdżam do Montauk z bijącym sercem. Nie jestem pewna, czego tu szukam. Chciałabym zobaczyć, jak to wygląda naprawdę. Na dowód, że to miejsce naprawdę istnieje, w sklepiku z pamiątkami muszę kupić drobiazg z napisem „Montauk: The End”. Może chodzi o coś więcej: uchwycenie styku rzeczywistości i wyobraźni, która stwarza obrazy. Wyobraźni literackiej i filmowej; mojej, Frischa, Schlöndorffa i przyjaciela, z którym o tym wszystkim rozmawiałam. „Plaża ciągnąca się milami, nie widać, gdzie się kończy, po obu stronach gubi się w mlecznoliliowym świetle oparów. Mimo wiatru jest niemal gorąco. Na piasku stoją dwa leżaki z wypłowiałymi poduszkami, żadnych innych nie widać jak okiem sięgnąć; do kogo należą? Jak okiem sięgnąć — żywego ducha”. Do kogo należą te leżaki? Tylko do mnie, we wrześniu 2018 roku, kiedy na plażę w Montauk przynoszę własne wspomnienia, historie, własne miłości. Kiedy krajobraz jest cytatem, a zarazem należy tylko do mnie: wówczas, kiedy zagłębiam się w lekturze, i teraz, kiedy autobus Hampton Jitney wyrzucił mnie na przystanku w Montauk. Miasteczko jest jak Hel, ale też zupełnie inne (jak Sylt, jak Grecja — wyobrażał sobie Frisch). Mr John’s Pancake House to dla mnie wzorcowa amerykańska gospoda, gdzie bez słowa stawiają przede mną szklankę wody z lodem. Kanapka z krabem, zaraz za Main Street morze „perłowoszare” dziś, tak samo jak czterdzieści lat temu.

Montauk

Adaptacja Schlöndorffa jest z założenia niewierna. Zresztą nie mogło być inaczej: opowiadanie Frischa meandruje, brak w nim ciągłości narracji. Reżyser zmienił jednak nawet charakter wycieczki do Montauk: to nie jest późna, lekka miłość, która uruchomiła tryby pamięci. Filmowy pisarz Max Zorn (jego nazwisko jest znaczące, oznacza „złość”) przyjechał do Nowego Jorku na spotkania autorskie. Towarzyszy mu Claire — wierna, odpowiedzialna, pół żona, do której przyjeżdża i od której ucieka, unikając pełnej odpowiedzialności. Ale do Montauk Zorn wybiera się z Rebeką — dawną ukochaną. To powtórzenie wycieczki sprzed lat, powrót do uczucia, które się nigdy nie zabliźniło. Obcesowość pisarza i lodowaty dystans ukochanej, która zatraciła się w karierze — to strategie obronne, które pozwalają ciągnąć dalej, funkcjonować, wbrew i pomimo porażki. „Ja sam popełniłem wszystkie błędy Maksa” — przyznaje reżyser. W zadufanym, pewnym siebie, aroganckim Maksie, jak w krzywym zwierciadle, oglądał siebie. Przyznaje, że w filmie jest też ślad jego dwudziestoletniego małżeństwa z reżyserką Margarethe von Trotta, która pojawia się nawet w krótkiej scenie w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej. Katastrofa jednego związku nie znaczy, że udało się zbudować inną relację. W rozmowie dla „Die Zeit” Schlöndorff wyznaje, że filmy, sztukę tworzy się z potrzeby bycia kochanym. I z narcyzmu, miłości skierowanej do samego siebie.

The Affair

W noweli Frischa to nie Lynn broni się przed wykorzystaniem ich romansu: jest na to zbyt młoda i niewinna, zbyt słabo zna się na literaturze. „Nie żyłam z Tobą po to, żeby Ci posłużyć za materiał literacki, zabraniam Ci o mnie pisać” — to mówi Marianne, druga żona Frischa, która w rzeczywistości również toczyła z mężem długi (i upubliczniony) spór o granice pomiędzy literaturą a prywatnością. Trudno sobie wyobrazić, by scenarzyści serialu The Affair nie znali opowiadania Frischa. Trudno uwierzyć, by zbieżność wątków, motywów była przypadkowa. Nie tylko dlatego, że tematem serialu jest miłosny wielokąt i pytanie o możliwość długotrwałego związku opartego na romantycznej miłości. Chyba też zbyt wielkim uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że ocean w Montauk podpowiada opowieści bez happy endu; wysokie fale, raj dla ekstremalnych surferów, budzą poczucie zagrożenia, niepokój, przywołują złe sny („MONTAUK BEACH. Nigdy nie próbowałem na serio popełnić samobójstwa” — pisze Frisch; nie na serio także nie. Często jedynie, w każdym okresie swojego życia, o tym myślałem. Jak specjalista dostrzegam tu i ówdzie praktyczne możliwości”). Być może „praktyczne możliwości” dostrzegli również autorzy serialu: dwuznaczny klimat tego miejsca: jasnej, ciągnącej się kilometrami plaży, z zapleczem lasu, zarośli, pustkowia. Sink back into the ocean — jak śpiewa w czołówce filmu Fiona Apple — te fale pobudzają lęk i wyobraźnię. Mała miejscowość, gdzie poza sezonem wszyscy się znają. Harmider wywołują letnicy. Życie w rytmie pogody, w sieci lokalnych zależności zostało przeciwstawione „wielkiemu światu”, oddalonej o dwie godziny metropolii. „Zamieszanie” w tej rzeczywistości wywołuje pojawienie się pisarza, mężczyzny w sile, czy raczej na przełomie wieku, w kryzysie, dla którego nie ma wyraźnego powodu. Ale jest to zarazem ktoś, kto przeżywa świat poprzez opowiadanie — sobie i innym. Poprzez snucie historii. Oto mężczyzna, któremu nic nie dolega, ale pisarz, który cierpi. Wzmożenie rzeczywistości, fala uczuć, uruchamia mechanizm opowiadania. Alisson (podobnie jak Lynn Frischa) nie jest człowiekiem lektury. Nie zastrzegła swojej prywatności, nie przyszło jej do głowy, że jej najintymniejsze doświadczenia mogą zostać przełożone na opowieść. I podobnie jak rzeczywista Alice Carey poczuła się dotknięta, rozpoznając się w książce Noah. Zobaczyła, jak wszystko to: prawdziwe, a zarazem uformowane i ubarwione, zostało jej skradzione, należy już tylko do Noah i jego literackiej rzeczywistości. Liczą się nieprawdziwa Alison czy Alice / Lynn, ich ciała, słowa i intymne westchnienia. Zostały przywłaszczone, uwiecznione, a zarazem zdradzone na rzecz fikcji.
„Znajduje kawałek drewna i rzuca go, daleko przed siebie. Jest zadowolony, kiedy nie zastanawia się, o czym myśli, i kiedy grzywy fal, płytka spieniona woda i piasek, nikogo mu nie przypominają. Chciałby nie wyjść poza chwilę obecną. Drugi raz podnosi kawałek drewna, który tymczasem znowu osiadł na piasku, i drugi raz rzuca przed siebie. Chciałby tylko patrzeć”.

ANNA ARNO

ANNA ARNO ur. 1984. Ukończyła historię sztuki w Institute of Fine Arts, New York University. Laureatka Nagrody „Zeszytów Literackich” za debiut. Ogłosiła Niebezpieczny poeta. Konstanty Ildefons Gałczyński (Znak), Okna (Zeszyty Literackie), Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker (słowo / obraz terytoria), a ostatnio tom opowiadań Ten kraj (Wydawnictwo Literackie). Nakładem wydawnictwa Iskry wkrótce ukaże się jej biografia Konstantego A. Jeleńskiego.


Zobacz także