ADAM SZCZUCIŃSKI, Serce

Jeszcze w XV‑wiecznej Wenecji głównym środkiem transportu na terenie miasta były nie łodzie czy gondole, lecz konie. Dziś trudno w to uwierzyć. Gdy siedząc na hotelowym łóżku, rozcieram zmęczone całodziennym marszem stopy, zazdroszczę trochę dawnym jeźdźcom. Wyobrażam sobie Wenecję sprzed lat: z drzewami na placu Świętego Marka (był tu kiedyś przyklasztorny ogród), z drewnianym mostem Rialto, placami deptanymi przez świnie i ptactwo, ciemnymi, błotnistymi zaułkami rozświetlanymi jedynie przez gwiaździste niebo. I z miejscem kaźni pomiędzy kolumnami na Piazzetcie (przemknęła mi myśl, że jeśli poddać się egzekucji, to tylko tu, z widokiem laguny i San Giorgio Maggiore pod powiekami, ale myśl ta szybko przyjęła barwę wora zarzucanego na głowę skazańca z nieodzownym zapachem lęku i krwi).

Podróżny zainteresowany historią miasta może w dowolny sposób układać szlaki wędrówek śladami wybitnych postaci (kompozytorów, malarzy, architektów czy pisarzy — proponuję szlak Josifa Brodskiego), lecz także intrygujących zdarzeń, arcydzieł sztuki — pomagają w tym liczne przewodniki, książki o sekretach Wenecji wskazujące nawet miejsca, gdzie straszy. Możemy zobaczyć średniowieczne przejście zwieńczone łukiem, pod którym na pewno przechodził największy z weneckich podróżników Marco Polo — Corte Seconda del Milion w pobliżu kościoła S. Giovanni Crisostomo (przezwisko „Milion”, jak relacjonuje Norwich, przylgnęło do Marco Polo z powodu zarzucanej mu przesady — współczesnym trudno było uwierzyć w niezwykłe historie, jakie opowiadał), biały kamień wyróżniający się z bruku drogi prowadzącej do kościoła San Pietro w miejscu spotkań doży z patriarchą Wenecji czy grób Katarzyny Cornaro, królowej Cypru, pani Asolo, w kościele San Salvador blisko mostu Rialto. Wśród moich ulubionych „weneckich sekretów” jest pewne graffiti przypominające naskalny rysunek w jaskini, pamiątkę po zapomnianych przodkach. Przy wejściu do dawnej Scuola Grande di San Marco na ścianie po naszej prawej stronie tajemniczy twórca wyżłobił w kamieniu postać mężczyzny w turbanie trzymającego w dłoni ludzkie serce (oddane tu z zadziwiającą dokładnością, z widoczną koroną naczyń). Rysunek umieszczony jest dość nisko, trzeba się schylić, by go dostrzec — zupełnie jakby artysta tworzył go, na wpół leżąc. Po drugiej stronie portalu widnieją jeszcze wyryte weneckie galery. Legenda przypisuje autorstwo rysunków rzeźbiarzowi pracującemu wcześniej przy ozdabianiu fasady budynku, Cesco Pizziganiemu. Rzeźbiarz stracił majątek, próbując ratować ciężko chorą żonę, a po jej śmierci zamieszkał tu, przed bramą Scuoli (łatwo wyobrazić sobie okruchy jedzenia w jego długiej brodzie). Legenda mówi dalej, że artysta był świadkiem niezwykłego zdarzenia, które postanowił uwiecznić na ścianie budynku. W tę część opowieści trudno mi jednak uwierzyć. Żył podobno w Wenecji pewien mężczyzna — nie znamy jego imienia — którego ojciec był lewantyńskim Żydem, obywatelem tureckim, matka zaś Wenecjanką. Tenże porywczy człowiek w turbanie (brutalność jego natury tłumaczono złożonym rodowodem) w dzikim szale zabił kochającą go matkę, wyrywając jej serce. Biegł potem ulicami miasta, szlochając głośno, aż wpadł na plac przed bazyliką SS. Giovanni e Paolo, gdzie potknął się o krawędź bruku lub o stopień kamiennego mostu i wypuścił krwawiące serce z rąk. Szlachetny matczyny narząd wydał z siebie zatrwożony głos, pełen niepokoju o los syna. Tego już było jednak za wiele — tragiczny matkobójca utopił się z rozpaczy w wodach laguny. W tę część opowieści, jak już wspomniałem, trudno mi jednak uwierzyć.

A może człowiek w turbanie to lekarz, pierwszy transplantolog, naukowiec badający zagadkę życia? Szukał w tym sercu prawdy, duszy, a znalazł tkankę, mięsień? W Historii Wenecji Norwicha czytamy, że „już w 1335 roku rząd w pełnym wymiarze godzin zatrudniał 12 lekarzy chirurgów, których — tak samo jak wszystkich innych licencjonowanych medyków — prawo zobowiązywało do corocznego uczestnictwa w kursach anatomii uwzględniających między innymi sekcje zwłok”. I dalej: „lekarze mieli zakaz opuszczania miasta w czasach zarazy, a także obowiązek przypominania pacjentom — najpóźniej podczas drugiej wizyty — by dokonywali rachunku sumienia i doglądali swych doczesnych dóbr. Miało to zmniejszyć liczbę osób umierających bez testamentu”. Zawsze zaradna Republika. Dziś człowiek w turbanie z sercem w dłoni strzeże wejścia do weneckiego szpitala. Jak pisał Josif Brodski — „do tego, jakimi będziemy na wieki, lepiej przywyknąć w dzisiejszym dniu świata”.

ADAM SZCZUCIŃSKI

ADAM SZCZUCIŃSKI ur. 1978. Lekarz. Stale w „Zeszytach Literackich” od nr 73, autor tomu szkiców Włoskie miniatury (ZL). Laureat Nagrody „Zeszytów Literackich” za debiut. Członek zespołu redakcyjnego „Zeszytów Literackich”.


Zobacz także