MARIA STAUBER, Musisz tam wrócić

Musisz tam wrócić

Staniesz, Lusiu, pewnie zadziwiona, że to miejsce nadal istnieje, bo w twojej wyobraźni już go dawno nie ma. Ludzie rodem z Równego mówili: „Tam nie ma po co jechać”, „Tam nic nie zostało”. My musimy tam stale wracać, jakby w tych kilku latach zamknął się nasz los, nie tylko twój, Szulamit, Lusiu, Ludwiko, Ludmiło, obojętnie jak cię zwali, bo imię jest tylko imieniem, a ważna jesteś ty, tak ciągle wypełniona wielką wolą życia. Nawet jeśli nasz powrót jest tylko ruchem wyobraźni, jeśli płynie zaledwie lekkim obłokiem pomiędzy nami, przyrzekam ci, mamo, że będziemy stąpać ostrożnie, na czubkach palców, omijać z daleka miny bólu, trzęsawiska niedopowiedzeń. Muszę tam wracać, przez te wszystkie lata nieustannie wygłodzona każdego szczegółu, odtworzyć wszystko, co miało już nigdy nie istnieć, co znikło w jednej chwili, i wypełnić białą plamę milczenia. Tak będzie lepiej. Miasto Równe nie miało nigdy opinii szczególnie urodziwego, nie było się czym chwalić, domy nie miały wyraźnego charakteru, zabudowa niedbała i ten urbanistyczny nieład pozostał. Centrum miasta odbudowano, w fantazyjnym stylu i w pastelowych kolorach. Wśród socjalistycznych blokowisk zachowały się wyrwane z czasu fragmenty dawnych uliczek i zaułków, nawet drewniane chaty z ogródkami. Stoją — mimo licznych bombardowań — poczta, sąd wojewódzki, kościół, który stracił co prawda dwie wieże, ale wygląda dostojnie, i wielka bulwiasta, pomalowana na jaskrawą żółć cerkiew. Ostał się nawet kadłubek synagogi przy dawnej ulicy Szkolnej.

Widzę cię, Lusiu, jak tam biegniesz z rozwianymi włosami, gdzieś się spieszysz. Może myślisz, że da się jeszcze zatrzymać czas, ulepić wszystko od nowa, inaczej. Może po to biegniesz, żeby ten czas od nowa przeistoczyć? Tak chciałabyś, żeby wszystko potoczyło się jeszcze raz, inaczej, od początku. Potem stajesz nagle jak wryta na środku ulicy, która zwała się kiedyś Główną, następnie 3 Maja, a teraz jest to Soborna. Ulica przecina z północy na południe całe miasto, widzisz z daleka Grabnik ze swoimi eleganckimi domami, dalej spływa nieomal w dół do mostu nad płytką rzeką Uście, mija robotniczą Wolę, aż do koszar. Idziesz coraz szybciej w dół miasta, widzisz wejście do parku Lubomirskich, pełnego teraz żółtych jesiennych liści, bramę Wołyńskich Targów, która jeszcze nierozmontowana stoi tu od lata. Tu mieszkacie jak ci wszyscy, skądś przybyli, skądś uciekli, każdy inny, Polak, Żyd, Niemiec, Rusin, Ormianin. Tu mówicie w różnych językach, piszecie alfabetem łacińskim, bukwami cyrylicy, literą hebrajską i w tej różności wszelakiej, która zgrupowała się na kilku hektarach Równego po okropnych wojennych czasach i pogromach, żyjecie sobie całkiem spokojnie.

Widzę, jak twój tata Łazarz prowadzi cię teraz za rękę. Masz wielką bordową kokardę we włosach i welurową bluzkę z wyhaftowanym przez starszą siostrę kołnierzykiem. Macie zwiedzić Targi Wołyńskie. Zaraz za pierwszymi drewnianymi pawilonami tata pokazuje ci wysoką biało‑czerwoną — jak wasza flaga — morską latarnię. Morze jest stąd bardzo daleko i dzieci nie wiedzą, co to jest latarnia morska, dlatego tata ci objaśnia. On widział takie latarnie w Odessie nad Morzem Czarnym. Na wołyńskich targach wrze handel, Równe sprzedaje tu swoje wyroby rolne, owoce płodnych czarnoziemów, zboża, nasiona, chmiel, tytoń, konopie, owoce, bo Wołyń jest teraz spichlerzem Polski. Najzabawniejsze dla ciebie są żywe konie i gdakające kury, ryby i raki z pobliskich stawów. Próbujecie tam pysznych owocowych kompotów, dżemów z jagód, przymierzacie dla zabawy wielkie kożuchy, dobre na mroźne wołyńskie zimy. Na targi zjeżdżają się do was handlowcy z całej Polski — z Krakowa, ze Lwowa, nawet ze stolicy, z Warszawy — i odsprzedają Wołyniowi towary przemysłowe: nawozy, narzędzia, maszyny, samochody, motocykle, aparaty fotograficzne, ubrania, książki i czasopisma. Tata się waha, czy kupić sobie narty produkowane w pobliskim Krzemieńcu, przydałyby się, żeby zimą przemierzać lasy, kiedy jedzie do dworu księcia Giedroycia, a może rakietę tenisową; zawsze marzył, żeby grać w tenisa, a nie było czasu na takie rozrywki. Jeszcze bardzo długo ogląda nowoczesne piły do cięcia drzewa. To był cudowny dzień, bo tata kupił dla ciebie rower i będziesz odtąd na nim przemierzać miasteczko Równe i jego okolice pełne łanów zboża, brzozowych lasków, stawów, aż do jeziora w Basowym Kącie. Tam w pobliskiej rzece nauczysz się pływać.

Kiedy wracacie, mama wyciąga w twoim kierunku kościany grzebyczek.

— Uczesz się, błagam. Wyglądasz jak rozczochrana Halucka. Jak te zaniedbane pionierki Halucim, które wybierają się do Palestyny, ich przyszłej ojczyzny, a teraz uczą się płodozmianu, zasiewu i pielęgnacji drzew, bo tam będą wkrótce sadzić pomarańczowe gaje — pardes, osuszać bagna, zakładać nowe kibuce i budować na wydmach nadmorskie, modernistyczne miasto Tel Awiw.

Po córkach Blumy nie miało być widać, że są Żydówkami. W zakładzie fotograficznym mama sfotografowała cię, Lusieńko, dziewczynko z bardzo ciemnymi oczyma, jako małą Cyganeczkę w białych skarpetach i chustce z frędzlami, zawadiacko umieszczonej na główce. A na odwrocie ty kulfonami, ale za to po francusku, bo posłano cię do francuskiego przedszkola, napisałaś do cioci, Weissberg, siostry ojca w Palestynie: Souvenir — Lucia.

Twoja mama Bluma nie lubiła tego miasta, według niej prawdziwego grajdołka. Zatrzymaliście się tu przecież przypadkiem i odtąd przypadek zawsze już będzie rządził twoim życiem, Lusiu Gelmont, magnetyczna igła przypadku, która się chybocze przez moment, aż wreszcie ustawia niespodziewanie na jakimś miejscu, na spotkanym przypadkowo człowieku. Nigdy nie podawałaś w wątpliwość słuszności tych wyborów, przypadku czy przeznaczenia, uważałaś, że skoro tak się dzieje, to tak miało być i tak jest najlepiej, za tym trzeba iść. Nie oznaczało to wcale braku woli czy chęci do działania. Więc nawet jeśli Bluma, twoja matka, sto razy powtarzała, że nie znosi tego miasta, ty w końcu nic nie miałaś przeciwko, może przeczuwałaś już, że stąd wyjedziesz, że los kolejnym powiewem silnego wiatru przeniesie cię gdzieś dalej. I tu po prostu masz żyć jeszcze kilka lat […].

Wszędzie w Równem wyrastają teraz niewysokie murowane domy, brukuje się piaszczyste ulice, jeszcze niedawno pełne błota, jest już elektryczność i kanalizacja, powstała nowoczesna poczta (twoja siostra Mania mówi, że zaprojektował ją jej przyjaciel architekt Misza Ptic), elektrownia, osiedla mieszkaniowe. Na pobliskich terenach terkoczą tartaki, młyny, siarkownie. Są trzy szpitale, w tym jeden żydowski, piętnaście szkół powszechnych, szkoły handlowe, Gimnazjum Kupieckie Polskiej Macierzy, gimnazjum ukraińskie, rosyjskie, hebrajskie organizacji Tarbut i polskie państwowe Gimnazjum Kościuszki przy Dubieckiego. Tyle różnych narodowości, mówi się teraz, że Polska jest tyglem narodów. Od czasu jak wybudowano u was tory kolejowe, stacja leży zaraz niedaleko rzeki, pociągi z parową zadyszką przecinają Równe z Rygi i Wilna do Lwowa i Bukaresztu, z Zachodu z Warszawy i Lublina na Wschód do Kijowa i Odessy.

W każdy poniedziałek — dzień targowy. Ze wszystkich okolicznych wiosek poprzez lasy dębowe zjeżdżają się na wozach, na kopcach słomy i siana ukraińscy chłopi. Wjeżdżając z samego rana do miasta, śpiewają pieśni ludowe. Na targu ustawiają się baby w białych chustkach, kręcą się wszędzie żydowscy tragarze czekający na rozładunek i przenoszenie towarów, woziwody z wiadrami na drągu. W tym tłoku, przepychaniu słychać nawoływania w różnych językach sprzedawców, prychanie koni, krzyki klientów okradzionych przez kieszonkowców. Zdarza się, że chłopi ukraińscy próbują zakończyć dzień handlowy, po porządnej pijatyce, okrzykiem: „Bić Żydów!”. Zanim dotrze tu policja, silni żydowscy tragarze uspakajają pijanych gojów, aby nie dopuścić do rozlewu krwi.

Ty, Lusieńko Gelmont, chodzisz często teraz do Składu Aptecznego Sandbergów, do koleżanki Zuzanny Gincburg. Ona też przyjechała z Kijowa i też nie ma ojca, bo twój tata nagle umarł, a jej tata Szymon Gincburg wyjechał gdzieś daleko, chyba do Niemiec. Ponoć był niezłym oryginałem i w Równem nie mógł sobie znaleźć miejsca, zresztą miał większe ambicje. Zuza ci opowiada, że on jest aktorem i posyła jej kartki i plakaty z samej Ameryki, gdzie się teraz nie nazywa już Szymon ani Szalom, lecz Senia Gardeni. Zuza czeka na niego, myśli biedna, że jej tata wróci, a z tymi kartkami to też nie wiadomo. Widziałaś jego zdjęcie, bardzo przystojny, w szarym prochowcu, pod pachą trzyma laseczkę, tak jakby miał za chwilę zacząć nią w tańcu wywijać. On chyba już z tej Ameryki nie wróci, kto by tam z Ameryki wracał, wszyscy tam chcą przecież jechać. Chociaż twoja mama Bluma chyba wolałaby Paryż, ona najbardziej marzy o Paryżu. Pariż, Pariż. Mama Zuzy Cunia, mała, urodziwa kobieta z wielkim biustem, podobno ma wyjść teraz za mąż za inżyniera chemika, specjalistę od drożdży Wilhelma Rotha, który prowadzi w Równem browar, skąd do sklepu przynosi pękate buteleczki piwa z porcelanowym kapslem. Na butelkach widnieje wydmuchana w szkle wypukła nazwa „Bergschloss”, a poniżej dumnie „Równe”. Zuza mieszka więc teraz u babci Chai Sandberg w murowanym domu nad jej składem aptecznym (to taki rodzaj drogerii), przy głównej ulicy Równego. Na domu wisi szyld: „Skład Apteczny Sandberga. Równe 3 Maja 132. Ozdoby choinkowe, nasiona, kosmetyki, wody kolońskie, środki lecznicze, galanteria, zabawki, przybory fotograficzne. Ceny niskie”. Oczywiście szyld bardzo zachęcający do wejścia. Ale, ale… nie można się pomylić, bo przy tej ulicy jest teraz dużo innych składów aptecznych. Jest Halański przy 3 Maja 8, Bulba przy 3 Maja 35, Elbojm przy 3 Maja 169, Nimiec pod 72, Perelman pod 212, Sucharczuk pod 98, Witels i Rubin pod 266, Mekel pod 171. To prawda, ulica jest długa, ale konkurencja wielka. Równe to teraz bardzo handlowe miasteczko. Dosłownie prawie w każdym domu przy głównej ulicy jest jakiś sklep. Kiedy idziesz do Zuzy, mijasz zawsze fabrykę wody sodowej, banki Handlowy, Ludowy i Kupców, mijasz sklep elektrotechniczny Izraela Feigiela, ambulatorium weterynaryjne, towarzystwo naftowe Galicja i biuro notarialne Adamczewskiego.

Z Zuzą, jej cioteczną siostrą z Wilna Lidką Nogid i z innymi koleżankami jeszcze z francuskiego przedszkola uwielbiacie biegać po galeryjkach tego starodawnego sklepu. Nieźle się tu wygłupiacie.

— Te Szoszana — wołasz do Zuzy.

— Te Szulamita — ona też nazywa cię twoim hebrajskim imieniem i śmiejecie się z tego do rozpuku. Lokal jest duży, ciemny, pełny drewnianych wysokich półek. Na pierwszym piętrze jest pięciopokojowe mieszkanie z kominkami, do którego można wtargnąć z galeryjki. Stoi tam dużo ciężkich mebli z modrzewia, idealnych do zabawy w chowanego, bo można się łatwo ukryć za jakąś komodą, fotelem, kozetką, choć nie na długo, bo strasznie pachnie lekarstwami i wilgocią. Tyle mają Sandbergowie mebli, że wygląda, jakby oni tu mieszkali od stu lat. Na dole kołysze się w bujanym fotelu siwy dziadek Abraham z wielką białą brodą, ale on już mało słyszy. Mimo to kiedy pobrzękuje dzwonek u drzwi wejściowych, zaraz pokazuje palcem. Dzwonki wejściowe mieszają się z dzwonkiem srebrnej kasy obsługiwanej osobiście przez babcię Chaję Sandberg. Niektórzy tytułują ją Madame Klara albo jej panieńskim nazwiskiem Madame Glikman. Siwa pani lekko po sześćdziesiątce jest bardzo energiczną i mądrą osobą, która cały skład prowadzi, natomiast jej mąż Abraham głównie pilnuje worków z cukrem, które tu na wypadek wojny postawił, choć cukier już dawno zżółkł. Na razie nikt nie myśli o wojnie, interesy idą świetnie, Chaja pilnuje towaru i kręcących się subiektów, mała Chawka przyjęta przez Sandbergów z domu dziecka przegania gromadzące się dzieci, a młoda sprzedawczyni Sara przekrzykuje całą tę wrzawę i posługując się specjalnym szyfrem po rosyjsku, bo po polsku mówią one słabo, woła do Madame Sandberg: „Tri mjakij znak dla tiebia”. A Chaja przez cały sklep odkrzykuje: „Pradaj. Sprzedawaj!

Chana Nogid — druga córka Sandbergowej, mama Lidki — czy Anna, jak ją z polska wszyscy tu nazywają, wpada często z Wilna sama lub ze swoim mężem Baruchem. Anna jest uroczą, delikatną blondynką z niebieskimi oczyma, bardzo elegancką, bo suknie przywozi z samego Paryża. Tego roku jest moda na sukienki z żorżety. Jej suknia ładnie podkreśla ramiona, biust i wcięcie w talii. Chana nosi mały kapelusik zawadiacko nałożony na fryzurę z krótkich włosów, spod którego wystają długie kolczyki. Na dekolcie ma naszyjnik z czarnego onyksu, na nogach pantofelki na koturnach. Dla was, dziewczynek, przywiozła nawet paryskie żurnale mody z rysunkami i wy je uważnie studiujecie. W tym roku królują bardzo wąskie spódnice, bluzki z długim kołnierzem, wstążkami albo przymarszczeniami. Twoja mama Bluma spróbuje ci uszyć coś w tym stylu, choć w skromniejszej wersji, a ciotka Zuzanny Anna obiecuje, że następnym razem coś i dla was przywiezie. W Równem jest dużo sklepów z ubraniami damskimi, z galanterią, ale nie dorównują zupełnie temu, co Anna przywozi z Paryża i sprzedaje w Wilnie.

Naprzeciw na przykład jest sklep tkanin i wyrobów włókienniczych z wielkim napisem „Bławat”, który prowadzi dobrze znana w mieście i okolicach Perła Goldenberg. Tkaniny na poszwy i prześcieradła, obrusy, białe tkaniny na koszule do bar micwy, jedwab na ubrania rabinów, a nawet specjalny materiał na modlitewne tałesy. Ale u Perły kupują też solidne tkaniny do pracy ludzie ze wsi, robotnicy, leśnicy, są materiały dla dzieci i czarne na sukienki dla gospodyń domowych. Perła Goldenberg specjalizuje się przede wszystkim w białych jedwabiach na sukienki i welony ślubne. Kiedy żydowska dziewczyna z Równego chce wyjść za mąż, Perła zamawia u najlepszych fabrykantów wspaniały jedwab i aksamit, a żydowskie matki ciułają grosze, by — gdy przyjdzie czas błogosławiony — mogły zakupić u Perły wszystko, co do ślubu córki potrzeba. Ona zawsze się wypytuje, kim jest pan młody, jakie to są rodziny i kiedy odbędzie się ślub, i od razu wie, jakie ma zamówić materiały, a gdy brakuje pieniędzy, rozkłada je na kredyt płacony w małych ratach. „Nie martw się, z Bożą pomocą wszystko zostanie wypłacone”, mawia, bo Perła to dobra kobieta i dobra kupcowa.

Przed sklepem Perły Goldenberg często przystaje orkiestra klezmerów, może tu zaraz jakiś angaż na wesele znajdą, a są równie słynni jak ci z Berdyczowa, muzykanci z ojca na syna i zgrani jak dobra rodzina. Mosze, pobożny Żyd z długą brodą, i jego syn Chaim na skrzypcach, Josel na altówce, Berek na trąbce, Mosze Bar na klarnecie, a Izaak gra na flecie. Menachem komik, w ubraniu chłopskim, w słomkowym kapeluszu i w chłopskiej rubaszce, w sandałach z kory opowiada soczyste dowcipy i ukraińskie opowieści. Kiedy Chaim gra samotnie na skrzypcach z zamkniętymi oczami, z głową przechyloną na bok, rzewne melodie, to chce się płakać, ale trzeba przecież rozweselić biesiadników, więc przechodzi wnet na skoczne i wesołe melodie, żeby można było tańczyć i się radować.

Wkrótce Cunia Sandberg, mama Zuzy, z nowym mężem chemikiem mają z Polski wyjechać. Jej sparaliżowany ojciec Abraham okropnie się tym wszystkim złości i krzyczy na cały sklep: „A szlag zol dich trefni” — niech cię szlag trafi — „Tzirel”, bo nie mówi na nią Cunia jak wszyscy ani Cecylia, tylko Tzirel, co ją jeszcze bardziej złości, więc ona macha zniecierpliwiona ręką i wychodzi, trzaskając ciężkimi drzwiami.

Przed samym wyjazdem do Kordoby w Hiszpanii Cunia bierze wiersze Sany do Warszawy, żeby tam pokazać Tuwimowi, jaką ona ma zdolną córeczkę, jakie piękne ona pisze wiersze. Do Polski wrócą jeszcze tylko dwa razy przed wojną na wakacje. Jako Czech Wilhelm oczywiście zna się świetnie na produkcji piwa, ale w Hiszpanii będzie chyba musiał zmienić resort i przerzucić się na wino. Może nawet będzie musiał zmienić imię na bardziej swojskie hiszpańskie. Wilhelm jest zdolnym chemikiem, nie ma sprawy, tylko jest mały kłopot, bo to goj, i to też bardzo jej ojcu się nie podoba. Czy Cunia przechrzci się pod wpływem męża? Chyba tak, bo ich grobowiec w Pampelunie znalazł się na katolickim cmentarzu. Na razie jej córka, jedynaczka, zwana różnie: Zuza, Zuzanna, Szoszana, Sana, Ginzburg, Gincburżanka, a w końcu później Ginczanka, która nie ma już ojca, a teraz traci matkę, ma pozostać u babci w Równem. Może nawet chce zostać, a może jej nikt nic innego nie proponuje. Szczęśliwie jej babcia Chaja Sandberg niezwykle kocha Sanoczkę, swoje największe szczęście. Sana ma wszystko, czego dusza zapragnie, w dodatku jest prześliczna, wyrasta na piękną pannicę. Zresztą z babcią Chają jest zawsze ciekawie i wesoło.

Pod wieczór babcia elegancko wystrojona w asyście swoich dwóch wnuczek Sany i Lidki przyjmuje gości. Wszystko dzieje się w zaczarowanym kręgu równieńskiego mieszczaństwa, gdzie wszyscy się znają i krzyżują. Plotki, skandale. Aptekarz w czarnym paltocie z kołnierzem pokrytym aksamitem gra w szachy z doktorem, do którego wzdycha mecenasowa. Coraz to ktoś wypada do pobliskiego sklepiku Chasi Charszat po śledziki na zakąskę dla tych, którzy wolą wypić coś konkretnego. Przy akompaniamencie pianina śpiewa się razem modne w stolicy szlagiery: „Już taki jestem zimny drań. I dobrze mi z tem bez dwóch zdań”. Okazuje się, że zimni dranie podobają się kobietom, co wydaje się wam, młodym dziewczynom, dość zaskakujące, zwłaszcza w ustach takiego idola jak Eugeniusz Bodo. Bo teraz chodzicie często do kina Zafran. Oglądacie filmy, najchętniej o miłości, z Mankiewiczówną, Hanką Ordonówną, Jadwigą Smosarską. Do Równego przyjeżdżają też teatry objazdowe i ostatnio widziałyście Księżniczkę Turandot z piękną Jadwigą Gosławską jako chińską księżniczką, która przysięga, że nie pokocha żadnego mężczyzny. Ale wszystko dobrze się kończy.

Interesy Sandbergów idą bardzo dobrze, nie oznacza to jednak, że należy zapominać o biedniejszych, a zwłaszcza o rodzinie. Dlatego raz w tygodniu Sandbergowa, zgodnie z żydowskim przykazaniem pomocy biednym, „cedaką”, bo dobroczynność względem osób będących w potrzebie pozwala przecież Żydom odkupić grzechy, kładzie na stole w bocznym pokoju bochny pokrojonego chleba, wstawia samowar z wrzątkiem na herbatę i konfitury, bo pije się tu z rosyjska z cukrem na prikusku albo czaj z wareniem — na spodeczku trochę słodkiej konfitury z zielonych pomidorów z orzechami. Przychodzą różni biedni ludzie, wdowy i staruszki, stare panny i panny bez posagu, czasem też ich biedniejsi kuzyni i kuzynki, których w okolicy sporo: Libermanowie, Wigdorowiczowie, Szoszetowie.

Widzę ten radosny moment, kiedy po brodach spływa im konfitura, kiedy na palcach pozostaje biała mąka pysznego chleba z piekarni przy 13. Kresowej Dywizji Piechoty. Ten moment przemieni się już wkrótce w krwawą rzeź. Dokona się ona tu, w Równem, ale o tym nikt z obecnych nie wie, nie przeczuwa tego nawet mądra Chaja. Po ludzku i normalnie fetuje się kolejne święta Pesach, kiedy trzeba się koniecznie upić, kolejne święta Chanuki, tak bliskie zawsze Bożego Narodzenia, że babcia Sandbergowa umyśla sobie, jak to jej piękna wnuczka Sanoczka będzie ze skrzydłami anioła klęczała nieruchomo u nich w witrynie. Sana nie chce się przebrać, pomysł babci wydaje się jej głupi, ale nie ośmiela się sprzeciwić, więc w końcu nieruchomo klęczy. Zapada już noc, kiedy Zuza szybko biegnie po schodach, rzuca się na swoje łóżko i pisze, pisze, aż rozrzucone kartki pokrywają pościel, mieszają się z bielą prześcieradeł.

Kiedy wczesnym rankiem ty, Lusieńko, pędzisz do szkoły, kupcy podciągają już kraty swoich sklepów, oświetlone wątłym światłem elektrycznym, po ciemnych jeszcze ulicach przemykają mężczyźni w kapeluszach, Żydzi z tałesem pod pachą idą do synagogi na poranną modlitwę. Mijasz budynek magistratu, aż wyłaniają się w końcu znajome lipy parku Lubomirskich, liście już opadły. Teraz już tylko skręt tuż przed więzieniem, słup z ogłoszeniami o wyrokach na złoczyńcach, których złapano i tu siedzą, nie wiadomo naprawdę za co. Chyba za jakieś potworne zbrodnie, bo oto ogłaszają karę śmierci dla Wasyla Soroki.

— Gelmontówna.

— Jest obecna na apelu — mówisz dobitnie, wstajesz, wyprężasz się.

— Zuzanna Gincburżanka.

— Jest obecna.

— Zoja Chmielewska.

— Obecna.

— Piotrowski Zygmunt.

Zyga patrzy zza swoich śmiesznych, okrągłych okularów.

— Wala Suszkiewicz.

Ta najbiedniejsza, ponoć córka prostytutki, dostała się ze specjalnej listy dla biedoty.

— Obecna.

Biało‑czerwona flaga idzie do góry. Całe życie, Lusieńko, będziesz dumna, bo to nie byle co dostać się do polskiego państwowego gimnazjum. Mama ci powiedziała: „Popróbuj, może zdasz? A jak nie zdasz, to wrócisz do domu”. I zdałaś, dostałaś się z listy rezerwowej, bo były jakieś machlojki, ktoś przepłacił nauczyciela, ale tamte protegowane wyleciały, a ty się jednak dostałaś. Teraz idziecie razem, rozświergotane koleżanki, Gincburżanka, Chmielewska, Lalka Tomilin, Blumka Fradis, skręcacie razem w Hallera i idziecie środkiem ulicy pod szpalerem lip, z fularami pod szyją, w swoich śmiesznych, przekrzywionych na bakier beretach z odznaką Gimnazjum imienia Tadeusza Kościuszki.

Niedługo do Równego ma przyjechać sam prezydent Ignacy Mościcki i będziecie paradować w szkolnych mundurkach z krawatami przed trybuną. Wszystkie małe balkoniki, uczepione jak gniazda jednopiętrowych równieńskich domów na 3 Maja, są pełne wiwatujących ludzi, każdy chce zobaczyć defiladę. W Równem jest dużo wojska, mówi się nawet, że to miasto Żydów i wojskowych, bo stacjonuje tu pułk obrony kraju. Od kiedy w 1920 roku udało się cudem odepchnąć bolszewików, zapadła decyzja, żeby tu właśnie, blisko sowieckiej granicy, ustawić obronne szańce Rzeczypospolitej. Na głównym placu, koło cerkwi przygrywa teraz wojskowa orkiestra, w jej rytm rusza parada, przechodząc, salutują oddziały wojsk z wielkimi chorągwiami spod Verdun. Potem cała ulica dudni długo pod kłusem koni pułku ułanów. Po południu prezydent zasiada przy obiedzie w altance w parku Lubomirskich, bo ich pałac się spalił, a brać żołnierska przy długich stołach wcina z apetytem grochówkę z kotła. Przemawia generał Knoll‑Kownacki i mowę kończy okrzykiem: „Niech żyje Najjaśniejsza Rzeczypospolita i Jej Prezydent!”, który to okrzyk podchwytują żołnierze i długo rozbrzmiewa on doniosłym echem w całym parku. Wtedy pan prezydent kieruje się do kościoła, gdzie ma trzymać do chrztu dziecko osadników.

W twoim gimnazjum przy Dubieckiego na początku miesiąca sekretarz szkolny w mundurze przychodzi do klasy, wyciąga grubą księgę i wtedy wiesz, Lusiu, że zaleje cię za chwilę fala wstydu, bo wyczyta twoje nazwisko „Gelmontówna”. „Znowu niezapłacone” — tak powie, a oczy koleżanek, kolegów skierują się na ciebie, Lusieńko, ty wiesz dobrze, dlaczego czesne niezapłacone za szkołę. Przecież twoja matka stara się jak może, próbuje zdobyć dla was pieniądze. Sekretarz na środku klasy wsuwa za ucho spiczasty, kopiowy ołówek, który teraz sterczy grafitem ku tobie jak wymierzona strzała. Oblewa cię płomień wstydu, spuszczasz oczy, Lusieńko. Twoje oczy czarne, łagodne, tylko ta Gincburżanka Zuzanna może z tobą konkurować, ale ona z kolei ma jedno oko niebieskie, a drugie brązowe.

Chyba tak. Albo zielone i brązowe. Już nie pamiętam. Tak, Lusieńko, masz prawo już nie pamiętać. Tyle się rzeczy zdarzyło, nałożyło od tamtego czasu kopiowego ołówka sekretarza w Równem, że masz prawo o wszystkim teraz zapomnieć. Bo przyszedł czas zapominania. Jak race zjawiają się nagle przed tobą okruchy wspomnień, jeszcze je opowiadasz, powtarzasz, w kółko powtarzasz, mają się wryć w czyjąś pamięć, aż w końcu ten zmęczony wielekroć obraz jak kłębek pary unosi się jeszcze przez chwilę w powietrzu, potem odpływa daleko, żeby głowa była pusta, a przez to radosna, odpływa od ciebie, Lusiu, na zawsze. Masz teraz prawo zapominać. Już czas zapominać, Lusiu‑Szulamito. Taka jest prawda, w którą trudno uwierzyć, z którą trudno się pogodzić, że zatacza się ostatni krąg życia, że znowu wraca dziecięca bezbronność, zdziwienie i potrzeba matczynej czułości, nawet jeśli będzie to nie matka, ale córka. Godnie pełniłaś swoją funkcję matki. Teraz możesz być córeczką, bo codziennie ulatują twoje siły, ulatuje życie, więc ja teraz stoję na jego straży, wdmuchuję w ciebie ciepło moich uczuć, od których ożywiasz się, rozpromieniasz i mimo twych zmarszczek twarz twoja obdarzona cudownym darem długowieczności, bo żyjesz już prawie cały wiek, staje się na nowo piękna i godna.

Ile razy słyszałam z wyrzutem, że pomagałaś matce korepetycjami, w odróżnieniu ode mnie, leniwej nastolatki. Tak, u was, wstyd powiedzieć, nie ma nawet czasem co jeść, więc ty udzielasz korepetycji z języka polskiego słabej uczennicy — Ani Pawełko, córce pułkownika 13. Kresowej Dywizji Piechoty. Codziennie idziesz przez całe Równe aż do mostu nad błotnistą rzeczką Uście, mijasz dopiero co zbudowany nowoczesny kościółek garnizonowy, ostatni krzyk modernizmu, małe, ceglane domki wojskowych koszar. Ty właściwie nie idziesz, ty kroczysz dumnie, w ciemnej sukience z białym kołnierzykiem i białymi guzikami, twoja mama Bluma wie, że trzeba wyglądać zawsze czysto i elegancko, być dobrze uczesaną. Mama uczy cię, że nie należy pokazywać biedy, zdradzać nikomu, że wam jest ciężko, że nie macie pieniędzy. To jest wasza prywatna sprawa. Tego się na zewnątrz nie wynosi, bo bieda ma zostać w domu.

Po szkole dwie jasne blondynki, Andzia i Hela Anielewskie, twoja mama nazywa je albinoskami, stale są z tobą, biegacie razem po mieście, aż pod młyn, w tę i z powrotem, ty czarna, one dwie koło ciebie bielutkie. Ich tata jest adwokatem Lubomirskiego, więc mieszkają w samym parku, z ogródkiem pełnym kamelii i bzów, i ich mama zawsze pamięta, żeby narwać bzu dla twojej mamy, która kocha kwiaty, a ona częstuje twoje przyjaciółki pysznym ukraińskim barszczem.

Córka generała Andersa z twojej szkoły dostała pierwszą nagrodę za kostium księżniczki, a ty zrobiłaś na zabawę szkolną dekoracje, masz do tego talent, wycięłaś i pomalowałaś z tektury czterech Murzynków z tacą i cała klasa się tam sfotografowała. Stoicie więc w kilku rzędach, niektórym widać tylko same główki. W środku ty, Lusia Gelmontówna, na odwrocie podpisałaś się Lusieńka Gel, obok Ania Pawełko, twoja uczennica, Ukrainka Wala Szuszkiewicz, na dole córka pułkownika Myrko, na górze Rykowski Józio, w okularach Zyga Piotrowski, Lorka Laszewska — córka lekarza, Lala Tomilina — córka rosyjskiego białego generała, z boku twoja przyjaciółka — Zuza Gincburżanka. (Zuza musi z powodu matematyki powtarzać VIII klasę). Po lewej stoi wasz wychowawca i nauczyciel polskiego Peters, który potem ożenił się ze starszą siostrą Halinki Chmielewskiej — Zoją. To ważna w waszym życiu postać, bo to on zaszczepia wam miłość do polskiej literatury, do książek. W pierwszym rzędzie nauczycielka w bluzce w paski — Kubasiewicz, pani od historii Hofmanowa, Piotr Soroka od gimnastyki, fizyk Faliszewski, przyrodnik Nowosielski, z tyłu wasz nauczyciel od „Historii Żydów” (uczył według książki Majera Bałabana tych, co nie chodzili na religię) i ksiądz Syrewicz, który w czasie okupacji wydawał Żydom metryki. Na tym zdjęciu nie ma pana dyrektora Jerzego Korczaka‑Ostrowskiego ani jego żony Ewy Szelburg, która też była poetką.

Żydzi, choć było ich tylu w tym mieście, znikli powoli z waszego życia. Może nie chodzili głównymi ulicami, może przemykali gdzieś po bokach. Nie, to raczej wy, ważne gimnazjalistki ekskluzywnej, polskiej szkoły, postanowiłyście ich nie zauważać. Mieć jak najmniej wspólnego z tym dziwacznym językiem, dziwacznymi imionami i jeszcze bardziej dziwacznymi zwyczajami. Oni żyją swoim, a wy swoim życiem. W chałatach albo w czarnych kapeluszach czy zwykłych czapeczkach krążą po ulicach, widać ich za ladą sklepu, stają w kolejce po gazetę „Wołyner Sztime”. Spotykacie ich, kiedy idą do hebrajskiej szkoły Tarbut, do biblioteki, do żydowskiego sportowego klubu Makabi czy syjonistycznych organizacji — Bnei‑Akiva czy Beitar, ale mijacie ich obojętnie, bo wy się z nimi już nie zadajecie. Wy jesteście już gdzieś indziej, gdzieś dalej, tak wam się przynajmniej wydaje. Ci wszyscy chałaciarze w czarnych strojach, pejsaci brodacze mówiący gardłową żydowską mową psują wam piękny obraz waszej polskiej asymilacji, waszej właśnie rodzącej się polskości.

Polscy przyjaciele, polska kultura. Od kiedy Czesiek Janczarski, też początkujący poeta, umieścił wiersz Zuzy Uczta wakacyjna w gazetce „Echa Szkolne” (Zuza miała czternaście lat i była w Vb), marzyła, żeby się wspiąć na wyżyny polskiej poezji. Jak Leśmian, kochała jego opisy przyrody, jak Słowacki — uwielbiała jego mistyczne poematy. „Czyż koniecznie trzeba coś wybrać” i „Moja mowa jest dla mnie krajem”. I chociaż jeszcze przychodziły z gazet krótkie odpowiedzi: „Z. G. Wiersz miły, ale niewyrobiony. Miłe, ale sentymentalne”. Wkrótce jej poezją zachwyci się sam Tuwim, zostanie wyróżniona w konkursie poetyckim „Wiadomości Literackich”.

Nadchodziły wakacje, koniec roku szkolnego, pierwsze upały. Babcia Chaja Sandberg wynajmowała dom obok Klewania — letniska odwiedzanego co lata przez setki gości, gdzie na wysokiej skarpie stał ogromny zamek Czartoryskich, a w dole rozlewała się leniwie rzeka Stułba. Dwadzieścia pięć kilometrów od Równego, jechało się tam dorożką poprzez sosnowe lasy na piaskach, rozlegle łąki, pola pełne maków, mijało zakład poprawczy, dwa wielkie tartaki, boisko w budowie, aż do Nowego Stawu, do wynajętej drewnianej willi z gankiem i balkonikiem na pierwszym piętrze. Nastawał upragniony czas słomkowych kapeluszy, lekkich sukienek w kwieciste wzorki, bujających się hamaków, biesiad w ogródku albo na werandzie przy bzykaniu os. Czas wesołych kąpieli w rzeczkach i romantycznych wycieczek do obrośniętego listowiem wokół starych torów „Tunelu miłości”. Z Wilna przyjeżdżała do Nowego Stawu, co roku, kuzynka Lidka z rodzicami, odwiedzali ich też kuzynowie z okolic Równego — Khana Liberman z bratem Abraszą, Lea i Chaim Wigdorowiczowie, ale i rzesze kolegów, znajomych z tenisowych kortów i równieńskiego, całkiem nowego basenu, gdzie od pierwszych promieni słońca pływało się na wyścigi żabką albo kraulem, demonstrowało modne kostiumy kąpielowe. Przyjeżdżają tam Izaak Gasko, Marysia Zenowicz, Paweł Segał, Tadzio Błażejewski, Jan Śpiewak. Bywałaś i ty, Lusiu, czasem w Nowym Stawie, choć onieśmielało cię teraz towarzystwo Zuzy, jej nowe, poetyckie koneksje. Ludzie przyjeżdżali specjalnie do niej z Warszawy, wpadał Jerzy Andrzejewski, spędzający obok w Hruszwicy wakacje u Janczarskich.

Była piękna, coraz piękniejsza, smukłe nogi, piękne biodra, egzotyczna twarz, powłóczyste spojrzenie. Była twoim ideałem i ty, młodsza od niej, chłonęłaś wszystko, co robiła. Obie byłyście piękne, wiedziałyście o tym, bo czułyście na sobie zachwycone młodzieńcze spojrzenia waszych kolegów, uniesionych chłopięcym pożądaniem, i dziwnie lustrujący wzrok dorosłych mężczyzn, którzy rzucali na was ukosem spojrzenia pełne zachwytu. Was, dziewczyny, dziwiło to raczej i śmieszyła taka męska chutliwość. Trzymałyście dystans. Broniłyście się przed zbytnią natarczywością, niedyskrecją pytań, waszą ironią. Zaskakiwałyście ich błyskawicznym, dowcipnym komentarzem, schlagfertig, który spadał nagle i niespodziewanie.

Pamiętasz Józka Łobodowskiego? Odbywał służbę wojskową w Równem, w miejscowej podchorążówce, w 44. Pułku Strzelców Kresowych, i zakochał się w Zuzie na umór. Siedział godzinami u niej w ciemnym pokoju. Czytali sobie nawzajem swoje poematy. Miał 24 lata, a Sana — 16 i babcia Sandbergowa bardzo się niepokoiła. Łobodowski tak to wspominał po latach w Toronto w roku 1978: Babcia: „A Sanoczka, czto ty tak dołgo rozgowariwajesz z etim sołdatom?”, „Co ty tak długo z tym żołnierzem gadasz?”. Zuza: „Babuszka, my wiediom litieraturnyj razgawor”. „Prowadzimy rozmowę o literaturze”. I Łobodowski uspakajał: „Madam, ja wied, wlublion w Sanoczku tolko płatoniczeski!”. „Jestem w Sanoczce zakochany platonicznie”. Babcia podnosiła swój złoty pince‑nez: „Isz jewo! Nam charaszo izwiestno pra eti płatoniczeskija lubwii. „Znamy się dobrze na tych platonicznych miłościach!”.

Sana nie była jeszcze skłonna do przygód. Śmiała się z niego: „Słuchaj, ty chcesz mnie chyba uwieść”. Albo po chwili: „Śmierdzisz koszarami i żołdackim juchtem” — mawiała brutalnie do zakochanego Łobodowskiego, a on nazywał ją swoją Szulamitą.

Na dworcu w Równem zapach węgla z lokomotyw wypełnia powietrze, jest półmrok, migają czerwone, niebieskie i zielone lampki. Wczesna jesień roku 1935. Świeża maturzystka Zuzanna Polina Ginzburg wsiada do sapiącego już pociągu. Przed nią do Warszawy prawie 500 kilometrów, cały dzień w wagonie, a potem pełne kolorów życie. Nie wie, że będzie już bardzo krótkie. Jest pełna entuzjazmu, bo oto spełniają się jej marzenia, jest pełna ufności w przyszłość. Za chwilę pociąg powoli opuści stację Równe Wołyńskie i Zuzanna Polina, wkrótce nazwana Ginczanką, wyrwie się do wielkiego świata. Już miga po drodze znajoma stacja Klewań, Łuck, Kowel, potem będzie Chełm, Lublin, Warszawa. Wkrótce i ty tam dojedziesz, Lusieńko.

MARIA STAUBER

MARIA STAUBER zm. 2019 w Paryżu. Autorka powieści Z daleka i z bliska. Stale obecna w „ZL”, pisała m.in. o Zuzannie Ginczance.


* Fragment większej całości. Tekst napisany z okazji wystawy poświęconej Zuzannie Ginczance w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, 22 X 2015–29 II 2016.


Zobacz także
ZUZANNA GINCZANKA