MAREK EDELMAN, Strzępy pamięci

Marek Edelman na gruzach kamienicy przy ul. Świętojerskiej 34
(Tu spoczywa Michał Klepfisz) 19 IV 1946
fot. ze zbiorów Róży i Ireny Klepfisz


Strzępy pamięci*

Powstanie Warszawskie jest wielokroć opisane z każdej strony i nie miałbym nic do dodania, gdyby nie to, że jako jego żołnierz byłem w szczególnej, innej niż większość powstańców sytuacji. Miałem powstańczy mundur z biało-czerwoną opaską na ramieniu i broń, ale to moja żydowska twarz wyznaczała stosunek do mnie ludzi, z którymi się stykałem. Dobry i zły. Przyjazny i nieprzyjazny. To, co napisałem, może jest bez ładu i składu, ale to są tylko strzępy mojej pamięci.

1 sierpnia 1944 — pierwszy dzień Powstania Warszawskiego.

Mieszkaliśmy wtedy z Antkiem i Celiną na Lesznie w kamienicy sąsiadującej z kościołem ewangelickim. To było jedno z dwóch mieszkań na drugim piętrze w drugiej oficynie. Miało fachowo przez murarza wybudowaną w jednym z pokoi dodatkową ścianę, za którą w ten sposób powstała skrytka. Mieszkanie kryła Marysia Sawicka, która wraz ze swoją ciotką Anną Wąchalską uczestniczyła w organizowaniu naszego życia po aryjskiej stronie. Kryła mieszkanie, to znaczy wynajmowała je na swoje nazwisko, no i przychodziła tam do nas, donosząc jedzenie i wiadomości. Tego dnia zjawiła się wczesnym popołudniem i powiedziała, że na rogu Żelaznej i Twardej za darmo rozdawali „Biuletyn Informacyjny”. Słyszała, że wydrukowano 50 tysięcy egzemplarzy, ale wszystko wcześniej rozdali i dla niej już nie starczyło. Na Wolskiej widziała niemieckie furmanki załadowane meblami, tobołami, rannymi żołnierzami jadące w kierunku Łowicza. Nastrój w mieście jest dziwny, wszyscy są rozradowani. Chociaż plotka mówiła, że zostały odwołane kolejne mobilizacje, i teoretycznie nikt z nas nie wiedział, że dziś ma wybuchnąć Powstanie, w mieście czuło się podniecenie.

I nagle koło piątej usłyszeliśmy na schodach tupot wielu nóg. Wyjrzeliśmy przez szparkę w drzwiach i zobaczyliśmy, jak od sąsiadki z naszego piętra jeden za drugim wychodzą młodzi uzbrojeni ludzie. Tę sąsiadkę przez cały czas uważaliśmy za niepewną, a nawet obawialiśmy się jej, sądząc, że nas obserwuje, bo zawsze, kiedy u nas otwierały się drzwi, wyglądała na schody. Tymczasem, mając w domu arsenał, nie mogła nikogo być pewna i niewątpliwie dlatego tak podejrzliwie nas lustrowała. Młodzi ludzie zeszli na podwórko, a my mogliśmy zobaczyć, jak się tam gromadzą i zakładają na rękawy biało-czerwone opaski. Nie widzieliśmy, jak wychodzą na ulicę ani co się tam dzieje, bo byliśmy przecież w oficynie. Jednak po niedługim czasie z daleka dobiegły nas strzały. Najpierw pojedyncze, a potem coraz gęstsze. A zatem Powstanie! Siedzieliśmy w mieszkaniu bez żadnych wiadomości. Przez cały czas dręczyło nas pytanie — wyjść czy nie wychodzić? W takiej niepewności minęły nam z dwie godziny. Nagle koło siódmej usłyszeliśmy pukanie do drzwi umówionym znakiem. Otworzyliśmy. W drzwiach stał Aleksander Kamiński. Przyniósł wiadomość. Jurek Grazberg, działacz harcerski, stały współpracownik Kamińskiego jeszcze sprzed wojny, z którym teraz redagował „Biuletyn Informacyjny”, nie żyje. Taki był nasz początek Powstania. Stało się to w pierwszych jego chwilach. Grazberg ukrywał się jak my. Mieszkał na Pańskiej w zakonspirowanym mieszkaniu. Kamiński bywał tam regularnie raz w tygodniu odbierać zredagowane przez Jurka wiadomości z kraju. Na wieść o wybuchu Powstania Jurek wziął broń i wyszedł z mieszkania, żeby się przyłączyć. Zaledwie zszedł na dół, zatrzymał go oddział powstańczy. Rozstrzelali go natychmiast jako Żyda, który musi być prowokatorem, skoro miał broń. Dosłownie minuty po tym zjawił się tam Kamiński, który przyszedł po Jurka, ale na podwórku znalazł tylko trupa. A po oddziale, który zajmował ten dom, nie było już śladu.

Kamiński przestrzegł nas, ledwie przekroczył próg naszego mieszkania. „Musicie znaleźć oddział, który was zechce, nie możecie iść do pierwszego lepszego, a tylko tam, gdzie zapewnią wam bezpieczeństwo”. Powiedział to i wyszedł.

Zobaczyłem go znów dopiero w 1945 roku w Łodzi na seminarium babci Radlińskiej. Helena Radlińska była znanym i poważanym socjologiem i pedagogiem, a raczej społecznym pedagogiem, przed wojną organizatorką Wolnej Wszechnicy Polskiej. Teraz była bardzo chora. Seminarium, na które przychodzili studenci nie tylko socjologii, ale ze wszystkich niemal wydziałów uniwersytetu, wśród nich i ja, prowadziła w swoim mieszkaniu w starej łódzkiej kamienicy, leżąc w łóżku ustawionym w wielkim pokoju. To był mroźny zimowy dzień, przyszedłem wcześnie, więc mogłem wybrać lepsze miejsce — stałem oparty o ciepły piec. Po mnie zjawił się Kamiński, stanął obok pod piecem, rzucił na mnie okiem, ale jakby mnie nie poznał, a w każdym razie się nie odkłonił. Potem się dowiedziałem, że jest u Radlińskiej adiunktem. Był już wtedy autorem powszechnie i z zachwytem czytanych przez nas Kamieni na szaniec. Więcej nigdy nie miałem z nim kontaktu, chociaż mieszkał w Łodzi. Kiedyś, już w latach osiemdziesiątych, będąc u doktora Józefa Rybickiego, zapytałem, dlaczego Kamiński nie przystąpił do KOR-u. Wtedy pan Rybicki wstał powoli z fotela, podszedł do łóżka, na którym było rozłożone całe jego archiwum, i ze sterty papierów wyjął gęsto zapisaną kartkę, mówiąc: „Ja go zaprosiłem i tu jest odpowiedź. Sam pan rozumie, że odpowiedź musi być odmowna, skoro jest taka długa”. Zapytałem, czy mogę ją przeczytać. „Nie, bo to jest nasza prywatna korespondencja”. Ciekawe jest z pewnością całe to łóżkowe archiwum.

Zatem Kamiński udzielił nam rady i wyszedł. A my dalej głowiliśmy się nad tym, co robić. Nie mieliśmy żadnego takiego oddziału. Co nas jeszcze martwiło to to, że główna łączniczka między Kamińskim i nami, Zielona Marysia, nie przyszła. Dowiedzieliśmy się potem, że wysłał ją pod Warszawę z jakimś zleceniem, a kiedy Powstanie wybuchło, nie mogła już się dostać do miasta. Ale to się okazało o wiele później.

Zostaliśmy wszyscy w domu. A jednak gdzieś koło ósmej, już zapadał zmierzch, poszedłem na róg Żelaznej i Grzybowskiej do Bronka Spiegla i Haliny Bełchatowskiej, którzy wrócili niedawno z lasu i mieszkali u Świętochowskiego. Ściemniło się. Przegadaliśmy całą noc. Oni o lesie, o tym, dlaczego trzeba się było z lasu wynosić, jak się wydostali z okrążenia. Byli jeszcze bardzo napięci. Halina bardziej przytomna, rzeczowa, „No, nareszcie będziemy żyli”.

Rano wróciłem na Leszno. Antek z Celiną i Stasia wciąż tam byli. Ciągle nie było wiadomo, co robić. Ani dokąd pójść. Chyba koło godziny dziesiątej przyleciał Kaziutka. Podobno noc spędził w Sądach na Lesznie. Ten powiślak zawsze i wszędzie musiał się wkręcić i wszystko musiał wiedzieć. Co tam robił, nie wiadomo. Potem, nie wiadomo po co, poszedł na Stare Miasto. Na Długiej, przed kościołem garnizonowym znalazł jakiś papierek, który, kiedy go obejrzał, okazał się kartką wyrzuconą przez naszego kolegę. Pisze Julek Rutkowski, czyli Fiszgrund, syn Salo Fiszgrunda, że został zatrzymany przez staromiejską żandarmerię i że jest w jej areszcie. Kazik się zakręcił, zakręcił i tam też trafił. Jakiś major przesłuchiwał Julka na okoliczność, że jest żydowskim szpiegiem i dywersantem, bo nielegalnie posiada broń. Na godzinę dwunastą wyznaczono sąd polowy. Kazik dotarł do majora i zaczął mu tłumaczyć, kim jest Julek. Nie wiadomo, co za bajki naopowiadał o Julku i jego zasługach, przedstawiając go jako wielkiego wodza podziemia. A że umiał barwnie opowiadać, więc w końcu Julka wypuścili. Ten zaś, wychodząc z aresztu, spotkał swojego szkolnego kolegę, który był w oddziale batalionu czwartaków AL i tam już z nim został. W ten sposób i przez to Julek został komunistą.

Kiedy Antek usłyszał, że są gdzieś komuniści, zaczął szukać swoich znajomości, bo przecież cały czas prowadził podwójną grę i utrzymywał kontakty i z komunistami, i z AK. W końcu odnalazł na Podwalu kogoś z dowództwa AL na Starym Mieście. O ile się nie mylę, spotkał Kowalską. Wieczorem wrócił pełen animuszu, że znalazł oddział, który nas chce i zagwarantuje nam bezpieczeństwo. Nazajutrz miały się odbyć rozmowy o utworzeniu grupy bojowej ŻOB-u. Ale przy mnie miał zasznurowane usta, że to komuniści. Z samego rana Antek wybiegł prowadzić swoje pertraktacje. Wrócił tajemniczy, że wszystko będzie, będzie, będzie. Ale na razie tylko dym. Za to Kazik sprowadził do nas swoją panienkę, a że oboje to niespokojne duchy, ciągle gdzieś latali, ale nigdy nie było wiadomo dokąd.

Nadszedł trzeci dzień Powstania, a tu ciągle dym. Do Śródmieścia nie można się było przedostać. Z nikim ze znajomych nie miałem kontaktu. A na dwa dni przed Powstaniem nasza łączniczka, oczywiście z Kazikiem, odebrała z ulicy Frascati pierwszą przesyłkę dla ruchu syjonistycznego. To było czterdzieści tysięcy dolarów, sztabka złota i jeszcze coś. Chyba pierwszy raz w życiu zobaczyli naraz tyle pieniędzy, więc zamiast zacząć robić z nich użytek, zrobili w naszej skrytce na Lesznie jeszcze jedną skrytkę i tam wszystko schowali.

Antek swoje pertraktacje z — jak się w końcu dowiedziałem — komunistami prowadził do szóstego dnia Powstania. Wreszcie uchwalił z nimi, że przy AL powstanie grupa bojowa ŻOB-u. Uzbierało się nas kilkanaście osób: nasza czwórka, do tego Kazik ze swoją dziewczyną, znalazły się jeszcze jakieś nasze łączniczki ze Śródmieścia, które tu zastało Powstanie. Była z nami również Marysia Sawicka.

Siódmego sierpnia rano wyruszyliśmy. Dowództwo AL-u ulokowało się na Podwalu, na skos za kościołem garnizonowym na Długiej. Kiedy się tam stawiliśmy, przydzielono nas do drugiego plutonu trzeciej kompanii, albo może odwrotnie, który stacjonował na Świętojerskiej, w piwnicy posesji, do której można było dojść podwórkami od Długiej. Dowódcą był Witek, tramwajarz, czarujący chłop. Po południu Antek i Celina skapowali się, że wszystkie pieniądze zostawili w skrytce na Lesznie. A barykada powstańcza była na rogu Przejazdu i Leszna, patrząc od nas, za Pasażem Simonsa. Nasze mieszkanie na Lesznie znalazło się już po niemieckiej stronie. Nie wiem, jak Antek namówił Kazika, żeby zgodził się pójść po te pieniądze. Zabrał ze sobą swoją dziewczynę, Marysię Sawicką, Stasię i jeszcze dwie–trzy osoby.

Kawałek Leszna z naszym mieszkaniem był w rękach niemieckich, ale posterunki były jeszcze rzadkie i dotarcie tam było możliwe. Poszli. Ale mijały godziny, a oni nie wracali. Kaziutka się zapodział. Zrobiła się ciemna noc, zacząłem się niepokoić. Ale i ja miałem swoje chody. Przez Jasia Strzeleckiego wyrobiłem sobie przepustkę na przejście na niemiecką stronę. Zgłosiłem się do dowódcy placówki na rogu Leszna i Przejazdu, pokazałem przepustkę, przepuścili mnie bez trudności. Znalazłem się na Lesznie po parzystej stronie i szybko zmierzałem do naszego mieszkania. Okazało się jednak, że w kościele i na jego dziedzińcu stali już Niemcy. Zobaczyli mnie i zaczęli strzelać. Wskoczyłem do bramy, chyba pod dwunastym. Wszystkie domy aż do Przejazdu były już podpalone. Co się wychyliłem, Niemcy do mnie strzelali. Aż się wziąłem na swój wypróbowany sposób. Odczekałem mniej więcej dwa–trzy papierosy, wtedy następował moment, kiedy zapał Niemców na chwilę słabł, i przeskoczyłem do następnej bramy. Stamtąd piwnicami pełnymi ludności cywilnej obrzucającej mnie niechętnymi spojrzeniami, że przez powstańców ma taki ciężki los, dotarłem na powrót do placówki na rogu Przejazdu. Tam zatrzymał mnie powstańczy patrol. Spojrzeli na moją przepustkę i powiedzieli: „A to co, Żyd? Dawaj pod ścianę, bo to musi być szpieg”. Było ich czterech na mnie jednego. „Ręce do góry, podpaliłeś Leszno, ty Żydzie wstrętny!”. Ale idioci nawet mnie nie zrewidowali, więc nie wiedzieli, że do tego wszystkiego mam jeszcze broń. Ich doświadczenie w zabijaniu Żydów musiało być niewielkie, myślę, że to byli jacyś gówniarze. Zacząłem się z nimi szarpać. Wszystko to się działo pod drzwiami, za którymi spał ich dowódca, ten sam, który mnie wypuszczał na niemiecką stronę. Sięgnąłem do tych drzwi nogą i zacząłem w nie kopać. Udało mi się, bo dowódca wyszedł i potwierdził, że mnie zna. To mnie uratowało. Ale syjonistycznych pieniędzy nie uratowałem.

Przed naszą kwaterą od strony Długiej jak zwykle siedział Gustaw. Potem wyrósł z niego generał Edwin Rozłubirski. A wtedy miał z osiemnaście lat i nie wiem, kiedy spał, bo dwadzieścia cztery godziny na dobę w pogotowiu trzymał szmajsera. Zobaczył mnie i się zdziwił, bo już było późno. „A ty skąd się tu wziąłeś po nocy?”.

Wróciłem na kwaterę, ale zanim położyłem się spać, szturchnąłem Antka i mówię: „I co, wasze pieniądze tam się teraz palą?”.

Dlaczego Stasia poszła z Kazikiem? Myślę, że miałem taki nawyk, żeby bliskich wysyłać „za mur”, tam, gdzie bezpieczniej, gdzie mają większą szansę przeżycia. A ja dzięki temu miałem większą swobodę, nie musiałem się o nich martwić. Rzeczywiście, Stasia przeżyła. Wszyscy oni przeżyli. Siedzieli w piwnicy na Lesznie jakieś dwa tygodnie, aż ich w końcu Niemcy złapali i wywieźli przez Pruszków do Niemiec na roboty.

No i tak. Antek całymi dniami konferował z komunistami. Nie wiem, o czym tyle rozprawiali, ale widać mieli wspólne tematy. No i chodził po ulicy Długiej i po Podwalu i zakręcał wąsika. Dziewczyny gotowały mu coś do jedzenia i tak spędzał całe dnie. Z naszej ŻOB-owej grupy ja jeden wychodziłem z kwatery na placówkę. Któregoś dnia, kiedy stamtąd wróciłem, podszedł do mnie Nastek (Matywiecki) i powiedział: „Marek, od dzisiaj nie będziesz spał w piwnicy, będziesz spał ze mną na trawniku, bo na dole w końcu kiedyś cię zabiją”. Odtąd spaliśmy na trawniku przed domem, jeden za drugim, on za moimi plecami, przykryci pałatką Nastka.

A znowu Jaś Strzelecki lubił brać mnie pod pachę i razem przechadzaliśmy się po Długiej. „Chodź, pospacerujemy sobie, bo ja to robię na złość jednemu majorowi, ale nie powiem któremu”, mawiał wtedy.

Na placówkę chodziłem na Mostową do białego domku, jak go nazywaliśmy. To ten, w którym teraz jest teatr Stara Prochownia. Spokojnie tam nie było. Byliśmy przy skrzyżowaniu, gdzie zbiegały się ulice Mostowa, dalej w dół do Wisły przechodząca w Boleść, oraz biegnąca z biegiem Wisły ulica Bugaj, po naszej stronie Mostowej zmieniona w ulicę Rybaki. Na dzwonnicy kościoła św. Anny przy Krakowskim Przedmieściu ulokował się niemiecki strzelec wyborowy i pojedynczymi strzałami zabijał ludzi, którzy przeprawiali się przez ulicę Bugaj. W ten sposób został ranny syn generała Orlikowskiego, który był dowódcą całej naszej placówki. Mniej więcej naprzeciwko nas, ale dalej w dół w kierunku Wisły, stał dom z czerwonej cegły, który nazywaliśmy czerwonym domkiem. Zajęli go Niemcy i stamtąd strasznie nam życie obrzydzali. Bezustannie nas ostrzeliwali. Zaopatrzyliśmy się więc w paczkę z prochem i własnej roboty zapalnik i którejś nocy podkradliśmy się pod ścianę czerwonego domku. Podłożyliśmy paczkę, podpaliliśmy zapalnik i uciekliśmy. Zawaliło się pół ściany. Ale mało to pomogło, bo Niemcy zrobili barykadę z worków z piaskiem i dalej nas ostrzeliwali. I tak przez cały miesiąc Powstania trwały potyczki między nami w białym domku i Niemcami w czerwonym. Był tam z nami przez cały czas chłopak, jeszcze dzieciak, może dwunastoletni. Był naszym łącznikiem. Nie odstępował nas. Wołaliśmy na niego Wróbel. Jak trzeba było, latał na Długą, na Podwale, do komendy. Taki był z niego mały dorosły.

Sytuacja robiła się coraz trudniejsza. Nie można już było obronić Starego Miasta. W przeddzień było wiadomo, że nazajutrz będziemy się wycofywać. I właśnie tego dnia zginęło na Freta całe dowództwo AL-u. Nie wiem, kto zdecydował, że nasz oddział wycofuje się na Żoliborz. Heniek, podporucznik i nasz bezpośredni dowódca, zarządził ewakuację, a małemu Wróblowi rozkazał zostać w ariergardzie. Wszyscy mają wychodzić, a ten mały ma zostać i nas osłaniać. Chłopiec się rozpłakał. Przecież bał się zostać sam. I Heniek go zastrzelił za niewykonanie rozkazu. Potem na Żoliborzu został pozbawiony funkcji i miał stanąć przed sądem, ale nigdy do tego nie doszło. Całe trzy tygodnie nic nie robił, tylko się kręcił wyelegantowany po podwórku czwartej kolonii. Ale i tak sprawiedliwość go dosięgła. Po wojnie zrobili go attaché wojskowym w Jugosławii. Wybrał się na placówkę samochodem, ale nie dojechał na miejsce. Zabił się po drodze w wypadku. Nie powiem, żeby ci, którzy z naszego plutonu zostali przy życiu, szczególnie się tym zamartwiali. Ale przeżyło niewielu. Spotykałem ich pod hotelem Polonia, jak skupowali dolary, żeby rząd się mógł wyżywić.

Opuszczaliśmy Starówkę kanałami. Zeszliśmy do kanału w nocy. Z początku był dość niski, kilkadziesiąt metrów trzeba było przejść pochylonym, ale potem… wysoki, wygodny kanał. Szliśmy wyprostowani z suchą bronią, której nie groziło zamoczenie. Droga wręcz luksusowa. Woda płynęła wartko, więc każdy trzymał za pasek osobę, którą miał przed sobą. Tylko pod włazami trzeba było zachować ciszę, żeby nas nie wykryły niemieckie patrole, które mogły tam na nas czatować. Tak dotarliśmy do żoliborskiego burzowca. Tam trzeba się było przytrzymać linki, żeby się przeprawić na drugą stronę przez rwący strumień wody spływającej z Żoliborza prosto do Wisły. Przeszedłem bez kwestii. Następna była Celina, która dotąd szła za mną, trzymając się mojego paska. Do przeprawy przez burzowiec musieliśmy się rozdzielić. Jedna chwila i nurt wody ją porwał. Byłem wtedy zwinnym chłopcem, ale odpłynęła dobrych pięć–sześć metrów w stronę Wisły, zanim udało mi się ją złapać i wciągnąć z powrotem. Niedługo później podeszliśmy pod plac Wilsona, a tam oczekujący nas ludzie pomagali nam wychodzić z kanału. Był już dzień w pełni i słońce jasno świeciło. Panowała cisza i spokój. Bez pośpiechu udaliśmy się na czwartą kolonię WSM na rogu Krasińskiego i Suzina, gdzie zostaliśmy zakwaterowani w pustych, chyba specjalnie dla nas przygotowanych mieszkaniach. Byliśmy głodni. Znalazłem worek i pobiegłem na Promyka poszukać Tosi, która po opuszczeniu getta mieszkała tam w pokoju wynajętym u państwa Glińskich. Ale Tosi nie było, mieszkanie było puste. U pani Nowakowskiej — jej dom na Święcickiego i dom państwa Glińskich sąsiadowały tylnymi ogródkami — też nikogo nie było. Ulica Promyka i okoliczne uliczki znajdowały się pod ostrzałem rosyjskiej artylerii zza Wisły i to pewnie zmusiło mieszkańców do opuszczenia domów. Ale okazało się, że pozostawili wanny pełne wody i piwnice nieźle zaopatrzone w jedzenie. Napełniłem worek, czym się dało, a przy okazji przestrzelałem jeszcze swoją nową pepeszkę, którą mi przydzielono po wyjściu z kanału, ale oczywiście w nic nie trafiłem, po czym wróciłem na kwaterę na czwartej kolonii. Nagotowaliśmy kaszy, omaściliśmy smalcem i najedliśmy się nareszcie do syta, bo na Starówce nie zawsze się to udawało. Witek, nasz dowódca, dał nam wolne do wieczora i powiedział, że od rana następnego dnia obejmiemy placówkę w domkach policyjnych między placem Lelewela a Potocką.

Nasz pluton stał w ostatnim domku przy ulicy Potockiej. Z daleka było widać szkołę pożarniczą, do której przeniosły się siostry zmartwychwstanki z klasztoru na rogu Krasińskiego i Stołecznej. W objętym przez nas domku zmienialiśmy się co dwanaście godzin. Mieszkańców domu już dawno tam chyba nie było i nie wiadomo, kto w międzyczasie w nim stacjonował. To był sam brud, smród i ubóstwo. Natychmiast oblazło nas najgorsze robactwo, wszystkie możliwe gatunki wszy. Na czwartą kolonię wracaliśmy, żeby się przespać. Pani Święcicka, właścicielka mieszkania, w którym kwaterowaliśmy, przychodziła tam w dzień z dwojgiem swoich małych dzieci. Stawiała na stole miskę z okropnie gorącą wodą i kazała mi w niej moczyć głowę. Kiedy wyjmowałem głowę z wody, wszystkie wszy pływały na powierzchni, a ja mogłem bezpiecznie nosić jej dzieci na barana. Do spania mieliśmy podłogę i tapczan, z którego gospodyni zapobiegliwie usunęła materac. Odchodziła, kiedy się zmierzchało.

Któregoś dnia przyszła do nas Tosia. Skądś się dowiedziała, gdzie jesteśmy, i już z nami została. Nasza grupa liczyła kilkanaście osób. Musiała się rozejść wiadomość o żydowskich powstańcach, bo dołączali do nas Żydzi z okolicy, wśród nich małżeństwo Kirszenbaumów. Byliśmy rozlokowani na parterze i na pierwszym piętrze. I tu miałem łącznika, dziewięcioletniego chłopca, na którego też wołaliśmy Wróbel. Zawsze się mnie trzymał. Chodził ze mną na placówkę do domków policyjnych. Szliśmy Suzina do Słowackiego, a po drugiej stronie Słowackiego półokopem wzdłuż ulicy Krechowieckiej biegnącej stromo w dół przez plac Lelewela. Tu dochodziliśmy do najniebezpieczniejszego miejsca całej trasy, bo wykop się kończył za wcześnie. Trzeba go było opuścić i przeskoczyć do piwnicy jedynego domu po lewej stronie. Właśnie w to miejsce nieustannie strzelali Niemcy. Tu znów stosowałem swój wypróbowany sposób. Wziąwszy Wróbla na ręce, wyczekiwałem odpowiedniej chwili i kiedy uznawałem, że czujność Niemców osłabła, przerzucałem dzieciaka do piwnicy. Niemcy musieli to widzieć, bo zaraz potem nasilali ostrzał, ale zawsze byli spóźnieni. Udawało mi się. I innym się udawało, aż postrzelili człowieka, który się kulom nie kłaniał, kapitana Hiszpana. Za dnia nie było jak go stamtąd wyciągnąć. Stracił przytomność. Dopiero w nocy udało się go wynieść do szpitala na Krechowieckiej ulokowanego w piwnicy tegoż domu, przed którym kończył się wykop. Pracował tam chirurg doktor Chmielewski. Do dyspozycji miał kubełek brudnej wody, szmatę, zwyczajną igłę i nici. Obmył więc Hiszpanowi zapiaszczoną nerkę, zaszył skórę na okrętkę i tak go zostawił. Hiszpan prawdopodobnie zmarł tej samej nocy.

Na czwartej kolonii kwaterował sztab AL-u. Jego sekretarką w randze sierżanta była Bożena Puchalska. Miała wtedy może szesnaście lat i była piękną, zawsze promiennie uśmiechniętą dziewczyną. W jej rękach były wszystkie papiery i pieczęcie. Fałszywe i oryginalne. Druki kenkart, przepustek, pozwoleń i różne inne ważne i przydatne dokumenty. Bożena podlegała Kliszce. A Kliszko uważał, że ma tych dokumentów za mało, i zabronił wydawać fałszywe kenkarty Żydom. Ale to Bożena je przechowywała i na nasze szczęście wcale się z tym nie liczyła. Wystawiała i pieczętowała nie tylko kenkarty, ale również przepustki i inne dokumenty. Zachowywała się jak prawdziwy samodzielny władca nad papierami. A że się pięknie uśmiechała, wszyscy za nią przepadali.

Któregoś dnia mieliśmy wolne, Niemcy ostrzeliwali czwartą kolonię z Dworca Gdańskiego. Jeden pocisk trafił w pustą szafę w naszym pokoju na pierwszym piętrze, ale wcale nie wybuchł. Drugi wylądował na parterze, urywając Kirszenbaumowi całą nogę razem ze stawem biodrowym. Nie zdążyliśmy nawet zejść na parter. W parę minut Kirszenbaum wykrwawił się na śmierć. Kirszenbaumowej nic się nie stało. Mieliśmy w oddziale fachowca, który pracował na cmentarzu. Nazywał się Zimny. Wiedział, że dla Żyda trzeba wykopać grób głęboki na dziewięć łokci, więc fachowo pochował na podwórku Kirszenbauma i jego nogę. Szybko po wyzwoleniu Warszawy Zimny pod nadzorem Salo Fiszgrunda przeprowadzał ekshumację. Kirszenbaumowa poprosiła wtedy, żeby po wydobyciu ciała z obcasa buta jej męża wyjąć dwadzieścia złotych dolarów, które tam schował. Czekała na koniec ekshumacji w jednym z pustych mieszkań na parterze, bo mieszkańcy jeszcze nie wrócili do swoich domów. Ktoś poszedł ją zawiadomić, że wszystko gotowe, a wtedy się okazało, że nie żyje. Umarła, kiedy zrywano obcas z buta jej męża. Oboje zawieziono na cmentarz żydowski i tam ich razem pochowano, ale nie wiem, w którym miejscu.

Do końca Powstania chodziliśmy na placówkę do naszego domku policyjnego. Niemcy zaczęli natarcie na Żoliborz. Rosjanie ostrzeliwali z katiuszy ulicę Potocką, a Niemcy podjeżdżali czołgami pod domki policyjne, strzelając wprost na nas. W oknie naszego domku usadowił się starszy jak dla mnie pan, który musiał być przedwojennym zawodowym żołnierzem. Ze zwykłego karabinu odgryzał się niemieckim czołgom. Jaki kolor ma na ścianie człowiek trafiony bezpośrednio pociskiem wystrzelonym z czołgu? Lilaróż. Trafił go niewątpliwie wprost w niego wycelowany pocisk czołgowy, który wpadł przez okno. Kolor lilaróż na ścianie prześladował nas jeszcze przez dwa dni, aż do kapitulacji. Z naszej pozycji w ostatnim domku tylko ja zostałem przy życiu, a w sąsiednim Karol. Nastąpiła kapitulacja, ale my o tym nic nie wiedzieliśmy. Biegaliśmy jeszcze od okna do okna, po kolei z każdego strzelając, żeby sprawić wrażenie, że jest nas wielu. W końcu, w chwili spokoju, gapiąc się na swobodnie latające ptaki, zauważyłem, że siostry ewakuują się ze szkoły pożarnictwa. Zawołałem więc Karola i razem zeszliśmy do półokopu z tyłu domków policyjnych i poszliśmy w kierunku dolnego Żoliborza. Z początku rozmawialiśmy, ale potem droga zrobiła się trudna, szedłem pierwszy, on za mną i już nie mogliśmy rozmawiać. Kiedy się odwróciłem kilka minut później, nie zobaczyłem Karola. Nie wiem, co się z nim stało. Raczej nie mógł wtedy zginąć, bo już wówczas nie strzelano. Może nie odpowiadało mu moje towarzystwo? Nigdy go już nie spotkałem. Dalej poszedłem sam. Dotarłem do ulicy Mickiewicza, po której od strony Dworca Gdańskiego jeździły już niemieckie czołgi. Zaraz za placem Wilsona zszedłem do piwnicy kamienicy przy Mickiewicza naprzeciwko parku. Było tam pełno ludzi. Stanąłem oparty o ścianę i wtedy pod przeciwną ścianą zobaczyłem znajomą sylwetkę odwróconą do mnie tyłem. Bardzo przypominała Celinę. Przepchnąłem się do niej przez tłum. To rzeczywiście była Celina. Z jej ramienia zwisał sporo od niej większy stary rosyjski karabin. Okazało się, że postawili ją na warcie na siódmej kolonii, a potem wszyscy o niej zapomnieli. Na podwórku wisiały już w oknach białe prześcieradła, a ona, taka obowiązkowa, wciąż stała na warcie, bo nikt jej nie odwołał. Aż przyszli mieszkańcy i wyrzucili ją stamtąd. I też trafiła do tej piwnicy.

Przez Mickiewicza nie dawało się przejść. Od strony miasta jeden za drugim jechały niemieckie czołgi. Weszliśmy na półpiętro, żeby lepiej widzieć ulicę. Staliśmy i czekaliśmy, a razem z nami dziesiątki cywilów i żołnierzy. O zmroku nastąpiła chwila przerwy i wtedy z grupą dwudziestu osób przeskoczyliśmy przez jezdnię do parku. Stamtąd w dół, w dół, w dół, bo chcieliśmy się dostać do Tosi na Promyka. Tam, po drugiej stronie parku, mogliśmy się poruszać bez przeszkód. Było już zupełnie ciemno, kiedy dotarliśmy do ogródka willi, w której mieszkała Tosia. Zastaliśmy tłum żołnierzy, którzy bezskutecznie próbowali się przeprawić przez Wisłę. Jakaś łączniczka, która poprzedniego dnia przepłynęła wpław na Pragę i stamtąd wróciła, miała ich zaprowadzić w umówione z berlingowcami miejsce, w którym na wycofujących się z Warszawy powstańców miały czekać łodzie i przeprawić ich przez rzekę. Dlatego Wisłę pokrywała sztuczna mgła. Jednak musieli wrócić znad Wisły, bo nie udało im się spotkać żadnych łodzi. Potem mówiono, że prawdopodobnie pomylono punkt kontaktowy, w którym miało nastąpić spotkanie. Łączniczka była podobno dobrą pływaczką, ale nie znała Żoliborza. Teraz ci wszyscy ludzie tłoczyli się w ogródku Tosi, a właściwie w ogródku państwa Glińskich, i zastanawiali się, co dalej robić. Był wśród nich mąż pani Święcickiej, porucznik Tytus, który dowodził jednym z oddziałów AK-owskich na Żoliborzu. Znałem go stąd, że kwaterowałem w jego mieszkaniu na czwartej kolonii. Tytus podszedł do mnie i powiedział: „Marek, nie ma rady, idę do niewoli. Dam ci opaskę i AK-owską legitymację. Pójdź z nami”. Zapytałem go tylko, czy mi zagwarantuje, że nikt z jego ludzi, kiedy będziemy przechodzić do Niemców, nie wskaże mnie i nie powie, że jestem Żydem. „Nie, tego ci nie zagwarantuję”. „Wobec tego dziękuję, ja zostaję”, odpowiedziałem.

Powoli podwórko pustoszało. I zaczęli się schodzić nasi. Byłem już ja i Celina. Przyszli Antek, Zygmunt Warman z Marysią, Zosia Skrzeszewska z rannym Julkiem Rutkowskim i jeszcze parę osób. Tosia powiedziała, że u państwa Glińskich w piwnicy jest regał zastawiony słoikami z przetworami na zimę, a za tym regałem następna, niewidoczna piwnica z kuchnią do gotowania i prania, i że tam można się schować. I tak zrobiliśmy. Witek, nasz dowódca, również tam z nami poszedł, bo na zabój kochał się w Andzi Elenbogen. I tam się nad ranem zamknęliśmy. Chyba każdy z uczestników tej kryjówki nieraz opisał nasze tam przejścia. Niemcy budowali bunkier obronny w jednej z piwnic w sąsiedztwie i zaminowywali okolicę. A my, mając Niemców za sąsiadów, przetrwaliśmy tam z różnymi przygodami do 15 listopada. Tego dnia dotarła do nas z całym patrolem Ala. Musiała do nas przejść przez pole minowe, więc mądrala zdjęła buty, żeby mina nie wybuchła. Jakoś jej się to udało, a że szczęście jej nie opuszczało, trafiła na przerwę obiadową u Niemców, którzy zostawili robotę i udali się na posiłek, a my mogliśmy wyjść z naszej kryjówki.

To wszystko, co mi zostało, takie strzępki pamięci. Ludzie, którym to opowiadałem, pytali, czy to wszystko jest prawda. Tak, prawda. Toczka w toczkę. Koniec, kropka. Więcej już nic.

MAREK EDELMAN

MAREK EDELMAN ur. 1919, zm. 2009 w Warszawie. Ostatni dowódca powstania w getcie warszawskim, kardiolog. Działacz opozycji demokratycznej. Odznaczony Orderem Orła Białego, 1998. Laureat Nagrody Lewiatana, 2008. Drukował w „Zeszytach Literackich” 52, 66, 72, 74, 88, 91, 92, 94, 97, 99, 102, 121, 129 i 138.
Decyzją Rady m. st. Warszawy rok 2019 został ustanowiony Rokiem Marka Edelmana.
15 kwietnia 2019 w Warszawie, pomiędzy ulicami Gen. Wł. Andersa i Wałową od strony ulicy Franciszkańskiej, nazwano skwer imieniem Marka Edelmana.


* Spisała Paula Sawicka 1 i 3 VIII 2008.


Zobacz także
MAREK EDELMAN
BARBARA TORUŃCZYK, Dwudziestoletni poeta Warszawy