JULIA HARTWIG, Z Lublina do Paryża

Lublin. Panorama miasta. NAC


Z Lublina do Paryża

W mojej rodzinie jeden brat był w Powstaniu, a drugi, Edward, został aresztowany przez NKWD, jak tylko Rosjanie weszli do Wilna. Najpierw spędził pewien czas w piwnicy w Lublinie, a potem wywieziono go razem z grupą przyjaciół, także związanych z AK, do obozu w Jogle. To był obóz pracy, żyło się w ziemiankach. A Edward nie był przyzwyczajony do takiego trudu i w ogóle był raczej delikatnej kondycji. Pobyt w obozie zagrażał jego życiu i pewnie by go nie przeżył, gdyby nie to, że byli tam ludzie z Lublina, którzy go znali, szanowali i lubili. Dał się lubić, był człowiekiem ufnym i bardzo łagodnym. Oni go właściwie ciągnęli, kiedy wszyscy szli, spławiali drzewo i trzeba było przy tym przejść spory kawał drogi. Mieli takie chodaki, które spadały z nóg, bardzo ciężko było iść. Trzymali go pod ręce, żeby doszedł, bo inaczej Rosjanie by go zastrzelili. Z tego okresu pochodzi historia, którą Edward potem opowiadał. Był w ziemiance, chorował, ktoś się nim opiekował. Na szczęście chorych nie zabijano. Był akurat czas zorzy polarnej i Edward powiedział, że chciałby ją zobaczyć. I oni go wynieśli przed ziemiankę, położyli na ziemi i — jak wspominał — była to jedna z najpiękniejszych nocy w jego życiu. Nad nim zmieniały się kolory, wciąż nowe barwy ogarniały niebo. Edward opisał kiedyś, że raz szli w kolumnie więźniów i wtedy zobaczył coś, co go zdumiało: rosnący obok drogi kwiatek. Wybiegł z szeregu i zerwał go. Oczywiście od razu szturchnęli go kolbami i wrzucili z powrotem. Ale udało mu się ten kwiatek zachować. To daje wyobrażenie o jego wrażliwości, która w sztuce naprawdę się przydaje i była też pomocna w jego fotografii.


Zaraz po wojnie Lublin był ciekawym ośrodkiem kultury. W tym czasie znaleźli się tam między innymi: Jacek Bocheński, Anna Kamieńska i pisarze, którzy przyszli z 1. Armią Wojska Polskiego, wśród nich Jerzy Putrament i Adam Ważyk. Od razu się zakrzątnęli, żeby stworzyć powojenny Związek Literatów, i nas do niego wciągnęli. Byliśmy łatwą żertwą, ciekawi wszystkiego, co się działo. To skomplikowane: z jednej strony się tego nienawidzi, z drugiej nareszcie coś się dzieje i można mieć nadzieję, że coś wartościowego z tego w końcu wyniknie. W naszej historii było wiele złudzeń. Zostaliśmy zaproszeni do Związku Literatów jako kandydaci. Przez wiele lat w Związku był taki system, że najpierw przyjmowano kandydatów do Koła Młodych. Właściwie wtedy rozpoczęła się moja publiczna działalność literacka. Drukowałam pierwsze wiersze. Związek nakładał na nas obowiązki o charakterze towarzysko‑literackim.


W Lublinie nie zabawiłam długo, ale KUL był pierwszym uniwersytetem, który zaktywizowano po wojnie. Ja co prawda należałam do Uniwersytetu Warszawskiego, ale kiedy nadarzyła się okazja, byłam w Lublinie i był uniwersytet, to oczywiście od razu się zapisałam i mam nawet zaliczony rok na KUL-u. Potem jednak się okazało, że Uniwersytet Warszawski będzie miał chwilową siedzibę w Krakowie. Wyjechałam więc do Krakowa, żeby wrócić na rodzime studia. Tam zainteresowałam się wydziałami, o których przedtem niewiele wiedziałam. Chodziłam na romanistykę, gdzie profesorem był Stanisław Wędkiewicz, bardzo wybitna osobowość, który później prowadził stację PAN w Paryżu, i to tam ponownie się z nim zetknęłam.


Okres krakowski był jednak krótki. Nie było mnie stać, żeby się samodzielnie utrzymać. To nie było proste, zwłaszcza że środowisko krakowskie było mi zupełnie obce. W tym czasie literackim centrum Polski była Łódź. Postanowiłam tam się przenieść i znaleźć jakąś pracę, co zresztą nie było takie trudne. Wychodziła „Kuźnica”, pismo lewicowe, z częścią kulturalną. Starano się tam ocalić wartości intelektualne i pogodzić je z marksizmem. A ponieważ skupili się wokół pisma ludzie ciekawi, to właściwie chętnie zatrzymałam się w Łodzi i byłam tam chyba pełny rok. Zresztą wtedy przydzielono mi jakieś miłe mieszkanie. W „Kuźnicy” od razu przyjęto do druku moje wiersze, były nawet na pierwszej stronie.


W tym okresie wahałam się, jak mam się zachować wobec nowej sytuacji i władzy. Ale w grupie wszyscy postanowiliśmy jednak zaistnieć. Wiedzieliśmy, że to potrwa jakiś czas, a chwilowo nie narażało nas to na żadne poważniejsze ustępstwa polityczne. Pamiętam, że kiedy byłam w Łodzi, ktoś ze znajomych zapytał, czy nie zapisałabym się do partii, a na to Stefan Żółkiewski, który był bardzo partyjny, ale był też z nami zaprzyjaźniony, wypowiedział słowa, które do dziś pamiętam: „No, no, to już strzela się do ludności cywilnej”. Wiedział, że ja do partii nie wejdę, zważywszy nie tylko na moje zachowanie, ale także na to, co pisałam i jak się wypowiadałam, bez żadnych zresztą ostentacji.


Nigdy nie należałam do redakcji „Kuźnicy”. Byłam współpracownikiem. Zwracano się do mnie, kiedy potrzebne były tłumaczenia z francuskiego. Powierzano mi także prowadzenie kroniki francuskiej. Dostawałam do dyspozycji głównie komunistyczne kwartalniki czy miesięczniki, ale korzystałam z tego i lubiłam ten przegląd, ponieważ dawał mi wgląd w prasę francuską. W tym czasie byliśmy naprawdę odcięci od wszystkiego. Dzięki temu rocznemu pobytowi w Łodzi poznałam środowisko pisarskie i zostałam do niego przyjęta. To było bardzo wzbogacające, przewijali się inteligentni ludzie o zróżnicowanych poglądach. Z „Kuźnicą” był na przykład związany Adolf Rudnicki. Zresztą „Kuźnica” nie była zaparta w sobie, chociaż miała taki zły moment, kiedy zaczęła zwalczać niektórych pisarzy. Pamiętam, że zdarzały się takie „wycieczki” na przykład w stronę Zofii Nałkowskiej czy Jarosława Iwaszkiewicza, akurat pisarzy przedwojennych, którzy naprawdę mieli dorobek i usuwanie ich na margines literatury polskiej było niezdrowe.


Nie zgadzam się jednak z tym, że okres peerelowski był literacko bezowocny. Był okropny, ale powstała wtedy bardzo dobra literatura. Tworzyli ją jeszcze pisarze przedwojenni: Iwaszkiewicz, Słonimski, właściwie cała ekipa ludzi z tamtego czasu. A teraz, kiedy już jesteśmy swobodni i wolni, literatura została puszczona samopas i właściwie nie bardzo wiadomo, co ma ze sobą zrobić, w jakim pójść kierunku. Myślę, że to się wyklaruje. Zawsze jestem dobrej wiary, zwłaszcza jeżeli chodzi o naszą poezję, która ma mocną pozycję na świecie, więc trzeba się tego trzymać. Ale niestety, mnoży się też dyletanckie pisanie, tak ohydne, że właściwie może wszystko zatrzymać, bo jak się rzuci dużo śmieci na drogę, to trudno przejść. Ludzie, którzy raz w życiu trafią na tomik poezji, który im się nie spodoba albo nawet ich obrazi, już nigdy w życiu nie będą czytać wierszy.


Łódź to było właściwie moje wejście do literatury polskiej. W każdym razie w tamtejszym środowisku literackim zdarzały się zaskakujące rzeczy; można było przyjrzeć się temu, jak są zdobywane miejsca, fundusze, jak wygląda walka o honoraria, jak często ludzie podstawiają sobie nogę. To było przykre, ale oczywiście nie byłam na tyle naiwna, żeby nie rozumieć, że taki porządek nie należy do rzadkości. Ale jeżeli dotyczy to ludzi, do których mam zaufanie, to oczywiście jest to rozczarowujące. Jednym z ważnych wydarzeń w Łodzi był dla mnie kontakt z Ważykiem i jego prośba, żebym przetłumaczyła kilka wierszy do antologii poezji francuskiej, którą akurat przygotowywał. Przełożyłam wtedy W sercu świata Cendrarsa, piękny poemat, i byłam szczęśliwa, że go tłumaczę. Naprawdę puchłam z zadowolenia, kiedy pisząc o tej antologii, Miłosz wyróżnił moje tłumaczenie. To był bardzo ważny moment, kiedy się ośmieliłam, a właściwie Ważyk mnie ośmielił; widocznie uważał, że poeci, których mi daje, są mi bliscy, i miał rację. Bardzo cenię Cendrarsa, a także Reverdy’ego, którego tłumaczyłam na własną rękę, bo Ważyk uważał, że jest nieprzetłumaczalny. Przełożyłam go, lepiej czy gorzej, ale jest dostępny, i wiem, że wielu poetów korzysta z tych PIW-owskich wydań, w których był Reverdy. Współpraca przy antologii była doskonałym wstępem do tego, co potem robiłam w Paryżu.


Jak wiadomo, przypadek działa w życiu człowieka. Byłam kiedyś na przyjęciu i tam zobaczył mnie Żółkiewski, który akurat rozmawiał z minister oświaty Krassowską. Powiedział, że są dwa stypendia, które rząd francuski zafundował Polakom, i zapytał, czy nie chciałabym pojechać. Bardzo się ucieszyłam, że ucieknę od tego wszystkiego, co się wtedy w Polsce działo. Drugą stypendystką była Joanna Guze, która została wybitną tłumaczką: przekładała Amiela, Chateaubrianda, Camusa, Dumas, Gide’a, Malraux… Ma na swoim koncie kilkadziesiąt pozycji, po Boyu to ona najwięcej przetłumaczyła z francuskiego. Często jej coś podsuwałam, bo mi zależało, żeby niektóre rzeczy zostały przełożone na polski, i ona chętnie słuchała, ale także sama miała wyraziste gusty. Potem współpracowałyśmy: razem przetłumaczyłyśmy Dzienniki Delacroix. To jest jedna z moich ukochanych książek i często wracam do niej, bo daje spokój ducha i poczucie pewności, że jeżeli jest się artystą, to trzeba robić to, co się chce, i nie zważać na fakt, czy to się komuś podoba.


W 1947 roku wyjechałam do Paryża i mieszkałam tam przez trzy lata. Paryż to było właściwie moje pierwsze zetknięcie z Zachodem. Dzięki literaturze francuskiej łatwo się przystosowałam. Poznałam mentalność francuską, całkowicie odmienną od polskiej. I pewne rzeczy, które przedtem może by mnie raziły, tam wydawały mi się po prostu ciekawe i charakterystyczne dla tego narodu. Przez jakiś czas chodziłam do Alliance Française i chociaż już nie najgorzej znałam francuski, to oczywiście bardzo mi się to przydało. A kiedy potem się dowiedziałam, że także Miłosz chodził do Alliance Française, to naprawdę uznałam, że bardzo dobrze zrobiłam. W Paryżu byłam także szarpana przez różne namiętności. Najpierw oglądania, ponieważ jestem osobą, która bardzo lubi oglądać i patrzeć, dla której świat jest ciekawy prawie w każdej sytuacji. Wobec tego biegałam do muzeów, teatrów, opery. Oczywiście wszędzie na trzecie miejsca, bo nie miałam pieniędzy. Ale z tych trzecich miejsc równie dobrze słychać i właściwie widać też całkiem dobrze, a jak się ma lornetkę, to naprawdę nie jest najgorzej. Teatr był wtedy w rozkwicie. To był teatr Copeau i Jouveta, bardzo stare dzieje, naprawdę fantastyczny, klasyczny teatr. Potem już takiego teatru nie odnalazłam. Nawet w Komedii Francuskiej, która zresztą trzyma się pewnego stylu i na ogół nie można się tam spodziewać zmian. Mogłam też wtedy rozwijać moje zainteresowania malarskie, które są bardzo żywe. Więc oczywiście Luwr i wszystkie inne muzea. Nie było jeszcze wtedy muzeum d’Orsay, ale w Ogrodach Tuileries były Orangerie i Jeu de Paume, gdzie z przyjemnością chodziłam. Dowiedziałam się też, że w Paryżu jest Cinémathèque i mogę z niej korzystać z moją legitymacją Bibliothèque Nationale. I tam obejrzałam mnóstwo ciekawych filmów. Między innymi zobaczyłam całego Buñuela, którego do dziś jestem wielką wielbicielką. Zwróciłam wtedy uwagę, że nakręcił masę filmów, w tym dużo słabych, których w ogóle nie warto oglądać, chyba po to tylko, żeby zrozumieć, że człowiek genialny od czasu do czasu pisze czy tworzy coś wielkiego, a poza tym jest codzienna praca. Trzeba robić film, nawet kiedy scenariusz jest nieciekawy.


Po okresie wspaniałego szamotania się w Paryżu bardzo wcześnie zrozumiałam, że niewiele zdziałam, jeżeli będę tak żyła. Narzuciłam więc sobie pewną dyscyplinę. Codziennie rano, możliwie przed dziewiątą, chodziłam do Bibliothèque Nationale przy rue Richelieu. Dostać się tam nie było łatwo, bo żeby mieć stałe miejsce, trzeba było się posłużyć zaproszeniem francuskiego ministerstwa kultury. Kiedy je uzyskałam, musiałam się tam stawiać, bo inaczej by zauważono, że miejsce nie jest zajęte. Ale chodziłam tam z przyjemnością. Zajmowałam się głównie poezją francuską, symbolizmem końca XIX wieku. To był początek, zanim moim zdumionym oczom ukazał się Apollinaire, z którym przeżyłam wiele lat. Napisałam jego monografię i wspólnie z mężem tłumaczyłam także jego wiersze. Chodzenie do biblioteki wyrobiło we mnie rodzaj nawyku; kiedy jestem w Paryżu, wydaje mi się, że natychmiast powinnam pójść do Bibliothèque Nationale. Ale oni bardzo zaostrzyli kryteria i nawet nie wiem, czy by mnie jeszcze przyjęli. Miłe było to, że odnajdowało się tam różnych ludzi, którzy godzinami potrafili siedzieć przy tych samych foliałach. Wychodzili tylko na papierosa albo tak jak ja w porze lunchu. Ponieważ stypendium nie było wysokie, kupowałam bagietkę z szynką albo z serem i jakiś owoc, na przykład banany. Przy bibliotece jest ładny skwerek, gdzie siadałam z moim drugim śniadaniem i zjadałam je, przyglądając się ludziom.


W Bibliothèque Nationale miałam kiedyś zabawne zdarzenie. To było już w okresie, kiedy zaczęłam się interesować Apollinaire’em, który zajmował się między innymi bardzo nieskromną literaturą, która była na indeksie. Opowiadania o uwiedzionych paniach, niesamowite i obsceniczne historie. Postanowiłam, że jednak muszę się z tym zapoznać, że nie ma powodu, żebym to zostawiła, a więc wypisałam rewers. Zawsze przychodził woźny i przynosił książki, które potem brało się już z kontuaru. Tym razem podszedł do mnie troszkę zafrasowany i przekazał, że jestem proszona do gabinetu dyrektora. Także dyrektor trochę się kręcił, był miły i odnosił się do mnie z szacunkiem, jako że Polka zajmuje się Apollinaire’em, ale powiedział, że ma problem, bo te książki znajdują się na indeksie. Przechowują je w tak zwanym enfer, bibliotecznym piekle, i są wydawane tylko w bardzo szczególnych przypadkach. „A tu widzę — mówi — taka młoda pani, zastanawiam się, co mam z panią zrobić”. Odpowiedziałam, że piszę o tym poecie. Wówczas dyrektor zgodził się i dostałam te książki. To była taka ogniowa próba czytania.


Moje stypendium francuskie przedłużono na drugi rok. Widocznie sprawozdania, które musiałam pisać co pół roku, były przyzwoite. Ze względów prywatnych chciałam zostać w Paryżu dłużej. Byłam związana z Ksawerym Pruszyńskim, wówczas posłem w Hadze. Zrozumiałam, że jedynym sposobem, aby przedłużyć pobyt o kolejny rok i samodzielnie się utrzymać, było zapytać w ambasadzie, czy nie potrzebują kogoś do spraw kultury. W ambasadzie sprawami kultury zajmował się Juliusz Żuławski, ambasadorem był Jerzy Putrament, ja zostałam referentem do spraw kultury. Nie było to stanowisko wysokie, choć później można było poszybować wyżej. Nie miałam jednak takich zamiarów, chciałam tylko wykonać to, co konieczne, i wrócić w swoim czasie do Polski. Miałam bardzo dobre warunki: osobny pokój i sekretarkę. Natomiast jeśli chodzi o resztę ambasady, wyczuwałam kompletną izolację, ponieważ byli tam na ogół ludzie partyjni, wtajemniczani w sprawy, które nie powinny oglądać światła dziennego. A poza tym do mojego pokoju prawie nikt nie zachodził, bo nie było interesów. Przychodzili tylko polscy stypendyści, którzy mieszkali w Paryżu. Wtedy poznałam między innymi Piotra Słonimskiego, znakomita postać i bardzo wybitny naukowiec. Zachodzili też polscy kompozytorzy, którzy zwracali się do ambasady o pomoc. Miło było poznać tych ludzi. Ambasada dawała też szansę spotkania z osobami, z którymi normalnie bym się nie zetknęła. Zapraszali tam artystów o lewicowych przekonaniach. Spotkałam Aragona i Elzę Triolet, w ambasadzie bywał Picasso. Francja była wtedy bardzo lewicująca i ku mojemu zdumieniu komunizm był, niestety, dobrze przyjmowany. Na przykład Marguerite Duras była komunistką. Claude Roy, z którym bardzo się przyjaźniłam, też był początkowo komunistą, a potem przyjeżdżał do Polski i wspierał opozycję.


W czasie tego trzyletniego paryskiego pobytu miewałam także wakacje. Jeszcze w okresie studenckim odbyłam podróż, na wpół pieszo, na wpół autobusem, z dwoma pisarzami. Z Zygmuntem Kałużyńskim, który był moim pierwszym mężem, i z Wilhelmem Machem, którego nazwisko zapisało się w literaturze polskiej, był człowiekiem ogromnie sympatycznym, koleżeńskim. I wędrowaliśmy tak we trójkę. Chodziło o to, żeby dotrzeć do morza, w okolice Nicei. Po drodze zatrzymywaliśmy się gdziekolwiek, często spaliśmy na sianie, nie było jeszcze żadnych auberges de jeunesse. Ale byłam wtedy w wieku, kiedy nie sprawiało mi to różnicy. No i wówczas pokochałam Prowansję. W Nicei na plaży byliśmy w pobliżu bardzo drogich hoteli i bogatych cudzoziemców, a wracaliśmy znów jak studenci. Ponieważ potrzebuję widoku morza, na wakacje jeździłam też do Bretanii i Normandii. Podróżowałam przez Francję z Ksawerym Pruszyńskim. To była wspaniała wędrówka, bo zatrzymywaliśmy się we wszystkich miastach, gdzie tylko można było stanąć. Wtedy nie każdy rozporządzał autem, więc to była świetna okazja do poznania kraju. Dojechaliśmy do granicy hiszpańskiej i tam spędziliśmy resztę wakacji, w bardzo pięknym krajobrazie, wśród Basków, którzy niestety, nie mogą pochwalić się kuchnią. Ale nie cierpieliśmy specjalnie z tego powodu.


Ksawerego Pruszyńskiego poznałam w sposób nieoczekiwany. Wiedziałam oczywiście, kim jest i co pisze, ale pewnego razu zostałam zaproszona przez zastępcę ambasadora na obiad, gdzie byli Ważyk, Bieńkowski i Pruszyński. To było bardzo zabawne: kiedy siadaliśmy do kawy, on szybko umieścił się koło mnie i już nie odstąpił mnie do końca. Taki był początek. Jeszcze nie był wtedy posłem w Hadze, wyjechał potem do ONZ do Stanów Zjednoczonych, wrócił do Hagi i wtedy nasze stosunki były bardzo ożywione. Przyjeżdżał do Paryża, a ja jeździłam do Hagi i do Amsterdamu. Spędziłam tam kiedyś Boże Narodzenie, poznałam jego dzieci. Przy okazji zobaczyłam Holandię, która jest miejscem zupełnie cudownym. Właściwie marzę, choć pewnie tego już nie zrealizuję, żeby jeszcze raz tam pojechać.


W 1950 roku w Paryżu zaczęto bardzo sekować Polaków podejrzanych o członkostwo w partii. Mało kto wie, że Zbigniew Bieńkowski został wysiedlony przez Francuzów i przez wiele lat nie miał prawa powrotu do Francji, ponieważ prowadził propagandę na Północy, wśród polskich robotników. Mówię o tym dlatego, że wtedy w ambasadzie postanowiono zatrzymać tylko ludzi całkowicie pewnych, do których ja prawdopodobnie nie zostałam zaliczona. Wykonywałam swoje obowiązki, ale wiedzieli, że kiedy przyjdzie chwila próby, nie zachowam się tak, jakby tego oczekiwali. Putrament wezwał mnie na rozmowę i powiedział, żebym wróciła do Polski, bo stosunki z Francuzami uległy ochłodzeniu. Tak więc wyjechałam w 1950 roku. Wróciłam do Polski i zamieszkałam w Oborach. Wtedy Obory nie były jeszcze rozbudowane, właściwie było tam miejsce dla kierowniczki i ewentualnie dla kogoś jeszcze. Spędziłam tam prawie rok, zanim dostałam mieszkanie. Zetknęłam się tam także z Tadeuszem Peiperem. To było dla mnie wielkie przeżycie, ponieważ cenię go także jako poetę, chociaż jego poezja jest dla mnie bardzo daleka. Ale też czasy były inne i futuryzm odmienny. I było nas tam dwoje, bo on podobnie jak ja nie miał gdzie mieszkać.


Kiedy byłam w Oborach, utrzymywałam kontakt listowny z Ksawerym Pruszyńskim. W pewnym momencie napisał, że wezwano go do Polski, że przyjedzie i od razu zajedzie do Obór. Przygotowałam mu pokój i tego ranka czekałam, bo miał wyjechać wcześnie i dotrzeć popołudniem. Pamiętam, że był piękny dzień, pełno kwiatów, byłam na spacerze. Wtedy zawołali mnie do telefonu i powiedzieli, że jest ranny w wypadku, a potem (podobno tak się stopniuje), że zginął. Później rozeszła się wiadomość, że wracał na ślub ze mną. I został taki mit, ale on jechał po prostu się ze mną zobaczyć i postanowić co dalej. Było wiadomo, że nie utrzyma się długo na placówce, bo był ideologicznie daleki, a poza tym musiał coś robić w Polsce. A ludzie jego typu byli wtedy w Polsce źle widziani. To wyglądało tak, jakby chcieli się go tutaj pozbyć.


Tak upadła część moich życiowych planów. Upłynęło kilka smutnych dla mnie lat, samotnych, mimo że zawsze miałam przyjaciół. Zaprzyjaźniłam się wtedy z Jerzym Turowiczem, który okazał mi ogromnie dużo serca. Niedawno odnalazłam trzy listy z pierwszego okresu naszej znajomości, kiedy jeszcze byliśmy na pan i pani i kiedy on chciał się ze mną zobaczyć, żeby mnie jakoś rozerwać. Trzeba było wtedy wszystko na nowo zaplanować, jakoś się umieścić w polskiej rzeczywistości. Na szczęście dostałam mieszkanie, ładną kawalerkę przy Partyzantów. Pracowałam wtedy w dziale reportażu tygodnika „Świat”, który w stanie wojennym został zlikwidowany. Moje życie polegało głównie na pracy, i to przede wszystkim pracy zarobkowej. Stosunkowo mało kontaktowałam się ze światem, z ludźmi, choć muszę przyznać, że zaznałam wówczas wiele serdeczności i zawiązałam nowe znajomości.


Potem wszystko się zmieniło. Poznałam Artura Międzyrzeckiego. Ale to już osobny rozdział.


JULIA HARTWIG
notowała Anna Arno

JULIA HARTWIG ur. 1921, zm. 2017. Poetka. Stale w „ZL” od nru 15., poświęciliśmy jej „ZL” 115. Nakładem Zeszytów Literackich ukazała się jej korespondencja ze Zbigniewem Herbertem, tom Błyski zebrane oraz Dziennik amerykański.

ANNA ARNO ur. 1984. Ukończyła historię sztuki w Institute of Fine Arts, New York University. Laureatka Nagrody „Zeszytów Literackich” za debiut. Ogłosiła Niebezpieczny poeta. Konstanty Ildefons Gałczyński (Znak), Okna (Zeszyty Literackie), Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker (słowo / obraz terytoria), a ostatnio tom opowiadań Ten kraj (Wydawnictwo Literackie). Nakładem wydawnictwa Iskry wkrótce ukaże się jej biografia Konstantego A. Jeleńskiego.


* Fragment wypowiedzi Julii Hartwig do filmu Andrzeja Wolskiego zrealizowanego dla serwisu „Web of stories”. Wybór i oprac. Anna Arno i red. „ZL”.


Zobacz także
JULIA HARTWIG
JULIA HARTWIG, Podróżwanie, „ZL” 2011 nr 3/115
JULIA HARTWIG, Wyzwanie, „ZL” 2014 nr 1/125
JULIA HARTWIG, Wiersze, „ZL” 2011 nr 2/114
JULIA HARTWIG, Mieszkać w Brooklynie, „ZL” 2011 nr 3/115
JULIA HARTWIG, Wiersze, „ZL” 2011 nr 3/115