JULIA HARTWIG, Mieszkać w Brooklynie

Most Brookliński, chromolitografia z 1883 r. Domena publiczna

Mieszkać w Brooklynie*

Przebywając na co dzień w Brooklynie, spędzając tam noce i dni, można niemal zapomnieć o istnieniu Manhattanu, o Piątej Avenue, o Times Square i o wypełniającym go tłumie, można zapomnieć o Greenwich Village, Central Parku i położonym na północnym Manhattanie Uniwersytecie Columbia, o MOM-ie i Muzeum Sztuki Współczesnej, o beniaminku amatorów sztuki, jakim jest Frick Museum.


Tak się złożyło, że od kilkunastu już lat, przyjeżdżając do Nowego Jorku, zatrzymuję się właśnie w Brooklynie, gdzie mieszka moja córka Daniela. Przebywając tam przez kilka kolejnych dni lub tygodni, i ja zapominam czasem, że istnieje Manhattan i zadowalam się podziwianiem go z nadbrzeża East River, skąd rysuje się wyrazisty profil manhattańskich wieżowców powielany na tysiącach pocztówek. Na lewo, w dali, majaczy Statua Wolności, na prawo biegnie słynny most Brooklyński opiewany przez Majakowskiego i Crane’a. Ten most, łączący Brooklyn z Manhattanem i budzący niegdyś podziw jako arcydzieło nowoczesnej techniki, jest zapewne najsłynniejszym mostem Nowego Jorku, choć może się dziś wydawać jedynie zasłużonym staruszkiem w porównaniu z zachwycająco lekką architekturą mostu Verazzano. A jednak pozostał nadal jednym z romantycznych symboli Nowego Jorku. Ile scen miłosnych rozgrywających się w cieniu tego mostu, lub pośród dekoracji, nakręcono w starych amerykańskich filmach, ile na tym moście odbyło się sentymentalnych filmowych pożegnań, ile skoków samobójczych ten most naprawdę widział i ile ich na taśmie filmowej symulowano.


Największą zaletą Brooklynu jest właśnie to, że nie jest Manhattanem. Ulice rozległe, ale spokojne, kamienice niewysokie i podobne do swoich mieszkańców: nierzucające się w oczy, skromne i pogodzone ze swoim miejscem; nieduże sklepy z żywnością, wszystko to zdaje się nadawać tej dzielnicy charakter prowincjonalnego miasta. Ale to tylko pozór. Jest to najgęściej zaludnione county borough Nowego Jorku, liczące przeszło dwa i pół miliona mieszkańców, których znaczna część zatrudniona jest w dobrze prosperujących, niewielkich warsztatach przemysłowych i usługowych. Być może właśnie ta zmniejszona skala w stosunku do przemysłowych gigantów, z jakich słynie Ameryka, sprawia, że w Brooklynie tak łatwo się zadomowić i poczuć w miarę swojsko. Nie ma tu imponującego bogactwa, są jednak okolice takie jak Brooklyn Heights, położone blisko nadbrzeża zwanego Panoramą i uchodzące za jedną z najelegantszych części Brooklynu, gdzie wyczuwa się z miejsca atmosferę zamożności, wygody i dobrego smaku, gdzie za kawę w cukierni płaci się drożej niż kilka ulic dalej, a standard życia jest wyczuwalnie wysoki. I tu jednak są takie miejsca, gdzie koczują młodzi ludzie, gdzie można czegoś się napić, zjeść kanapkę i rozgościć się na miękkiej kanapie z gazetą lub z książką. Jednym z takich miejsc jest kawiarnia Starbucks Coffee przy Monsague Street, należąca do sieci kawiarń o tej samej nazwie, które napotkać można we wszystkich nowojorskich dzielnicach.


Przyjęte jest tu dosiadanie się do zajętego już przez kogoś stolika, kiedy lokal jest pełen. Do mojego przysiadł się wysoki chudy mężczyzna z czarnym wąsem i w kowbojskim kapeluszu, który po przeczytaniu gazety zajął się przepakowywaniem torby podręcznej, a kiedy opuścił swoje miejsce, zastąpiła go studentka z laptopem.


Podobnie jak inne dzielnice Nowego Jorku, również Brooklyn nie ma jednolitego charakteru. Dom, w którym goszczę, będąc w Stanach, znajduje się w części zwanej Carroll Garden i od wielu dziesiątków lat sąsiaduje z innymi zacnymi, dwupiętrowymi kamieniczkami, którym od frontu i często na zapleczu towarzyszą niewielkie, wdzięczne ogródki. Okolice te zamieszkują przeważnie Włosi, katolicy. Podczas ostatniego pobytu, w październiku, byłam świadkiem niezwykłej procesji, w której obwożono na odkrytej platformie posąg Matki Boskiej okrytej kirem. Na przedzie pochodu sunęło bardzo powoli auto, w którym siedział ksiądz błogosławiący zebrany tłum i ubrani na czarno miejscowi dostojnicy. Niestety, nikt z przechodniów nie umiał mi wyjaśnić, na jaką pamiątkę odbywała się ta niezwykła uroczystość.


Jeśli mówię, że w tej części Brooklynu dominuje sąsiedztwo włoskie, znaczy to tylko tyle, że Włosi przeważają tu liczebnością nad Irlandczykami, Latynosami czy Polakami. Obserwując te skromnie żyjące rodziny przybyłe tu przed laty z Italii, trudno skojarzyć je ze złowrogimi działaniami mafii, wiadomo jednak, że i Brooklyn nie jest od nich wolny. Wycieczka na zamarłe od lat nadbrzeże zwane Red Hook — co jest użyciem pars pro toto, nazwa ta obejmuje bowiem obszerniejszą część dystryktu — przypomina czas wielkiego boomu tej dzielnicy, kiedy tętniło tu życie, ładowne statki przybijały do przystani, a świecące dziś pustkami okazałe budynki, stanowiące często przykład pięknej architektury przemysłowej, służyły za składy kontenerów, biura i siedziby agencji portowych. (Tu powstał słynny film z Marlonem Brando Waterfront, Na nadbrzeżu). Życie toczyło się ostro, interesy nie zawsze musiały być czyste, działania mafii często bezkarne. Kiedy okazało się, że w rozwijającym się porcie New Jersey koszty eksploatacji mogą być dużo niższe, wybrzeże brooklyńskie nie wytrzymało konkurencji. Okolica wygląda dziś jak wymarła, choć nadchodzą dla tutejszego portu lepsze czasy i już teraz, podobnie jak w połowie ubiegłego wieku do fabrycznego Soho na Manhattanie, ściągają tu artyści, którzy wykorzystują pomieszczenia przemysłowe jako pracownie malarskie.


Utarło się przekonanie, że Brooklyn to dzielnica zamieszkana głównie przez ludność żydowską. Stanowi ona rzeczywiście znaczną część tutejszej populacji, a najliczniejsze, zwarte skupisko żydowskie znajduje się w części zwanej Borrough Park, gdzie nierzadko spotkać można ortodoksyjnych Żydów w czarnych kapeluszach i w chałatach. Północną część dzielnicy upodobali sobie Afroamerykanie, Rosjanie amerykańscy wybrali okolice Brighton Beach, w pobliżu oceanu.


Zalety Brooklynu — spokój i powolniejsze niż na Manhattanie tempo życia — zachęcają do osiedlania się tutaj pisarzy. Mieszkanką Brooklynu była znakomita poetka Marianna Moore, która nim objęła redakcję pisma poetyckiego „Diale”, prowadziła bibliotekę na Brooklynie; mieszkał tu również Henry Miller; w pobliżu parku brooklyńskiego i muzeum, w części najbardziej „światowej” mieszka dziś Paul Auster, autor powieści tłumaczonych w Polsce. Na Brooklynie mieszkał Josif Brodski.


Kiedy po dłuższej przerwie powraca się do obcego kraju, w którym byliśmy zadomowieni, powracają wraz z nami nasze ówczesne nawyki. Takim nawykiem była dla mnie codzienna lektura „New York Timesa”. I choć w podobnej sytuacji czytywałam we Francji „Le Monde”, radość z lektury tej nowojorskiej gazety wielokrotnie przewyższała formalną i sztywną satysfakcję, jaką dawała francuska gazeta. „New York Times” to jedyne chyba pismo, w którym nawet sekcja poświęcona ekonomii nie nudzi mnie, tak świetnie jest redagowana. Gazecie tej zawdzięczam również impuls do napisania cyklu wierszy zebranych w tomiku Wiersze amerykańskie. Kilka z nich powstało pod wpływem lektury kroniki wypadków, z której można było wyłowić wydarzenia tak zabawne i działające na wyobraźnię, że prosiły się po prostu o formę trwalszą niż relacja dziennikarska.


Podczas ostatniego pobytu mniej interesowała mnie już kronika wypadków miejscowych. I na świecie, i w Stanach działo się tyle rzeczy ważnych i zatrważających, że dostęp do światowej prasy stanowił wyjątkową wprost okazję do zyskania wyraźniejszej perspektywy.


Pochłonęło mnie to, co najbliżej: Nowy Jork pięć lat po zamachu 11 września. Z lękiem i drżeniem pojechałam na miejsce ówczesnej tragedii. Była niedziela i tłumy ludzi przyszły tu w podobnym jak ja celu, z dziećmi i całymi rodzinami; grupy młodzieży, młode pary, wszyscy stłoczeni wzdłuż ogrodzenia oddzielającego zmasakrowany teren od reszty śródmieścia i wpatrzeni w jednym kierunku, tam, gdzie rozciąga się głęboki i rozległy wykop w ziemi, przecięty szynami, po których krążą wagoniki przewożące gruz i sprzęt. Wykop jest tak ogromny, że porzucone tam po dniu pracy auta i ciężarówki, oglądane z góry, przypominają dziecinne zabawki. Na miejscu niedawnego cmentarzyska powstał dziś gigantyczny plac budowy. Wielu z tych, co tu przyszli, zachowało pod powiekami wizję tamtego dnia, kiedy wydawało się, że nastąpi już koniec miasta. Dziś znów w porannej prasie ukazała się wiadomość, że robotnicy zatrudnieni przy koparkach natknęli się na zwłoki ofiar wybuchu, choć zdawało się, że poszukiwania zostały już ostatecznie zakończone.


Z okazji piątej rocznicy zamachu przypomniano też w gazetach nazwisko ówczesnego burmistrza miasta Rudy’ego Giulianiego, jednego z bohaterów tamtych dni, który nie tylko sam brał udział w ratowaniu ludzi, ale potrafił opanować sytuację w mieście i zorganizować współpracę służb miejskich ze strażakami, którzy swoją ofiarnością i odwagą zasłużyli na trwałą wdzięczność nowojorczyków. Świadomość dzisiejszego mieszkańca tego miasta naznaczona jest z pewnością pamięcią o terrorystycznym ataku i poczuciem stałego zagrożenia, temat ten jednak niechętnie poruszany jest w rozmowach.


W czasie mojego pobytu nie trafiłam na żadną głośną wystawę malarską w Nowym Jorku, choć z pewnością wydarzeniem była ekspozycja dzieł Fragonarda, pomysłowo związana przez organizatorów z 250-leciem urodzin żyjącego w tej samej epoce Mozarta; Muzeum Fricka przypominało o sobie z okazji wystawienia nowego znakomitego nabytku, jakim jest tryptyk Cimabuego; w Muzeum Brooklyńskim otwarto wystawę znakomitej fotografki Annie Leibovitz, przyjaciółki Susan Sontag; fotogramy tej artystki mieliśmy okazję oglądać w Zamku Ujazdowskim w Warszawie. Do listy wydarzeń kulturalnych trzeba też zaliczyć wystawę obrazującą dzieje komiksu, sztuki, która zapoczątkowana w Stanach Zjednoczonych zdobyła sobie publiczność we wszystkich krajach świata. Nobilitacji komiksu dokonał artysta należący do amerykańskiej grupy abstrakcyjnych ekspresjonistów Roy Lichtenstein, który w swoich obrazach, odznaczających się nieskazitelnym rysunkiem, nawiązywał do poetyki komiksu. W Lincoln Center pokazano dwa filmy, których bohaterem jest Glenn Gould, nieżyjący już dziś Kanadyjczyk, znakomity wykonawca dzieł Bacha. Jako wielbicielka Goulda wiele bym dała za obejrzenie tych filmów, zwłaszcza że doradcą realizatora był Bruno Monsaingeon, na którego powołuje się Stefan Rieger w swojej znakomitej monografii poświęconej wirtuozowi.


Jesienią odbył się też w Nowym Jorku festiwal filmowy, na którym szczególnym zainteresowaniem cieszył się przegląd czarno‑białych krótkich metraży sięgający lat sześćdziesiątych. Lekkie i niewielkie aparaty z ośmiomilimetrowymi taśmami wprowadzone przez Kodaka do użytku domowego w 1932 roku spodobały się artystom. Filmy te, z których najdłuższy trwa dwadzieścia minut, cenione są za przewagę akcji nad dialogiem, za wynalazczą awangardowość i zaangażowanie emocjonalne.


Mówiąc o wydarzeniach kulturalnych, warto wspomnieć za „New York Timesem” o sytuacji na rynku księgarskim, który — co brzmi paradoksalnie — cierpi na nadmiar publikacji. W związku z tym wiele wydawnictw przesunęło terminy kolportażu nowych książek na okres późniejszy. Tytuły, o których się mówi, to nowa książka Normana Mailera Zamek w lesie i Pieśń misji Johna Le Carré. Statystyki przynoszą pokrzepiającą wiadomość, że ostatnio czytelnictwo w Ameryce wzrosło. Niepokojący jest natomiast spadek bywalców w operze, na co szuka się lekarstwa w postaci obniżenia cen biletów. Opera pozyskała na ten cel specjalne fundusze, również z rąk prywatnych mecenasów.


W „New York Timesie” znalazłam pewnego dnia wiadomość, która poruszyła mnie osobiście. Dotyczyła ona działaczki katolickiej, pisarki, założycielki pisma „Catholic Worker”, Dorothy Day, i jej losów pod koniec życia. Wspomina ją mieszkaniec wyspy Staten Island, właściciel tamtejszej restauracji, Walter Stojanowski, który był sąsiadem Dorothy i w potrzebie zaopatrywał ją w jedzenie. Ta niezwykła osoba, której kanonizacja jest brana pod uwagę przez Watykan, spędziła dzieciństwo i lata pierwszej młodości na Staten Island i postanowiła na starość powrócić tam, gdzie ukształtowała się jej osobowość i wiara i gdzie spokojnie mogłaby oddać się pisaniu. Po jej śmierci skromny dom, w którym mieszkała, odwiedzany był przez turystów, których oprowadzał jej biograf Jim O’Grady. Działo się tak do czasu, kiedy mimo zabiegów ze strony miejscowych władz właściciel tej części wyspy zburzył domek buldożerem, planując postawienie w tym miejscu nowoczesnego budynku.


Być może istnienie Dorothy Day nigdy by mnie bliżej nie obeszło, gdyby nie wspomnienie tego dnia, kiedy po spotkaniu z Jerzym Turowiczem w Nowym Jorku odprowadzaliśmy go do niesławnej dzielnicy alkoholików i rzezimieszków Bowery, gdzie w redakcji „Catholic Worker” Jerzy miał się spotkać właśnie z Dorothy Day. Odtąd nazwisko jej zadomowiło się w mojej pamięci, a wiadomość znaleziona w „New York Timesie” o zburzeniu jej domku też mnie, podobnie jak pana Stojanowskiego, zasmuciła.


Poruszając się po Nowym Jorku wśród gęstego matecznika wieżowców w ustalonym rytmie nowojorskiego dnia, łatwo zapomnieć, że znajdujemy się w mieście, które jest największym portem Stanów Zjednoczonych, że jego matką jest ocean, najszersza brama łącząca go ze światem i zarazem dzieląca go od niego; że jego wody zlewają się z wodami East River i Hudson River opływających Manhattan i Brooklyn.


„Ludzie tutejsi zapominają, że w istocie życie ich toczy się na wyspach. Mamy już dystrykt teatrów, dystrykt przemysłu odzieżowego, dystrykt kwiatowy i nawet dystrykt diamentowy, nie mamy jednak dotąd dystryktu nadoceanicznego (Harbor District)” — oświadczył niedawno jeden z przedstawicieli rady miejskiej, podając do wiadomości publicznej niezwykle atrakcyjny, z rozmachem pomyślany plan utworzenia takiego dystryktu. Obejmowałby on Dolny Manhattan, wyspy: Governors Island, Ellis Island i Battery Park City, tereny ciągnące się od skraju Brooklynu po Liberty State Park w Jersey City. Znalazłyby się tam liczne ogrody i zieleńce z widokiem na ocean, zadbano by o atrakcje rozrywkowe i centra kultury.


Zważywszy, że wyspę Ellis Island, do której przybijały niegdyś i dotąd przybijają statki z imigrantami ze wszystkich stron świata, odwiedza rocznie trzy miliony przybyszów, dystrykt taki byłby atrakcją nie tylko dla mieszkańców Nowego Jorku, ale również dla licznych turystów. Jeśli pomysł ten dojdzie do skutku, to za kilka lat obrzeża Nowego Jorku mogą ulec tak wielkiej zmianie, że z trudem można będzie je rozpoznać. Plaże nad oceanem stanowiły zresztą zawsze ulubione miejsca odpoczynku nowojorczyków. Październik nie jest zapewne najlepszą porą do wyprawy nad ocean, ale skoro właśnie w tym czasie znalazłam się w Nowym Jorku, postanowiłam nie odwlekać i poznać wreszcie uczęszczaną tłumnie, zwłaszcza latem, wyspę Coney Island. Wybrałyśmy się tam więc z córką.


Tak, to nie jest już Nowy Jork, pierwsze wrażenie przywodzi na myśl miejscowości podmiejskie z ubiegłego wieku, z rozrzuconymi chaotycznie i pociemniałymi od wiatrów i deszczów zabudowaniami, wśród których na plan pierwszy wybija się pstro pomalowana sylwetka nieczynnej już o tej porze roku karuzeli i szyld Jonathan’s, popularnej w Nowym Jorku restauracji samoobsługowej. Wchodząc w ten krajobraz, od razu czujemy się przeniesieni w świat odmienny od tego, z którego przybyliśmy, uderzający swoją egzotyczną swojskością. Dalej odsłania się już w całej swojej urodzie szeroka przestrzeń plaży i oceanu. Niebo jest świetliste i wysrebrzone, ocean spokojny, tylko o przybrzeżny skalisty przylądek rozbija się zagniewana tą przeszkodą, zbielała fala, nad którą unoszą się chmury szukających pożywienia mew. Wzdłuż plaży ciąg niskich baraczków z barami reklamującymi się jaskrawymi wywieszkami, wszystkie zamknięte na głucho. W jedynym, który jest otwarty, w Rubi’s, siedzi przy kontuarze dwoje najwidoczniej zaprzyjaźnionych z barmanem gości. Właściciel baru, stary brodaty Murzyn, znany przez bywalców pod imieniem Sam, wpuszcza nas do środka, choć przed chwilą odprawił dwie klientki, które podobnie jak my chciały napić się piwa; widać wpuszcza dzisiaj klientów „po uważaniu”. Z miejsca też wdaje się z nami w pogawędkę, do której przyłączają się jego przyjaciele, jak się okazuje mieszkańcy Greenwich Village; na ladzie leży ostatni numer „Village Voice”. Za chwilę wyrasta w szeroko otwartych na ocean drzwiach potężny olbrzym z nieprawdopodobną grzywą spadających mu spod czapki na plecy i ramiona siwych włosów. Postać jak z filmu Felliniego lub z fantastycznej bajki dla dzieci. Najwyraźniej miłe mu jest wrażenie, jakie na nas wywiera. Zdejmuje więc na naszą cześć czapkę, a potem ściąga z głowy wspaniałą kudłatą perukę, pod którą ukazuje się gładko zaczesana, siwiejąca już czuprynka. Tak, on też mieszka w Greenwich Village. Nasz Sam wydaje się wyraźnie zadowolony z nowego towarzyskiego układu. Przy okazji dowiadujemy się, że choć wszystkie bary są już nieczynne, za tydzień otworzą się na ostatni, uroczysty wieczór — a raczej noc — pożegnania z sezonem. Sam zaprasza nas na tę uroczystość, a żegnając się z nami, ceremonialnie całuje w rękę mnie i córkę, co jak wiadomo, nie należy w Ameryce do powszechnego obyczaju. Niebo nad oceanem zaczyna ciemnieć, mewy ucichły. Kierujemy teraz nasze kroki do Jonathan’s, gdzie na stojąco można pokrzepić się, do wyboru, pieczonymi ostrygami, zupą rybną lub podawanymi nad wszystkimi morzami świata tradycyjnymi fish and chips; wybieram zupę rybną.


JULIA HARTWIG

JULIA HARTWIG ur. 1921, zm. 2017. Poetka. Stale w „ZL” od nru 15., poświęciliśmy jej „ZL” 115. Nakładem Zeszytów Literackich ukazała się jej korespondencja ze Zbigniewem Herbertem, tom Błyski zebrane oraz Dziennik amerykański.


* Fragment Dzienników, które ukazały się nakładem Wydawnictwa Literackiego.


Zobacz także
JULIA HARTWIG
JULIA HARTWIG, Podróżwanie, „ZL” 2011 nr 3/115
JULIA HARTWIG, Wyzwanie, „ZL” 2014 nr 1/125
JULIA HARTWIG, Wiersze, „ZL” 2011 nr 2/114
JULIA HARTWIG, Z Lublina do Paryża, „ZL” 2011 nr 3/115
JULIA HARTWIG, Wiersze, „ZL” 2011 nr 3/115