JADWIGA WEŁYKANOWICZ, Lwowski rodowód

Spalona synagoga we Lwowie. Listopad 1918 r. Domena publiczna

[…] Byłam jeszcze za mała, by zrozumieć ogrom ówczesnych wydarzeń światowych. Ich echa docierały jednak do mnie. Przypominam sobie, jak po zakończeniu wojny powiedziano nam w szkole, że powstała Polska wolna i niepodległa. Przyjęłam to do wiadomości. Dopiero kiedy ojciec nieprzytomny z radości wpadł do domu i zaczął nam tłumaczyć, pojęłam, że stało się coś bardzo wielkiego. Ojciec mówił nam o krzywdzie wyrządzonej niegdyś Polsce, o tym jak to potężni sąsiedzi rozdrapali ją, podzielili między siebie, wysyłali patriotów na Sybir, aresztowali, wieszali. Że teraz wojna naprawiła tę krzywdę.
Świętowaliśmy w domu odrodzenie Polski uroczyście i smacznie — co miało specjalny urok w oczach i sercach tej młodszej połowy rodziny. Mama upiekła czysto wiedeńsko-austriacki Apfelstrudel, który w naszym domu uchodził za przysmak nad przysmaki.

Z tym momentem odrodzenia Polski łączą się przeżycia tak różne, tak mocne, że wryły się na zawsze w pamięć.

Lwów był od wieków zwany miastem kresowym. Leżał na wschodnich kresach Polski. Otoczony był ziemiami ukraińskimi. Chłop mówił po ukraińsku, jak się to u nas nazywało — po rusku. W moich pojęciach język ukraiński był normalnym językiem chłopa. Gdziekolwiek by mieszkał w Polsce. Kiedy pierwszy raz usłyszałam podwarszawskiego chłopa mówiącego po polsku, bardzo się zdziwiłam. We Lwowie jedna trzecia ludności była polska, jedna trzecia ukraińska i jedna trzecia żydowska. Część ludności żydowskiej mieszkająca w czysto żydowskich dzielnicach tworzyła jak gdyby getto zamknięte w sobie. Większość Żydów stała po stronie polskiej.

Nazajutrz po powstaniu Polski wybuchły we Lwowie walki polsko˗ukraińskie. Objęły prawie całe miasto. My mieszkaliśmy w dużym domu zamieszkałym wyłącznie przez urzędników dyrekcji kolejowej. Jeden front domu wychodził na ulicę Głęboką, drugi na Japońską. Na Głębokiej stali Polacy. Japońska znajdowała się w rękach Ukraińców. Można by powiedzieć, że znajdowaliśmy się na samym froncie walki. Mój najstarszy brat, Alek, był wtedy jeszcze bardzo młody, nie miał piętnastu lat. Nie był zbyt wysoki na swój wiek. Był bardzo szczupły, mniej więcej normalnego wzrostu. Pamiętam jak ojciec włożył mu na ramię karabin większy od niego i powiedział: „Jesteś już dość duży, aby walczyć o Polskę. Ja ci pokażę, jak należy się obchodzić z karabinem. Zobaczysz, to wcale nie jest trudne”. Alek był zachwycony. Mimo gwałtownych protestów mojej matki poszli walczyć. Wieczorem wrócili do domu. I było tak dzień w dzień, aż do końca wojny polsko-ukraińskiej.

Na pomoc Polakom przybyli do Lwowa hallerczycy, brygada czy dywizja, już nie pamiętam. Pamiętam tylko ich jasnoniebieskie mundury. Dzięki nim zwycięstwo przechyliło się szybko na stronę polską.
Nazajutrz po zwycięstwie hallerczycy upojeni radością poszli wyhulać się w dzielnicach żydowskich. Wraz z nimi ruszył motłoch. Pogrom trwał szereg dni. Do nas dochodziły tylko skąpe wiadomości. Dopiero po pogromie dowiedzieliśmy się, że na pierwszy ogień poszła bożnica. Kiedy tłum wpadł do niej, Żydzi rzucili się, by ratować swą największą świętość — zwoje Tory. Oblano ich naftą. Spłonęli żywcem razem z Torą.
Na cmentarzu żydowskim we Lwowie ich groby zgrupowane są wokół „grobu Tory”, znajdującego się pośrodku. Mama nas tam zaprowadziła. Płakaliśmy.
Nie wiem, ile było ofiar pogromu. Takich liczb nie ogłasza się. […]

Choć szczegóły pogromu doszły do nas później, wiedzieliśmy jednak, że w dzielnicy żydowskiej jest pogrom. Rodzina wujka Dawida, która tam mieszkała, przeniosła się wtedy do nas.
Ojciec biegał po domu jak zwierzę w klatce. Nigdy go takiego nie widziałam. Nie odzywał się do nikogo ani słowem. Raz wziął palto i rzucił się w stronę drzwi wejściowych. Ale tam stała już mama. Zamknęła drzwi na klucz i zatarasowała ojcu drogę.
— Nigdzie nie pójdziesz — powiedziała spokojnie.
— Puść mnie! Jestem dorosłym człowiekiem i mogę iść, gdzie chcę.
— Jesteś dorosłym durniem — rozkrzyczała się mama. — Nie dość się biłeś? Biłeś się o polski Lwów i nawet dziecko z sobą ciągnąłeś! Masz twój polski Lwów! Czego ci więcej trzeba? Chcesz się bić z hallerczykami? To już lepiej rzuć się od razu z okna. Masz o wiele bliżej.
Uderzyliśmy w straszny krzyk i płacz, cała czwórka razem z Alkiem. Ojciec popatrzył na nas.
Do dziś nie mogę zapomnieć wyrazu jego twarzy. To nie była twarz naszego taty. Cała zszarzała, oczy były jak martwe.
— Już dobrze dzieci — powiedział. — Już cicho. Nie bójcie się.
Poszedł do salonu i zamknął się tam na klucz. Rzuciliśmy się za nim i zaczęliśmy walić w drzwi. Mama nas powstrzymała.
— Dajcie mu spokój. On musi trochę odpocząć.
Nie odstępowaliśmy od drzwi. W salonie było cicho. Aż usłyszeliśmy skrzyp kanapy, znak, że ojciec się położył. Wtedy uspokoiliśmy się trochę. Ja nie myślałam wtedy wcale o pogromie, tylko o moim ojcu. Dalej bałam się o niego. Zygo i Giza także trzymali się podejrzanie cicho. Normalnie, kiedy dzieci były grzeczne, rodzice natychmiast wzywali doktora Majzelsa, naszego lekarza domowego. Tym razem mama tylko posłała nas szybko do łóżka.
Pierwszy raz w życiu modliłam się żarliwie. Tym razem bez naszych normalnych modlitw. Panie Boże, ratuj go — powtarzałam. Panie Boże, nienawidzę ich. Ratuj go. Niech się nie rzuci z okna. Nienawidzę ich, nienawidzę ich — powtarzałam w kółko. […]

Ojciec przez kilka dni prawie nie opuszczał swego schronu w salonie. W domu mówiło się szeptem. Staraliśmy się chodzić na palcach. Aż po paru dniach przyszedł list z Warszawy. Wezwano ojca do stolicy.
Po stu kilkudziesięciu latach zaborów odbudowywano własny aparat państwowy. Ojcu zaproponowano olśniewający awans i przeniesienie wraz z całą rodziną do stolicy. Warunkiem było przyjęcie chrztu.
Ojciec z miejsca odmówił.
Powrócił do domu trochę uspokojony. Pomału przychodził do siebie. W tym okresie zaczął czytywać ze mną poetów polskich, szczególnie Mickiewicza. Tłumaczył trudniejsze słowa i zwroty. Czytał bardzo pięknie. Po raz pierwszy odczułam wtedy czar poezji. Mam wrażenie, że od tego czasu datuje się u mnie szczególna miłość do Mickiewicza, która trwa po dzień dzisiejszy. […]

W naszym domu odbył się wtedy seder. Bardzo się nam spodobał. Było pięknie, wesoło i na tyle niezrozumiale, że nie zapamiętałam go jako uroczystości religijnej. Potem chodziliśmy na seder do naszej przyjaciółki, Hadassy. Jej ojciec odprawiał prawdziwy i bardzo uroczysty seder, ale nasz był dużo przyjemniejszy. Cóż, kiedy ojciec wyczerpał nasze wychowanie religijne na tym jedynym sederze.
W tym okresie poszedł też raz do templu z okazji, nie wiem już jakiego święta. W pewnym momencie kapłani obecni wśród publiki wstępują na coś w rodzaju podium przed przybytkiem Tory, nakrywają głowy szalami modlitewnymi, tałesami i wyciągając ręce, błogosławią modlących się. Nie wolno wtedy patrzeć na kapłanów, trzeba schylić głowy i zamknąć oczy. Schyliliśmy głowy, ale przez rozczapierzone palce patrzyliśmy uważnie, czy nasz tata też tam stoi i błogosławi. Stał i błogosławił. Ale zdarzyło się to tylko jeden raz. Był za uczciwy, aby udawać pobożnego. U niego była to raczej reakcja na pogrom. Swoją polskość miał w kościach, a do żydowskości chciał zbliżyć się jak najbardziej. […]

JADWIGA WEŁYKANOWICZ

JADWIGA WEŁYKANOWICZ ur. 1910, zm. 1989. Lekarz. Uczestniczka wojny w Hiszpanii. Po II wojnie światowej pracowała w Polsce jako dziennikarka. Od 1968 w Izraelu.


Fragment, całość ukazała się w „ZL” 2007 nr 1/97


Zobacz także
ANDRZEJ FRANASZEK, Zbigniew Herbert: „Chciałbym mieć grób w Jeruzalem”
prof. ELEASAR J. FEUERMAN, List do Redakcji, „ZL” 1992 nr 4/40