ANNEMARIE SCHWARZENBACH, Dwie samotne kobiety w drodze do Afganistanu

Dwie samotne kobiety w podróży! „Jak się wam udało? Skąd miałyście jedzenie, gdzie spałyście? Czy przytrafiło się wam coś nieprzyjemnego?”.

Od chwili gdy pokonałyśmy słynną Przełęcz Chajberską i dotarłyśmy do dobrze strzeżonych angielskich osiedli w Indiach, ciągle słyszymy te same pytania. A kiedy zgodnie z prawdą mówimy, że u naszych afgańskich przyjaciół czułyśmy się jak u Pana Boga za piecem, spotykamy się albo ze sceptycznym uśmiechem Anglików, albo ze zmieszaną z podziwem pobłażliwością osób, które same nigdy nie podróżowały inaczej niż ze starannie przygotowanym, zimnym lunchem zapakowanym w menażki Tiffin Box, z tuzinem schłodzonych butelek piwa i boyem obok szofera, przygotowującym na noc łóżko i prasującym koszulę do smokingu. Brytyjczycy to najbardziej konserwatywny naród na świecie; nie potrafią zapomnieć, że sto lat temu przybywające z Indii angielskie oddziały poniosły wiele porażek w walce z dzikimi, górskimi plemionami Afganistanu, że plemiona te napadły na wyczerpanych żołnierzy podczas ich rozpaczliwego odwrotu przez Chajber i wybiły w pień angielską ekspedycję; wydarzenia te do dziś uchodzą za jedną z największych katastrof imperium brytyjskiego. Trzeba wspomnieć, że między przygraniczną prowincją na północnym zachodzie podległą Anglikom a terytorium afgańskim znajduje się skrawek ziemi niczyjej określany jako strefa plemienna. Zamieszkują go pobratymcy Mohmandów, plemiona Szinwari i Waziri, wojownicze, namiętnie oddane demokracji i niepoddające się innemu prawu oprócz własnego. Plemiona te dbają o bezpieczeństwo na drogach Chajberu: od wschodu do zachodu słońca strzelanie jest zakazane, a wędrowcom gwarantuje się spokojną podróż. Jednak w mniemaniu angielskich władz kobiety nie powinny przekraczać przełęczy bez towarzystwa gentlemana. Po drugiej stronie Tribal Territory zaczyna się przecież Afganistan, ojczyzna tych samych lub blisko spokrewnionych, nieokrzesanych i walecznych plemion. Anglikowi nie pozostaje więc nic innego jak założyć, iż ten tajemniczy i dziki kraj jest, przynajmniej w brytyjskim rozumieniu, niecywilizowany i niebezpieczny.

Mimo to my, dwie kobiety, odbyłyśmy tę podróż same, bez boya, bez szofera i bez gentlemana. Nie wiozłyśmy z sobą schłodzonych butelek piwa, nie miałyśmy broni palnej i znałyśmy ledwie kilka perskich słów. Zrezygnowałyśmy też z tłumacza. Nikt nigdy nie zapytał nas o paszport, nikt nie zażądał papierów forda na szwajcarskich numerach. Nikt nie liczył naszych dewiz i nie wymuszał opłat za dawno już niedziałające radio. Tylko raz, gdzieś na zagubionym kawałku ziemi ktoś zapytał, czy przypadkiem nie jesteśmy Japonkami. Lecz nie było w tym złośliwości.

Jedyny nieprzyjemny incydent wydarzył się w Hindukuszu, w obozie nomadów położonym na wysokości dwóch i pół tysiąca metrów. Razem z Ellą Maillart rozdawałyśmy maści na zapalenie oczu i popękaną skórę dłoni, chininę na gorączkę oraz lukrecję na kaszel i obłęd w oku. Nieśmiało uśmiechnięte kobiety odsłaniały spod czarnych kwefów swoje twarze i pokazywały nam dzieci dotknięte różnymi przypadłościami. W tym czasie jakiś dowcipniś, oddelegowany przez najstarszego członka plemienia do pilnowania naszego samochodu, ukradł z niego aparat fotograficzny. Wprawiło nas to w zakłopotanie i zastanawiałyśmy się, co zrobić. Czy zagrozić policją? Raczej nie, organy rządowe nie są bowiem mile widziane wśród nomadów; co najwyżej ludzie ci straciliby do nas sympatię, a nasza leica na dobre by przepadła. Postanowiłyśmy więc, że poskarżymy się Malikowi, sędziwemu przywódcy nomadów. „Jesteśmy waszymi gośćmi, dałyśmy waszym kobietom lekarstwa i zostałyśmy okradzione, gdy chronili nas wasi ludzie. Czy tak wygląda wasza gościnność?”. Białobrody wydał się równie jak my zmartwiony. Najwyraźniej dobrze znał słabe strony swoich ziomków. Jeden z młodszych mężczyzn pobiegł gdzieś i po kilku minutach wrócił z leicą. Wyjaśnił, że to jego synek, niecnota, zwędził aparat. Przywódca groźnym głosem zrugał winowajcę, splunął energicznie kilka razy i w geście pojednania zaprosił nas na wieczorną strawę z ryżu. Wstydliwe zajście szybko puszczono w niepamięć i nic podobnego już się nie wydarzyło. Afgańscy nomadzi, niezależnie od przynależności plemiennej, byli niegdyś mniej lub bardziej wojowniczy, nie ulegli jednak zepsuciu, lubią się bawić, są pomocni i gościnni. Jedno jest pewne: nie dopuściliby, aby spadł nam włos z głowy.

W Afganistanie żyją jednak nie tylko nomadzi. Są tu także mieszkańcy miast i wsi, posiadacze ziemscy, chłopi, kapłani, burmistrzowie i urzędnicy pracujący dla rozwijającego się, nowoczesnego państwa. W każdym większym mieście oraz na ważniejszych odcinkach dróg ministerstwo poczty zarządziło budowę państwowych hoteli. W wyposażonych w kuchnie i umywalnie budynkach można za stałą opłatą wynająć pokoje i łóżka. Oferuje się tu herbatę i najczęściej także pilaw, narodową potrawę z ryżu. Hotelom tym przeciwni są romantycy i oddani przyjaciele starego, nietkniętego nowością i zepsuciem Afganistanu. Uważają, że ograniczają one wolność podróżnego, który zmuszony jest do wynajęcia pokoju w tych kwaterach. Zamiast wypić herbatę ze swoimi braćmi w przydrożnej gospodzie czy na bazarze, zamawia ją w hotelu. Jednak postęp, ta wielce problematyczna i z pewnością często nadużywana siła, rządzi się zgubnymi regułami: prawdziwy znawca Afganistanu niewątpliwie ucieszy się z zakładania szpitali i szkół. Również budowę dróg i rozwój transportu uzna za pilną konieczność. Zgodzi się, że trzeba zlikwidować ubóstwo. I że należy dołożyć starań, aby właściwie wykorzystać zasoby naturalne. Zrozumie, że musi się to stać choćby wskutek racjonalizacji produkcji bawełny lub przez kontrolę handlu karakułami. Nie będzie opierał się budowie nowych fabryk i robotniczych osiedli wypierających obozy nomadów. A nawet ucieszy się z ledwo rozpoczętego i jeszcze niemal niezauważalnego procesu emancypacji kobiet. Boleśnie zdziwiony będzie musiał jednak pogodzić się także z tym, że rozwój ten wstrząśnie starymi, szanowanymi tradycjami i podważy dotychczasowy stan rzeczy. I że ceną za bezpieczne, przejezdne drogi jest nocleg w państwowym hotelu zamiast gościny u nomadów lub wiejskiego burmistrza. Jest coś tragicznego w postępie dokonującym się w Afganistanie. W głębi ducha rodzi się nadzieja, a zarazem wątpliwość, czy w tym niezależnym kraju, położonym między Indiami a azjatyckimi republikami Związku Radzieckiego, wbrew prawom postępu możliwe jest połączenie starych afgańskich cnót z nieuniknioną nowoczesnością, która mimo wszystkich swoich wad wciąż jeszcze stawia Zachód w pozornie uprzywilejowanym położeniu.

Jakkolwiek by było, podczas podróży kierowałyśmy się własnym sumieniem i opowiadałyśmy się po stronie romantyzmu. Z Heratu mogłyśmy pojechać do Kabulu zwykłą trasą przez Kandahar i Ghazni; po drodze, na bezludnych, gorących odcinkach pustyni towarzyszyłyby nam ciężarówki, nie miałybyśmy kłopotu z zaopatrzeniem w benzynę, a na końcu każdego etapu podróży zawsze znalazłybyśmy hotel. To wygodne rozwiązanie mogłaby zepsuć jedynie wiadomość, że wiosenne deszcze zerwały most nad Helmandem i że nie został on jeszcze naprawiony. Nas jednak ciągnęło na „północną drogę”, wbrew przestrogom jedynego mieszkającego w Heracie Europejczyka, który nakreślił nam dość wątpliwy obraz tego szlaku. Był to młody Polak, specjalista od budowy dróg, wiedział więc, o czym mówi: żaden, nawet najmocniejszy ford nie jest w stanie pokonać trzydziestostopniowych podjazdów ścieżkami przeznaczonymi dla mułów, nie sforsuje rzek i nie ominie wydm. Jednak na przekór przestrogom podjęłyśmy wyzwanie. Oznaczało to, że z Heratu trzeba się udać na północ, przemierzyć góry i dolinę Murgob, a potem, poruszając się wzdłuż Amu‑darii i sowieckiej granicy, dostać się do prowincji afgańskiego Turkiestanu i jej stolicy Mazar‑i Szarif. Stamtąd, jadąc na południe, przez przełęcz Szibar mogłybyśmy przebyć Hindukusz i dotrzeć do Kabulu. Młody Polak miał jednak rację. Podobnie jak afgańskie władze, które zdecydowały o zamknięciu „północnej drogi” dla ciężarówek na odcinku Herat–Majmana. Zawalił się stary most nad Murgobem. Zbudowano wprawdzie nowy, trzydzieści mil w dół rzeki, ale droga na tym odcinku istniała jedynie na papierze. Walczyłyśmy z piaskiem i ostrymi podjazdami, które nasz ford, zapewne jak każdy inny samochód, pokonywał powoli i z wielkim mozołem.

Na dodatek sierpień okazał się w Turkiestanie wyjątkowo gorący. Jechać mogłyśmy jedynie wieczorami i wczesnym rankiem. Samochód gotował się i krztusił drobniutkimi, kleistymi, zatykającymi pory kawałeczkami lessu, znanego skądinąd ze swoich użyźniających właściwości, tutaj jednak nadającego krajobrazowi piekielnie jednostajnych kształtów.

To, że mimo wszelkich przeszkód przemierzyłyśmy Turkiestan bez najmniejszego uszczerbku i że górskie ścieżki i półpustynne pejzaże starej Baktrii zachowałyśmy w pamięci po brzegi wypełnionej wspomnieniem bogactwa tamtejszego życia, zawdzięczamy wyłącznie afgańskiej gościnności. Nie martwiłyśmy się tym, gdzie znajdziemy coś do jedzenia, gdzie spędzimy południowe godziny i co przyniesie nam noc.

W górach, w pierwszej wsi za Heratem, powitał nas burmistrz i jego liczna świta. Podjęto nas w chłodnym pomieszczeniu, w podobnym do twierdzy domu. Winogrona, które gospodarz kazał przynieść z ogrodu, były słodkie, delikatne i jeszcze ciepłe od słońca. Wieczorem dotarłyśmy do Kala Nao. Przez niewielki bazar żołnierze wprowadzili nas do rezydencji gubernatora. W pełnym kwiatów ogrodzie otoczonym wysokim glinianym murem wskazano nam nowy, najwyraźniej niezamieszkany jeszcze dom gościnny. Zostałyśmy poczęstowane herbatą, a do umycia rąk służący zręcznie podsunął nam cyzelowaną misę i pięknie gięty dzban. Potem chłopak usiadł w ogrodzie i nienachalnie się nam przypatrywał, usiłując odgadnąć nasze życzenia. Nagle otworzyła się furta w murze i w świetle pochodni ukazała się mała procesja: służący w białych turbanach podali pilaw z kurą oraz z gotowaną i pieczoną jagnięciną. Były także miseczki z warzywami, małe talerzyki z ostrymi przyprawami i konfiturami z pigwy, a do tego okrągły, płaski chleb, winogrona, melony, brzoskwinie. Wielki, niebiański stół zastawiony najwspanialszymi owocami. Późnym wieczorem, po kolacji, złożył nam wizytę gubernator, nasz gospodarz. Nazajutrz towarzyszył nam w swoim samochodzie w drodze przez kolejne górskie doliny aż do Bala Murghab, gdzie znajdowała się jego rezydencja, otoczona pięknym, starym ogrodem.

Po drodze zostaliśmy uroczyście podjęci we wsi Darrahe Bum. Wsadzono nas na konie i zawieziono do specjalnie rozstawionego namiotu. Gubernator posilał się w towarzystwie mężczyzn. Służący przynieśli nam miski z zupą i jogurtem z kwaśnego mleka, rozcieńczonego wodą i doprawionego przyprawami. Ku czci gubernatora ubito owcę, która potem, ugotowana i upieczona, została zjedzona do najdrobniejszej kosteczki. Również nam dostało się kilka tłustych, zatkniętych na rożen kawałków. W Bala Murghab były ryby z rzeki gubiącej się gdzieś w piaskach pustyni koło Merw, tutaj jednak jeszcze głębokiej i zimnej. Spędziłyśmy dwa dni w tej wiekowej rezydencji, pełnej podworców, służby i uzbrojonych mężczyzn we wnękach bram. Spałyśmy na dachu z bitej gliny, skąd ponad rzędami topoli w ogrodzie patrzyłyśmy na żółtą, drgającą w upale równinę, od której brały początek wielkie stepy Azji.

Pamiętam poranek, kiedy w Kala‑e Wali miejscowy hakim zaprosił nas na poczęstunek. Jak wszędzie podano czerwoną i zieloną herbatę. Zręcznie pocięte kawałki melonów skosztowano przed podaniem gościom. Przez niewielkie obramowane drewnem okno naszej ciemnej, chłodnej izby w seraju widać było wiejski bazar, gdzie gromadzili się piesi i konni nomadzi, poganiacze wielbłądów i chłopi z osłami. Upalną część dnia spędziłyśmy w Kajsar w ogrodzie miłej, szacownej żony burmistrza i ich pięknych córek. W cieniu drzew rozłożono dywany, stół nakryto europejską zastawą. Podano ryż. Przy poczęstunku towarzyszyła nam tylko matka; córki i wnuczęta jadły pilaw, siedząc na dywanach. Zwinnie wyławiały palcami z naczyń nie tylko ryż, lecz także rzadkie, mięsne kluski i zanurzone w tłuszczu warzywa. Na uboczu, obok samowaru, ulokowały się, zjadając pozostałą górę ryżu, służące, skośnookie Uzbeczki w szerokich, kolorowych spodniach. A potem, w oczekiwaniu na chłodniejszą porę dnia, spałyśmy na jedwabnych materacach, pod lekkimi jak piórko zasłonami.

Przypominam sobie także pewnego bogacza z Szibarganu. Pewnego wieczoru, około dziewiątej, znalazłyśmy się na bazarze rozświetlonym blaskiem wielobarwnych lamp i tam zapytałyśmy policjanta o nocleg. Radośnie potakując, wskoczył na stopień u drzwi samochodu i pokierował nas na wielkie podwórze, do leżącego za nim ogrodu, gdzie znalazłyśmy się na glinianym, oświetlonym naftowymi lampami i wyłożonym dywanami tarasie. Powitał nas właściciel, przyjazny człowiek o szczupłej twarzy i miłym, inteligentnym spojrzeniu. Wydawało się, że na nas czekał. Zdjęłyśmy buty, służący przynieśli poduszki, herbatę i miskę do mycia rąk. Za chwilę pojawił się sycący pilaw. W trakcie naszego posiłku na niebo wypłynął księżyc, zmieniając ogród w bajkowy pejzaż. Z gospodarzem mogłyśmy zamienić ledwie kilka słów. Mimo to spędziłyśmy w Szibarganie cały następny dzień, otoczone jego ogrodnikami, służbą, przyjaciółmi i mieszkańcami domu. Przed wyjazdem spożyłyśmy w jego towarzystwie ostatnią, odświętną potrawę z ryżu.

Niedawno pewien Szwajcar zapytał mnie, czy prowiant tubylców nadaje się do jedzenia i czy nie bałam się bez jakiejkolwiek ochrony spać u tych ludzi. Człowiek ten nie miał pojęcia o afgańskiej gościnności! Wielokrotnie wspomniałam o tłustych i smakowitych pilawach, muszę jednak dodać, że nie wszyscy mieszkańcy mogą sobie pozwolić na baraninę i ryż. W namiotach nomadów często nie ma nic więcej niż kwaśne mleko i kawałek chleba. W wielu wioskach biedacy nie mają nawet tego. W Turkiestanie, gdzie ogrody i stragany wypełniają dojrzałe w słońcu owoce, kilka miesięcy później byłam świadkiem nadciągania bezlitosnej zimy. Kraj ten zmienił się w pustynię spowitą chmurami pyłu, biczowaną lodowatym wiatrem. W domach wieśniaków nastały trudne dni. Lecz mimo tych uciążliwości właśnie wtedy, w ostatniej wiosce na skraju pustyni przywitały mnie uśmiechnięte, machające rękami kobiety. Zaprowadziły do hakima, który pozdrowił mnie, siedząc na filcowym dywanie i paląc wodną fajkę. Poczęstowano mnie chlebem i gorzką herbatą. Wokół nas stanął wianuszek starszych i młodszych osób. Dzieci wpatrywały się we mnie ze zdumieniem, a ładne dziewczęta dotykały moich ubrań. Hakim stawiał mi grzeczne, poważne pytania, a następnie zaproponował konia z przewodnikiem, abym nie zgubiła drogi do domu. I za tę właśnie niekłamaną serdeczność, napotkaną w pustynnej wiosce i w bogatym ogrodzie Szibarganu, za tę cnotę kocham i cenię Afganistan.

ANNEMARIE SCHWARZENBACH
tłum. BARBARA ANDRUNIK 


Zobacz także