TOMASZ RÓŻYCKI, Laudacja dla Agi Miszol

Agi Miszol, V 2019. fot. Marcin Latałło. Dzięki uprzejmości autora

Pisanie wierszy w języku hebrajskim jest wyzwaniem: jest to przecież język Księgi i nawet najbardziej niewinne słowo może nosić w sobie ukryty ciężar, w zależności od tego, w którym ze Świętych Pism zostało już wcześniej użyte. Jest to język, w którym litery i wyrazy mają swoje symboliczne i liczbowe znaczenia, który jest zapisywanym bez samogłosek wieloznacznym kodem, szyfrem dla wtajemniczonych. Język, który z natury jest transcendentny i metafizyczny, gdyż fizyczne znaki spółgłosek potrzebują swojego niefizycznego dopełnienia. Dlatego zrozumienie i poprawny odczyt zdania wymagają, jak powiadają uczeni, „znajomości słownictwa i zasad gramatycznych rządzących słowotwórstwem” – słowem wymagają znajomości prawa. Należałoby pewnie – z odpowiednią dozą patosu – powiedzieć, że niewidoczne w zapisie hebrajskie samogłoski są duchem bożym tego języka, wyszeptanym tchnieniem, które ożywia kościec wyrazów, każe zazielenić się suchym pędom.

Nie nam rozstrzygać, czy wybór takiego właśnie alfabetu w przypadku języka hebrajskiego wynikał rzeczywiście z interwencji nadprzyrodzonej w procesie gramatyki historycznej, czy raczej z wrodzonej ojcom języka przezorności, każącej zachować sobie pewien margines wolności w interpretowaniu zapisanego nowym pismem surowego prawa – takie niedopowiedzenie wpisane w alfabet daje przecież pole do licznych interpretacji i komentarzy, a to oznacza, że z każdej językowej pułapki może być jakieś boczne wyjście. Pojawia się możliwość permutacji, negocjacji sensu i, mówiąc oględnie, kalkulacji efektów. Nadwyżki sensu podlegają prawom ekonomii, również inflacji i kapitalizacji. Uczeni w piśmie to przecież także pojęcie biblijne.

Jest to dobra wiadomość jedynie dla dobrych poetów: jakże łatwo bowiem popaść w pułapkę banału, wolna przestrzeń pomiędzy spółgłoskami może być otchłanią, w której ginie wszelki sens, kamienistą i pustynną ziemią niczyją dowolności i jałowości znaczeń. Na tę ziemię niczyją wchodzi wiersz Agi Miszol jak osiołek obwiązany pasami z ładunkiem wybuchowym, by eksplodować. Potrząsnąć nami, na moment oślepić i ogłuszyć. Zaangażować nasze zmysły.

Agi Miszol urodziła się po drugiej wojnie światowej w Transylwanii. W domu mówiono po węgiersku. Starsza siostra zmarła w Auschwitz, matka i ojciec przeżyli obozy i emigrowali do Izraela kiedy Agi miała 4 lata. Zaczęła się uczyć hebrajskiego w szkole w Izraelu. Pisze po hebrajsku, a zapytana w wywiadzie przez Beatę Tarnowską, czy język hebrajski, jako tworzywo artystyczne, jest dla niej nieustannym źródłem inspiracji czy raczej balastem, odpowiedziała: „Hebrajski jest dla mnie świętym językiem”.

Pomimo tego, że znamy niewiele przekładów na polski (jej tłumaczki to Beata Tarnowska, Angelika Adamczyk i Justyna Radczyńska), widać w nich, że poezja Agi Miszol jest barwna, ma w sobie śródziemnomorską radość i zmysłowość, erotykę i ciepło, jest podobna do sadu brzoskwiniowego, takiego, w jakim sama poetka mieszka w Izraelu. Jest opowieścią o miłości i bliskich, czasem także o ich odchodzeniu – tak jak w wierszach poświęconych rodzicom, i jest opowieścią o współczesności, pełną gorącego tu i teraz – na bazarze, w sklepie, w internecie, w sypialni, w kuchni, w polu i na autostradzie. Jest opowieścią o ofiarach wojny. O starych korzeniach tysiącletnich oliwnych drzew na budowach osiedli na drugim brzegu Jordanu, które tak jak hebrajskie spółgłoski wypuszczają zupełnie nowe, nieoczekiwane pędy. To poezja zaskakująca, rozsadzająca nasze skamieniałe przyzwyczajenia, zachowując przy tym prostotę i siłę oddziaływania swoim potężnym ładunkiem emocji. To hymn na cześć witalności, życia samego w sobie, może dlatego tak dużo w tych wierszach zwierząt, bo czymże innym, jeśli nie samym życiem, bez żadnych zbędnych dodatków, są zwierzęta?

Tak jak w wierszu o ofierze wojennej pominiętej przez prasowe wiadomości, o białym osiołku, który zostaje obwiązany pasami z dynamitem przez bojowników i wysłany na pozycje przeciwnika, ale zatrzymuje się nagle na środku pasa ziemi niczyjej i, jak to osiołek, zastyga w zachwycie czy stuporze. Ci, którzy go wysłali, zaczynają do niego strzelać, bo boją się, że zawróci. Ci, przeciwko którym został wysłany, zaczynają do niego strzelać, bo rozumieją, co przenosi. Osiołek wylatuje w powietrze tam, pomiędzy jednymi a drugimi, i wstępuje do nieba, podniesiony do rangi „wybuchowego mesjasza”. Zostaje uniesiony do nieba, gdzie siedemdziesiąt dwa dziewicze dzianety będą lizać jego rany.

Niewinnych ofiar wojny jest więcej. Wiersz o terrorystce: Samobójczyni Andalib Takatka, która, jak pisze Miszol, „posyła się do nieba”, zabierając ze sobą przypadkowe ofiary w piekarni, zaczyna się jak hymn do jej urody, początek Pieśni nad pieśniami:

Masz dopiero dwadzieścia lat
i twoje pierwsze dziecko jest bombą.
Pod szeroką ciążową sukienką
nosisz materiał wybuchowy z ostrymi kawałkami metalu
i przechodzisz przez targ Andalib Takatko
tykając między ludźmi.

W rozmowie z Beatą Tarnowską Agi Miszol, tegoroczna laureatka Nagrody Zbigniewa Herberta powiedziała, że: „Najbardziej interesującą rzeczą w poezji jest to, co dzieje się w przestrzeni między słowami (…). Nie istnieje żaden inny język, w którym dwa słowa oznaczające różne zjawiska byłyby w ten sposób powiązane ze sobą, to znaczy miały wspólny rdzeń”.
To, co się staje pomiędzy wyrazami, pomiędzy słowami, pomiędzy spółgłoskami, te eksplozje nieoczekiwanego sensu nie zdziwią nas, jeśli pamiętamy co powiedziano dawno temu: że wiersz jest czymś w rodzaju śnienia na jawie, bełkotem świętej mowy, niepodlegającej na pierwszy rzut oka logice, ale przecież poddającej się jak najpoważniejszej egzegezie. Podobnie jak wtedy, kiedy poetka opowiada sen o kolejnym wniebowstąpieniu, kiedy to ona sama odwiedziła niebo i spotkała tam nie ludzi, ale porzucone i skrzywdzone przez ludzi zwierzęta, tak jakby niebo było arką zbawienia dla wszystkich pokrzywdzonych.

na poduszce, w honorowym miejscu,
leżał biały, kudłaty owczarek,

a wokół:

pudel z pogotowia dla maltretowanych zwierząt,
kundel zabłąkany pod Rechowot
i ten porzucony na przystanku w Jawne
i jeszcze

pokolenia kotów, których dusze ożywiła
karma Friskies, jaką trzymam w samochodzie,
szczeniaki znalezione na plaży,
zziębnięta zimą czapla, którą ogrzałam suszarką,

myszy, które wyniosłam na pole,
pająki uratowane od miotły sprzątaczki,
jeżozwierz, któremu usunęłam pchły
pincetą,
wszystkie zwierzęta,
wszystkie tam były

W tym niebie ze snu, jak pisze Miszol, królowała psia, bezwarunkowa, bezinteresowna miłość. A jeśli we śnie w niebie były zwierzęta, to dokąd w takim razie trafiają po śmierci ludzie? Może oni wszyscy, ci nasi zmarli, zostają tu z nami, ale w nieco innej postaci i dlatego nie możemy ich rozpoznać? Tak jak pan od przyrody z wiersza Zbigniewa Herberta, ten, którego w drugim roku wojny zabili „łobuzy od historii”?

Kiedy na leśnej ścieżce
spotykam żuka który gramoli się
na kopiec piasku
podchodzę
szastam nogami
i mówię
– dzień dobry panie profesorze
– pozwoli pan, że mu pomogę –

przenoszę go delikatnie
i długo za nim patrzę
aż ginie
w ciemnym pokoju profesorskim
na końcu korytarza z liści

TOMASZ RÓŻYCKI

TOMASZ RÓŻYCKI ur. 1970. Przekłady jego wierszy ukazały się w USA, Niemczech, we Włoszech. Laureat Nagrody „Zeszytów Literackich” im. Josifa Brodskiego w dziedzinie poezji. Ostatnio ogłosił tom szkiców Tomi. Notatki z miejsca postoju (Zeszyty Literackie, 2013) i wierszy Litery (a5, 2016). Członek zespołu redakcyjnego „ZL”.


Zobacz także
Agi Miszol, Wiersze
Międzynarodowa Nagroda im. Zbigniewa Herberta 2019