MARIA IWASZKIEWICZ, Portrety

Alicja Sternowa

Żona Anatola Sterna, poety, który zaczynał jako futurysta. Ojciec opowiadał, jak podczas jednego z happeningów futurystów Stern czytał wiersze nago, ubrany tylko w listek figowy, który przy ostatniej zwrotce miał odrzucić… Później pisał scenariusze do filmów i głównie na tym zarabiał.

Sterna znałam z widzenia. Pamiętam, że w latach pięćdziesiątych odbywał się w Domu Dziennikarza przy Foksal sylwester, na którym pląsała pani Sternowa i był też on ― wysoki, przystojny.

Pani Sternowa była rosyjską Żydówką z Odessy, niesłychanie bystrą, z poczuciem humoru. Tworzyli bardzo kochające się małżeństwo. Któregoś razu pani Sternowa dzwoni do swojej przyjaciółki i mówi tak: „Anatol wstał rano, umył zęby, wziął teczkę i powiedział, że idzie na kurwy. Czy nie ma go czasem u ciebie?”.

Cudowne opowiadała historie. Po 1968 roku była w Nieborowie na wakacjach, w bardzo dobrym towarzystwie. Znalazła się tam również żona nieżyjącego już wtedy Broniewskiego, Wanda, okropna baba, która zaczęła przekonywać, jak to dobrze, że Żydzi wyjeżdżają z Polski. Pani Sternowa opowiadała później, zaciągając po kresowemu: „Policzyła ja do dzjesjęcju, żeby czego nieodpowiedniego nie powiedzjec’, i mówię do niej: won, ty kurwo!”.

Pasowało do niej określenie: z przodu muzeum, z tyłu liceum, bo miała długie włosy i świetną figurę ― z tyłu wyglądała na młodą osobę, tylko jej twarz zdradzała upływ czasu. Moja mama, która była wybredna w doborze znajomych, darzyła Sternową dużą sympatią. Gdy spotkały się w Zakopanem pod koniec lat sześćdziesiątych, już po śmierci Sterna, chodziły razem na spacery. Zdaje się, że to Piotr Mitzner gdzieś napisał, że szły tak szybko, iż nie można było ich dogonić. Mama w ogóle chodziła bardzo szybko ― jak się słyszało, że zamyka drzwi od frontu na Stawisku, to kiedy się za nią wyjrzało, była już w połowie alei lipowej.

Pani Sternowa zajmowała się tłumaczeniami z rosyjskiego, przełożyła między innymi Bułhakowa. Wszyscy ją bardzo lubili.

 

Adam Ważyk

W naszym domu mówiło się na niego „Ważunio”, bo w gruncie rzeczy lubiliśmy Ważyka.

Jest dla mnie czymś zupełnie niezrozumiałym, że do Ważyka, który za czasów stalinowskich był postrachem literatów, zatruwał ludziom życie, prześladował Gałczyńskiego, nikt nie ma pretensji, nikt o nim nie pisał: „kolaborant”, jak o moim ojcu. Zadziwiające. Raz tylko widziałam, jak próbowano go rozliczyć z przeszłości. W latach dziewięćdziesiątych w telewizji Jerzy Diatłowicki, a może jakiś inny dziennikarz, przyciskał go do muru, pytając, dlaczego był takim wojującym komunistą. Ale on doskonale umiał się wyłgać i mówił, sepleniąc, ponieważ upierał się, żeby nie nosić sztucznej szczęki: „A, bo ja osalałem, coś mnie poniosło”. Może i tak było.

Był bardzo brzydki. Mały. W Warszawie mówiono o nim: „Ważyk ― brzydki twarzyk”. Ja go poznałam w Łodzi, zaraz po wojnie, kiedy jeszcze chodził w mundurze i z kolosalnym naganem u boku. Można by zastosować w jego wypadku powiedzenie Cycerona, który na widok swojego małego zięcia powiedział kiedyś: „A któż mojego zięcia do miecza przytroczył?”. Więc Ważyk był przytroczony do ogromnego nagana, z którego strzelał, kiedy sobie podpił. W Łodzi działał Klub Pickwicka, gdzie się spotykali wszyscy literaci ― Ważyk tam królował.

Przeżył wojnę w Związku Radzieckim. Jego żona zginęła ― jak, nie wiem, podobno była niebywałej piękności. Po krótkim pobycie w Łodzi przeniósł się do Warszawy. Ktoś powiedział, chyba Szymon Wiesenthal, że Żydzi, którzy ocaleli, bardzo pragnęli mieć dzieci. Ważyk ożenił się powtórnie i miał dwie córki. Starsza miała na imię Kasia, była nieładnym dzieckiem, ale bardzo inteligentnym i miłym. Moja ciotka, najmłodsza siostra ojca, przyjęła pracę u Ważyków jako opiekunka Kasi. Trochę ją uczyła, przyjeżdżała z nią na Stawisko, nawet tam pomieszkiwały. Kasia, która była ruda, bawiła się z moimi dziećmi. Później skończyła Akademię Sztuk Pięknych. Kiedy na świat przyszła druga córeczka Ważyków, ciotka odeszła, bo już nie dałaby rady zajmować się i niemowlęciem, i Kasią. O pani Ważykowej, aktorce średniej miary, ciotka mówiła zawsze, że była dla niej dobra jak córka.

Ważyk w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych był naczelnym redaktorem „Twórczości”. Po nim nastąpił ojciec, który kierował pismem aż do swojej śmierci, czyli dwadzieścia pięć lat, i trzeba przyznać, że podniósł „Twórczość” na bardzo wysoki poziom. Jedno z ostatnich opowiadań ojca, Biłek ― o koniu, ale właściwie o starości i o śmierci ― jest dedykowane Ważykowi. W niektórych wydaniach nie ma tej dedykacji ― ja twierdzę, sama będąc redaktorem, że zecerzy nienawidzą dedykacji i dlatego one często giną.

Pod koniec życia Ważyk przychodził do kawiarni Czytelnika, do stolika Tadzia Konwickiego, i tak zabawnie zawsze siedział, bokiem i nie zdejmując kapelusza ― nigdy! Tak jak Andrzej Munk, który też pochodził z żydowskiej rodziny i mówił: „U nas w domu kapelusza się nie zdejma”.

Jakoś do tego Ważyka, który naprawdę bywał straszny, ludzie mieli sympatię. Myślę, że doceniali jego niezwykłą inteligencję i ogromną wiedzę literacką. Jego Kwestia gustu to wybitnie interesujący esej. Pisał wiersze, tłumaczył. Roman Kołoniecki krzywił się, że w przekładach Éluarda czy innego poety Ważyk popełnia błędy, ale to nieprawda, bardzo dobrze tłumaczył.

Kobiety go kochały. Jak mawiała Olimpia Grochowska, naśladując sepleniącego Ważyka: „W łósku to on był satan!”.

 

Zdzisław Topolewski

Pracował w Czytelniku Zdzisio Topolewski. W zespole grafików zajmował się tym, co się nazywa „rozbijanie na kolory”, wykonywał też ilustracje do książek podróżniczych ― zrobił na przykład mapki do książki Kapuścińskiego Kirgiz schodzi z konia. Poza Czytelnikiem miał jeszcze jakąś pracę na mieście. Pracował szybko, sumiennie i z dobrym skutkiem. Zawsze miał pieniądze i gdy ktoś znalazł się w trudnej sytuacji, to pożyczał od Zdzisia. Zdzisio pożyczał chętnie, w ogóle był koleżeński, ale miał jedną straszną wadę: kiedy coś opowiadał, było to okropnie nudne. Słynął z opowiadania filmów, a wyglądało to mniej więcej tak: „I on poszedł wtedy, wiesz, ten drugi, nie ten, co ci mówiłem na początku, tylko tamten…”. Ale jeżeli pożyczało się od niego pieniądze, trzeba było tych historii wysłuchać. Kiedyś z moją przyjaciółką Zulą Balińską za sto złotych wysłuchałyśmy dwóch filmów.

Zdzisio lubił sobie wypić, lubił i kobiety. Kobiety też go lubiły, choć był niedużego wzrostu, silny, mocny i na piątym palcu miał bardzo długi paznokieć ― bo taka była moda we Włochach pod Warszawą, skąd Zdzisio pochodził.

Miewał najrozmaitsze przygody. Kiedyś wybrał się z grupą malarzy do Augustowa. Jak wiadomo, Augustów był w czasie II wojny światowej najeżdżany przez Rosjan, potem przez Niemców, potem znowu przez Rosjan. Chłopcy pojechali na wiosnę. Jezioro Necko było zamarznięte, ale oni byli w różowych humorach. W pewnym momencie zauważyli duży kamień. Samuel Miklaszewski, szef pracowni graficznej, mówi: „Zdzisiu, taki duży kamień, podniesiesz go?”. „Ależ oczywiście, podniosę”. Zdzisio podniósł ― a to, jak się okazało, była mina talerzowa. Wytrzeźwieli wszyscy momentalnie, bo nie wiadomo: wybuchnie czy nie wybuchnie? Rzucić nie można, położyć też strach. I tak Zdzisio stał z tą miną w rękach. Wreszcie razem, bardzo ostrożnie, położyli minę na ziemi, zostawili kartkę, że niebezpieczeństwo, i dopiero pojechali na drugą stronę Necka, żeby to zgłosić na milicję.

Innym razem Zdzisio wyprawiał jakieś nocne szaleństwa; przychodzi rano do pracy, widać, że nie jest całkiem w porządku, a na szyi ma wyraźny ślad pocałunku. „Co to jest, Zdzisiu?” ― pytamy. On na to: „Żona też pytała, a ja jej powiedziałem tak: nawet jeśli ci powiem, to mi nie uwierzysz. Jak dałem konduktorowi 20 zł, to on mnie tak serdecznie w szyję ucałował!”.

Była jeszcze taka historia: Zdzisio, jak to zwykle niscy ludzie, miał predylekcję do dużych pojazdów. Kupił sobie kiedyś motocykl z przyczepą, ogromnej wielkości, i jeździł na nim zupełnie rozpłaszczony, bo maszyna szeroka, a on malutki. Któregoś razu zatrzymał go milicjant i mówi: „O rany, a ja myślałem, że ten motocykl sam jedzie!”. Zdzisiowi zrobiło to taką przykrość, że sprzedał motocykl i już więcej motocyklem nie jeździł. Pływał za to łodzią po jeziorach. Oczywiście łódź była bardzo duża. 

MARIA IWASZKIEWICZ
nagrała i opracowała AGNIESZKA PAPIESKA

MARIA IWASZKIEWICZ ur. 1924, zm. 2019. Córka Jarosława Iwaszkiewicza i opiekunka jego spuścizny. Ogłosiła tom wspomnień Z pamięci (Czytelnik), cykl „Portrety” ukazuje się w „ZL” od nr 122.

AGNIESZKA PAPIESKA ur. 1973. Eseistka, współpracownica „Nowych Książek”. Współedytorka Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza (Czytelnik) i korespondencji Jarosława Iwaszkiewicza z Wiesławem Kępińskim (PIW), a ostatnio korespondencji Pawła Hertza i Jarosława Iwaszkiewicza (ZL).


Zobacz także